sobota, 21 lutego 2015

Od Verony i Setha - CD historii Brook

***Verona***
 Biegają po łące. Winner, który wprawdzie nie ma jeszcze roku, wygląda już prawie jak dorosły pies. Doczekał się rodzeństwa - brata i pięciu sióstr. Wspólnie bawią się, co chwila któreś z nich wybucha śmiechem. Win nie jest taki, jak jeszcze kiedyś. Zmienił się na lepsze, walki prawie dobiegły końca.
 Znów zapanował spokój...
 Opieram głowę na "ramieniu" Fretsa i przymam oczy z zadowoleniem. Uśmiecham się lekko.
 - O takim życiu marzyliśmy prawda? - szepczę.
 - Tak, Verie. - Mój partner odwzajemnia uśmiech. - Zawsze tego pragnąłem.
 - Ja też. - odpowiadam.
 Nagle słyszę powarkiwanie podskakuję i odwracam się. Widzę gormadę wilków wybiegających zza krzaków. Zanim daję radę zareagować, jeden z nich przewraca Fretsa i zaczyna rozszarpywać.
 Wrzeszczę i rozglądam się dookoła, po czym zamieram w bezruchu. Frets leży bezwładnie na ziemi, nie rusza się. Nie oddycha.
 - Frets. - To miał być krzyk. Odszukuję wzrokiem szczeniąt, lecz ich też nigdzie nie ma. Wtedy wielki, czarny basior przygniata mnie do ziemi. Czuję silne uderzenie z tyłu głowy. A potem ciemność.

 Budzi mnie mój własny krzyk.
 Ponownie ten sam sen. Znów to samo zdarzenie sprzed kilku miesięcy, jedynie trochę zmienione. Mam ochotę sprawdzić, czy był jedynie snem... ale nie chcę upewnić się, że nie. Wzdycham i wychodzę na zewnątrz.
 Od jakiegoś czasu najwięcej czasu poświęcałam mojej pracy. Starałam się nie myśleć o niczym innym. Zaniedbałam nawet rodzinę... w tym brata, Setha. Zresztą mojego Winnera również. Seth wyraźnie nie chciał ze mną rozmawiać, odkąd Maya i Frets nie żyją, a Winner zdecydował się zostać rekrutem. Każdą chwilę poświęca ćwiczeniom i próbnym walkom.
 Wstaję i szybko wracam do roboty. Słyszę swoje imię. Ktoś mnie woła, rozpoznaję głos Setha. Odwracam się i widzę brata oraz Prince'a. Ciągną za sobą jakąś wilczycę. Pewnie kolejny martwy wróg, myślę.
 - Kto to? - pytam, dla pewności.
 - Brook. - odpowiada border. - Zemdlała w lesie. - tłumaczy.
 - Sasza! - wołam, przywołując suczkę do siebie. Odkąd zaczęła tu pracować, pomagała mi przy większych psach. Nie ukrywam, bez niej by nie szło mi najlepiej.


***Seth***
 Prince wychodzi na zewnątrz. Brook budzi się kilkanaście minut później. Wiele nie chce tłumaczyć, lecz co jakiś czas rzuca mi bardzo dziwne spojrzenia.
 Wysoko unoszę "brwi". O co jej chodzi? Coś ze mną nie tak?
 - Dobra. Skoro wszystko jest w porządku, to ja idę. - mówię, trochę ostrzej, niż miałem zamiar. Ignorując dziwne miny suczek idę w innym kierunku. Biegnę ile sił w łapach. Nie chcę o nich myśleć. Chcę odzyskać Mayę, chcę znowu mieć ją przy sobie...

***Verona***
 - Brook, nie przejmuj się nim. - Staram się mówić łagodnie. - Po śmierci Mayi jest bardzo smutny. Przestał być towarzyski, tak jak dawniej. - dodaję.

Brook?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz