Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Madeline. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Madeline. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 czerwca 2014

Od Madeline

Na ścieżkę wchodziło się jak gdyby przez sklepioną bramę do ciemnego tunelu utworzonego przez gałęzie dwóch ogromnych drzew, które pochylały się ku sobie, a tak były stare, tak ciasno oplecione bluszczem i tak brodate od porostów, że zachowywały ledwie kilka sczerniałych liści. Ścieżka, bardzo wąska, wiła się kręto wśród pni. Wkrótce jasność dnia prześwitywała w wylocie bramy daleko za mną i otoczyła mnie tak głęboka cisza, że każdy krok rozlegał się głośnym echem, i zdawało mi się, że drzewa schylone nad moją głową, przysłuchują się uważnie. Gdy oswoiłam oczy z pół mrokiem, widziałam przed sobą i za sobą mały odcinek drogi w przyćmionym, zielonym świetle. Od czasu do czasu skąpa wiązka promieni słonecznych przedostawała się szczęśliwym przypadkiem przez jakąś szczelinę w liściach otwartą wysoko w górze, dzięki jeszcze bardziej niezwykłemu szczęściu nie grzęzła niżej nieco w splątanych konarach i zwichrzonych gałęziach i przebijała się ku ścieżce wąskim, lśniącym ostrzem. Lecz zdarzało się to rzadko, coraz rzadziej, aż wreszcie słońce znikło zupełnie. Łódź stanęła w płomieniach, a gdy powietrze wypełnił ciemny, duszący dym, boleśnie zakuło mnie w płucach. Z trudem wstałam z brudnego, prowizorycznego posłania i zaczęłam przesuwać się po podłodze, ale mocne liny, którymi spętane miałam łapy, niemal umożliwiały mi poruszanie się. Nagle do kabiny wdarła się ściana wody. Zalała ogień. Rzuciłam się w stronę drewnianych schodów, gdzie resztki płomieni lizały stopnie. Byle się stąd wydostać. Zacisnęłam zęby i wyciągnęłam łapy w kierunku kawałka osmolonego metalu, który widziałam przez płomienie. Odwróciwszy pysk od gorąca, uczepiłam się metalu linkami pętającymi mi łapy, szarpnęłam z całych sił i poczułam, że udało mi się uwolnić. Jęknęłam, bo płomienie poparzyły mi skórę, ale tak naprawdę nie miałam teraz czasu martwić się bólem. ‘Muszę się stąd wydostać. Muszę się upewnić, że nic im nie jest’. Uwolniwszy wreszcie łapy, rozwiązałam liny na biodrach i wybiegłam po płonących schodach na pokład. Przez kłęby dymu i pary majaczyły mi sylwetki na brzegu. Stali bez ruchu, wpatrując się w coś na ziemi. Mój wzrok podążył za ich przerażonymi spojrzeniami. Nad samą wodą leżało twarzą do ziemi ciało.
~
Dźwignęłam się na łapy. Wydarzenia z tamtego dnia stanęły mi przed oczami, jak przerażający czarno biały film. Wróciwszy do rzeczywistości, rozejrzałam się dookoła. Leżałam na stosie zeschłej trawy. Nagle usłyszałam za sobą kroki. Z mojego pyska wydobył się krótki, gardłowy dźwięk, łapy ugięły się, a ciało okręciło do nieznajomego.
- Czego tu szukasz? - przekrzywiłam delikatnie łeb. Nie chciałam aby to pytanie zabrzmiało tak... ignorancko. To nie w moim stylu.

ktoś raczy?

czwartek, 26 czerwca 2014

Od Madeline - CD historii Ilusiona


- Ja… niczego… - zawahałam się, kładąc uszy. Poczciwość, którą obdarzył mnie stwórca, kazała mi się natychmiastowo wycofać. Owczarek przewiercał mnie podejrzliwym wzrokiem. Przyszłam tu by odpocząć, a nie by szukać zwady. Chciałam teraz skulić się w kłębek i odciąć od świata. Swoją drogą… pierwszy raz spotkałam go na swojej drodze.
- Kim jesteś? – padło następne pytanie. Złość w jego głosie nie świadczyła o niczym dobrym. Trzeba powiedzieć mu co chce wiedzieć, na wszystko przytaknąć i brać łapy za pas.
- Madeline – wymusiłam uśmiech. Nagle poczułam przypływ pewności siebie. Zmrużyłam oczy, przypatrując się reakcjom psa. – Jesteś nowy? – spytałam z nieukrywaną ciekawością.

Ilusion, dokończysz?

środa, 18 czerwca 2014

Od Madeline - CD historii Hockey'a

~
Wycieńczenie kazało mi się zatrzymać. Upadłam na trawę, ciężko oddychając. Wiatr miał smak krwi, bezlitośnie smagał moje ciało. Łapy pulsowały wrzynającym się w skórę bólem.
- Madeline? – usłyszałam swoje imię. Czyj to był głos? Znałam go. Na pewno go znałam. Dobiegał z daleka, z bardzo daleka. Może zza chmur, zza horyzontu, którego nie było widać. Wytężyłam wzrok. Zamknęłam ślepia i wtedy poczułam znajomy zapach.
- Hockey? – Uniosłam głowę. Minęła długa chwila zanim zdałam sobie sprawę, gdzie jestem. Przed sobą zobaczyłam pysk Hockey’a, zaledwie kilka centymetrów od mojego.
- Nareszcie jesteś – uśmiechnął się z ulgą. Wsparłam się o stabilny grunt i z trudem dźwignęłam na łapy. Popatrzyłam na psa, przypominając sobie wszystko. Głębokie rany na jego ciele, zaschnięta krew na sierści. To dzięki niemu uciekliśmy… Przez moją nierozważną głupotę, ucierpiało jego zdrowie. Ja miałam jedynie kilka siniaków i zadrapań, omdlałam ze zmęczenia.
- Proszę, idź do medyków. Te rany nie wyglądają dobrze. – Delikatnie popchnęłam go łbem.
- A ty…? – zmarszczył brwi.
- Ja sobie poradzę – odparłam najbardziej pogodnym tonem głosu, na jaki w tej chwili można się było zdobyć. Pies dając za wygraną, ze zrezygnowaniem odszedł w stronę jaskiń.
~
Plaża była zupełnie pusta. Ruszyłam powoli wzdłuż brzegu. Chłodne fale opływały mi łapy. Ile czasu spacerowałam między skałami w tę i z powrotem po kilkusetmetrowej plaży, nie pamiętam. Zza horyzontu niemrawo zaczęło wyłaniać się słońce. Zatrzymałam się spoglądając w stronę leniwo falującego morza. ‘Sama jesteś sobie winna. Zobacz, do czego doprowadziło twoje kretyńskie zachowanie!’. Poczułam żal. Żal do siebie, że tak łatwo uległam swojej głupocie i dałam się ponieść emocjom, nie zważając na konsekwencje, narażając nie tylko siebie, ale również Hockey’a. Czy stracił do mnie zaufanie? Zapewne. A wszystko dlatego, że kiedy działałam pod wpływem impulsu zapomniałam o racjonalnym zachowaniu.
Ogarnęła mnie pustka. Łapy zdrętwiały od zimnych fal, więc cofnęłam się na piasek. Kilka metrów za moimi plecami rosły niewysokie, powykręcane drzewa. Podeszłam do nich i usiadłam na ziemi, uprzednio podkurczając łapy.  Wsparłam pysk na łapach i zapatrzyłam się na wschód słońca. Fale lekko obmywały brzeg. Wpływały i odpływały. Spokojnie, bez pośpiechu. Zamknęłam oczy i mocno nabrałam powietrza, przywołując w pamięci Hockey’a. Jego zapach, zdawało się, że go czuję, jakby był blisko…
- Maddy, wszystko w porządku? – usłyszałam nagle i drgnęłam, odrywając pysk od łap. Obok mnie siedział Hockey. Nie zauważyłam, kiedy przyszedł. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie i znowu spojrzałam na wodę. Upłynęła chwila. Szum morza utkał tysiące słów, które przepływały między nami niewypowiedziane.
- Jasne, choć to ja powinnam cię o to spytać – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od morza.

Hockey, dokończysz? Z braku przejdzie.

czwartek, 12 czerwca 2014

Od Madeline - CD historii Angela

Pies badał mnie maślanym wzrokiem. Zmieszałam się i delikatnie uśmiechnęłam. Co dziwne, nie wiedziałam jak się zachować. Usiadłam na ogonie i przekrzywiłam głowę. Angel był niewątpliwie przystojny. I to bardzo. Aczkolwiek nigdy nie ufam facetom o twarzy, jak z okładki poczytnego czasopisma.
- Angel..., tak? - starałam się wykrzesać z siebie jak najwięcej entuzjazmu, jednak jakoś mi to nie wychodziło. Samiec pokiwał głową, mrugając przy tym oczyma.
- Mam przyjemność z Maddy? - wyszczerzył się w szerokim uśmiechu. 
- Owszem - Zdziwiła mnie ta moja nagła popularność. Zazwyczaj wszyscy zwracali się do mnie pełnym imieniem, rzadko spotykałam się z jakimikolwiek skrótami. - Chociaż wolałabym jednak Madeline - wysunęłam swoją prośbę.
- Nie ma sprawy - odparł, wesoło merdając ogonem. Po chwili wyprostował się, wypinając pierś. - Może się przejdziemy, Madeline?
Otworzyłam szeroko oczy. 'Chyba trochę przesadziłeś... po pierwszym spotkaniu?' pomyślałam, nie zdołałam wyrzucić z siebie żadnego słowa.
- Ja... muszę coś zrobić... pomóc Casey - plątałam się w swoich własnych sznurach. Uciekałam wzrokiem w każdym kierunku, by tylko nie mógł wyczytać z moich oczu kłamstwa.
- Casey? - uniósł brwi.
- To ważny medyk - wyjaśniłam naprędce. - Idę, cześć! - rzuciłam na odchodne i pobiegłam do swojej jaskini.

wtorek, 3 czerwca 2014

Od Madeline - CD historii Hockey'a

Powoli otworzyłam zbolałe ślepia. Przed oczami widziałam półmrok, zasnuty uciążliwą mgłą. W głowie mi huczało, nie czułam własnego ciała (zupełnie tak, jakby ktoś mnie go pozbawił). Jednakże nie miałam teraz czasu zamartwiać się nad swoim porządkiem. Zacisnęłam powieki i z trudem podniosłam się, opierając o kamienną ścianę. Po pewnym czasie, gdy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, widziałam trzeźwiej. Zakołysałam się na mętnych łapach i runęłam na twardą podłogę, gdzie nie gdzie wysypaną drobnym piachem i ostrymi kamieniami. Wszystkie moje zmysły się wyłączyły. Dotknęłam szaleńczo rwącej głowy. Z przerażeniem odsunęłam łapę i obejrzałam ją ze wszystkich stron. Widniała na niej lepka, jeszcze ciepława krew…, moja krew.
Jęknęłam i schowałam pysk w pokrwawionych łapach. Rany na ciele nie dawały o sobie zapomnieć. Łzy kapały z moich oczu, spływały mozolnie po szyi i spadały na ziemię. Co jednak gorsze – nie pamiętałam nic, do momentu spotkania alfy. ‘Jak się tu znalazłam i dlaczego? Gdzie ja właściwie jestem?’ Ponure myśli nachodziły mój ranny umysł. Pragnęłam się pozbierać i iść dalej z uniesioną głową, lecz to nie zawsze jest takie proste. Nie zawsze jesteśmy księżniczką z baśni, która ma wszystko czego zapragnie. Żeby mieć coś w życiu, nie wystarczy tylko chcieć. Trzeba lat, gorzkich lat pracy i praktyki.
- Muszę się stąd wydostać – szepnęłam do siebie. Resztkami sił dźwignęłam się na łapy. Na pewno nie byłam tu bezpieczna. Nagle z każdej strony rozległy się kroki, tak jakbym była osaczona. W wilgotnych korytarzach mieszały się z echem. Gorączkowo rozglądałam się dookoła, szukając pomocy. ‘Może to inne psy?’ Przeszło mi przez myśl. Coś jednak nie było w porządku… Kroki nie podobne były bowiem do psich. Były cięższe.
Z czeluści wyłoniła się koścista sylwetka. Na widok jegomościa, moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Nerwowo przełknęłam ślinę; to był wilk. Podszedł do mnie z kpiącym uśmieszkiem na mordzie i wyciągnął za kark z więzienia.
- Obudziła się już nasza ptaszyna? Zachciało się wyfruwać z gniazdka, co? – szydził i cisnął mną o ścianę. Moje ciało bezwładnie potoczyło się w kąt. Byłam świadoma, iż właśnie graniczę z życiem a śmiercią. Nie wiedziałam tylko, w którą stronę pragnę zrobić krok.
Wilk zaciągnął mnie do jakiejś przesadnie oświetlonej komory. Lampiony od razu sponiewierały moje oczy. Udało mi się dostrzec jedynie mosiężny stół, a wokół niego głodne bestie.
- Jeszcze żyje – stwierdził jakiś skrzekliwy głos, szturchając mnie w bok. Świadomość, że zaraz zostanę rozszarpana przez watahę wściekłych wilków, nie pozwalała mi zamknąć oczu. Walczyłam z mdłościami.

Hockey? Pozwolę ci kontynuować tę jakże wciągającą fabułę.

niedziela, 1 czerwca 2014

Od Madeline - CD historii Robina

Ostrożnie podniosłam głowę i w milczeniu wsłuchałam się w głuchą ciszę. Nic, dookoła las; gdzieś w głębi szumiał wartko płynący potok i beznamiętnie pohukiwał puszczyk. Chciałam czerpać z tego spaceru przyjemność, a nie być przeszkodą. A jeśli Robin w ten sposób chciał się mnie pozbyć? Może to 'niebezpieczeństwo' było tylko zwykłą kpiną, na którą miałam się nabrać?
- Ja nie chcę przeszkadzać ci w żadnym wypadku... Nie wiem, chyba już pójdę - wyjąkałam i z westchnieniem obróciłam się w odwrotną stronę. Nie ma co dłużej ukrywać, byłam w tej sforze najzwyklejszym popychadłem.
- Nie, czekaj, Madeline - jęknął Robin. Chwytając mnie z ramię, obrócił w swoim kierunku. - Naprawdę coś czułem... To nie tak. Z resztą nieważne - spuścił wzrok. Uwierzyłam mu, kierując się choćby tym jego szczerym i wielkodusznym tonem głosu.
- W porządku - uśmiechnęłam się lekko.
Dalej w ciszy szliśmy górską przełęczą. Postanowiłam zrobić sobie odpoczynek i ułożyłam się na ziemi. Położyłam pyszczek na łapach i patrzyłam sobie w dal, nie odzywając się. Nagle ten dobrze wszystkim znany dźwięk złamanej gałęzi i coraz szybciej zbliżające się kroki. Ktoś za nami podążał. Warkot i wycie. Wilki?!
- Boże, Boże - szeptałam, rozglądając się nerwowo. Gdzie podział się Robin? Wpadłam w panikę; stanęłam niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Zza krzaków wyjrzały trzy pary świecących oczu.

Robin?

Od Madeline - CD historii Hockey'a

Uśmiechałam się triumfalnie, jednak ta bezgraniczna radość odstąpiła miejsca dziwnej pustce w moim sercu. Szybko zeszłam z psa, pozbierawszy myśli. Hockey wytrzepał się z błota i popatrzył na mnie z niepokojem.
- Co się stało? - uniósł brwi w pytającym geście. Tak bardzo pragnęłam by ten dzień był cudowny i niezapomniany. Zaraz wszystko zepsuję, czułam to, czułam całym drżącym ciałem. Akurat teraz... właśnie teraz miałam dołka psychicznego, ot tak. Dlaczego ja wszystko muszę psuć?! Wszystko czego się tknę, nawet radość innych potrafię zgwałcić! Oczy zaszły od łez, świat zamazał się pod wpływem słonej wody. Spuściłam łeb i zacisnęłam powieki, uwalniając się ze szponów rozpaczy.
Przecież ja go w ten sposób krzywdzę. Nie chciałam krzywdzić Hockey'a, to było moim priorytetem. Podkuliłam ogon uciekając w stronę lasu, jak ten tchórz. Ta cała akcja była zupełnie przypadkowa. Naszło mnie; wspomnienia, oboczności, żale duszone w sobie przez tyle dni musiały wyjść. Wychodziło na to, iż jestem niestabilna psychicznie. Wcale nie! Potrafię się bronić..., ale nie teraz, nie w tej chwili.
Z oddali dochodziły mnie stłumione, pełne trwogi nawoływania psa. Moje łapy biegły, biegły niczym gonione śmiercią. Nie potrafiłam nad nimi zapanować. Powoli stawałam się inną osobą. Gdzie radosna Madeline? Gdzie ta wesoła suczka, która zawsze płakała tylko ze śmiechu? Gdzie ONA, która potrafiła pocieszyć każdego? Gdzie... ja? Nagle spod ziemi wyrósł korzeń. Wylądowałam w kałuży lepkiego błota. Z mojego gardła wydobył się pisk. Coś chwyciło mnie za tylne łapy, potem ten jęk i jakby wycie... W ślepiach pociemniało od bólu. Coś ciągnęło mnie w stronę gór. Ledwo przytomnie uderzyłam głową o kamień. Poczułam w pysku metaliczny smak krwi. Zemdlałam.

Hockey, dokończysz? Ja i ten mój dramatyzm, ach... xd

poniedziałek, 19 maja 2014

Walka!

Uwaga!

To już druga w ostatnim czasie!
Kwota ustalona została na 39 LDK, a w walce, jak już z poprzedniego postu można wywnioskować, biorą udział...


A'psik VS Madeline

Od Madeline

Postawiłam krok naprzód, jednak zaraz się cofnęłam. Ewidentnie czułam w powietrzu innego psa... Całe moje ciało drżało, a uszy stroszyły się i opadały gwałtownie. Las, przejmująca cisza i całkowicie mi obcy pies. Ten rosnący strach i podniecenie, przyprawiał mnie o szybki, ciężki oddech. Czego ja się właściwie bałam? Pokręciłam głową i ruszyłam sztucznie pewnym krokiem przed siebie, jednakże z opuszczoną głową. Nagle wpadłam na coś i odbiłam się, usiłując z trudem łapać resztki równowagi.
- Uważaj, jak idziesz! - usłyszałam pod łapami głuche warknięcie. Na początku świat mi się zamazał, tak jakby odbicie lustrzane zmącone kroplą deszczu. Odzyskałam wzrok i zamrugałam oczami. Obok mnie stał poirytowany, krótkonogi pies. Zmierzyłam go wzrokiem; niespodziewanie odezwała się we mnie żyłka buntu.
- Słuchaj, ty także mógłbyś nie stawać gdzie popadnie - stwierdziłam. Co dziwne, mój głos był wysoki i całkiem nie podobny do mnie - groźny.
- Wrrr, daj mi przejść - syknął jamnik. Coś kazało mi się zachować niegrzecznie i nieposłusznie nie zeszłam z drogi. - Słyszysz mnie?!
- Nie. Powtórzy pan? - spytałam ironicznie, unosząc brwi. Natchnęło mnie dzisiaj na złośliwości. Jeszcze nie wiedziałam, ale potem słono tego żałowałam.
- Dziecko. Odsuń. Się. - wycharczał dobitnie kładąc nacisk na każde ze słów.
- Nie. Jakoś nie dosłyszałam... - udawałam, że wytężam słuch.
Miałam nad nim przewagę. Był niski i chuderlawy. Co z tego, że starszy?
- Jak się nazywasz? - zmienił temat, mówiąc słodkim głosikiem. Węszyłam podstęp...
- Madeline - odparłam trochę niepewnie.
- Świetnie! - zaśmiał się złowieszczo. - Idę do alfy. Przygotuj się na walkę. JUTRO.
Tymi słowy zakończył naszą 'przemiłą' pogawędkę i odszedł nieźle wkurzonym krokiem, w tą stronę z której wrócił. Oj, chyba nie dokładnie o taki efekt mi chodziło.

niedziela, 18 maja 2014

Od Madeline - CD Hockey'a

- Przed siebie! - zawołałam, nie zwalniając tempa. Tylko dla pewności, lekko odwróciłam głowę, by sprawdzić czy pies za mną biegnie. Spokojnym truchtem podążał w ślad za moim. Nagle jedna łapa mi się poślizgnęła i jak niepyszna wylądowałam w kałuży błota. Doskonale wprost. Zrobiłam z siebie idiotkę. Hockey podszedł do mnie, śmiejąc się serdecznie, co ciekawe nie dało się dosłyszeć tam ani grama sarkazmu...
- Widzisz. Mądrzejszy idzie, a nie biegnie - skwitował. Zrobiłam naburmuszoną minę, wstałam i niespodziewanie rzuciłam się na psa, brudząc go błotem.
- Ha ha ha - naśladowałam śmiech wrednej czarownicy. Zeszłam z niego z triumfem na pysku.
- Wrr - warknął i otrzepał się, chociaż jeszcze w jego sierści utkwiły grudki brudnej ziemi.
- Pedant - rzuciłam chichocząc, choć nie chciałam go urazić. Posłał mi urażone spojrzenie. Przezwyciężyłam chichot i podeszłam w jego stronę kilka niepewnych kroków.
- Przepraszam - spuściłam wzrok, potem znowu go podniosłam. Nasze spojrzenia się spotkały. - Nie chciałam sprawić ci przykrości. Zobacz, tu tylko trochę... - podniosłam łapę i zaczęłam nieudacznie ściągać błoto z jego sierści. Hockey stał bez ruchu, jakby zbierając myśli. Zmieszałam się i odsunęłam trochę.

Hockey?

sobota, 17 maja 2014

Od Madeline - CD Hockey'a

Wstaliśmy i spacerowym tempem obeszliśmy obszerną górkę, którą śmiało nazwać można było lekką wyżyną. Z każdym nowym miejscem, z każdym nowo postawionym krokiem czułam energię, która mnie wypełniała, od łap aż po koniuszki uszu. Oczyma z ciekawością dziecka badałam każdy skrawek ziemi. Szliśmy mniej więcej podobnym krokiem, obok siebie; łapa w łapę. Raz po raz pod naszymi łapami szeleściła soczyście zielona trawa, chrupał złocisty piasek i dzwoniły rzeczne kamienie. Po, mimo wszystko, krótkich oględzinach terenów przystanęliśmy na rozległej łące. Coś kazało mi wyładować wewnętrzną energię. Staliśmy chwilę w milczeniu, aż nagle wykonawszy szybki ruch łapą, dotknęłam Hockey'a w kark i uskoczyłam w bok.
- Berek! - krzyknęłam śmiejąc się. Nagle oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, iż wysoko postawiony i dojrzały pies, tak jak on, nie będzie chciał bawić się z jakąś ułomną dziewicą, która nie wiadomo jakie ma zamiary i co ma pod czupryną. Zatrzymała się i niepewnie odwróciłam szyję, by sprawdzić czy pies już stoi i patrzy na mnie z wyrazem zniesmaczenia wymalowanym na twarzy, tak jak to czynili inni moi pobratymcy. Pomyliłam się o 360 stopni. Nie zdążyłam jeszcze dokładnie odwrócić głowy, gdy coś, a właściwie Hockey, przycisnął mnie swoim cielskiem. Stał nade mną z satysfakcją malującą się na pysku.
- Dobra, wygrałeś - zaśmiałam się, próbując się spod niego wydostać. Uśmiechnął się i usiadł obok mnie w milczeniu. - Nie wiem dlaczego, ale miałam cię za większego sztywniaka - zachichotałam, lekko szturchając go w bok.

Hockey, dokończysz?

Od Madeline

Szłam mozolnym krokiem poprzez wąskie szczeliny w górach sfory. Pięłam się coraz wyżej i wyżej ku osmolonemu mgłą szczytowi. W płuca wdychałam świeże, górskie powietrze, które robiło się gęstsze i zimniejsze z każdym krokiem. Cieszyłam się chwilą, chciałam zapamiętać ten dzień na zawsze, by móc go wspominać z radością w sercu. Dotychczas jednak nic nie wskazywało na to by stał się wyjątkowym. Szybko otaksowałam spojrzeniem miejsce, w którym aktualnie stałam. Nagle zastrzygłam uszami na dźwięk czyjegoś głosu i odwróciłam się gwałtownie to tyłu.
- Co tu robisz? - usłyszała za sobą pełne powagi, ostrożne pytanie. Zza różanych krzewów wyłoniła się kruczoczarna sylwetka jakiegoś psa. Mimo tego przesadnie 'szlacheckiego' tonu głosu, emanowało od niego spokojem i pewnością siebie. Zmrużyłam oczy i przyjrzałam mu się uważniej, co raczej nie było w moim stylu. Miał strzeliste uszy, również czarnej barwy. Przypominał mi nieco owczarka niemieckiego bądź inną rasę tego pokroju.
- Szukam szczęścia - oświadczyłam szeptem, tak jakby góry i natura miała uszy. Rozejrzałam się niepewnym wzrokiem, po chwili wracając spojrzeniem na nieznajomego.
- Jestem Hockey, wcześniej nie mieliśmy okazji się poznać - podszedł do mnie i po przyjacielsku uścisnął mi łapę.
- Alfa, tak? - uniosłam brwi i uśmiechnęłam się lekko.
- Owszem - kiwnął głową. - Mam przyjemność z zielarką? - odwzajemnił uśmiech.
- Jak najbardziej - zaśmiałam się serdecznie i przysiadłam na ogonie, w cieniu jakiejś potężnej pułki skalnej. Ponownie potoczyłam rozmarzonym wzrokiem po otoczeniu. - Sfora jest piękna. To najpiękniejsze miejsce na ziemi! - westchnęłam z oczarowaniem. Pies przyglądał mi się ciekawie i delikatnie uśmiechał pod nosem.

Hockey, dokończysz?

Od Madeline - CD historii Robina

Uśmiechnęłam się lekko i przesunęłam łanię w stronę psa.
- Ja nie jestem aż tak głodna - odparłam cicho, mierząc Robina bacznym, jednak dalej wesołym i ufnym wzrokiem. Nigdy dotąd nie widziałam nikogo o tak nietypowym wyglądzie. Rzec muszę, iż rzadkością jest zobaczyć żywego psa dingo. Wzbudzał u mnie respekt, a jednocześnie jakąś taką falę zrozumienia... Wezbrała się we mnie dozgonna sympatia ku ów jegomościowi.
- Panie mają pierwszeństwo - odrzekł poważnym głosem i podsunął zwierzę bliżej mnie. Zachichotałam i zabrałam się za pałaszowanie uda. Ciepłe, świeże mięso; właśnie to mi się ostatnimi czasy marzyło. Jedliśmy z podobną prędkością. Robin skończył swój podział pierwszy, jednakże ja za chwilę po nim. Otarłszy łapą pobrudzony pysk, dostrzegłam na sobie zaciekawione spojrzenie.
- To... od dawna jesteś w sforze? - zagadnęłam, przerywając ciszę, która po woli robiła się nieznośna.
- Od pewnego czasu, ale nie, nie dość długo - odparł przymykając oczy, jakby oddając się wspomnieniom. Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
- Ja właśnie co dołączyłam - oznajmiłam nie wiedząc, jak się odezwać.
- Domyśliłem się - powiedział i chrząknął z niezdecydowaniem. - Może się gdzieś przejdziemy?
Usiadłam na ogonie i przekrzywiłam głowę.
- Mhm, chętnie rozprostuję łapy - posłałam mu szeroki uśmiech. Wstałam, ciekawskimi oczyma badając otaczającą nas przyrodę.

Robin, dokończysz?

Nowa suczka w Sforze - Madeline!

Witam szanowną społeczność po raz pierwszy w swej historii!
Pragnę powitać Madeline. Naprawdę nie wiem co napisać bądź czego sobie życzyć. Owszem, jest to moja druga postać, którą mam zaszczyt tu obcować. Mam cichą nadzieję, iż moja suka odnajdzie się wśród was i niebawem zyska obszerne rzesze przyjaciół.

https://24.media.tumblr.com/ec783fc9415641e173f6c2baaf62248c/tumblr_n388xbTBYq1qjcdw9o5_500.jpg
Imię: Madeline
Płeć: Suka
Wiek: 1 rok
Rasa: Belgian malinois
Głos: Of Monsters and Men - Little Talks
Stanowisko: Zielarka
Partner: Wciąż szuka.
Młode: -
Rodzina:
• Ojciec - Everlasting Memorie
• Matka - Bright Sunset
Urodziny: 13 dzień wiosny
Sektor: Fallendeer
Cechy: Można bez sporu uznać, że Madeline jest optymistką, która nie potrafi zauważyć świata w tych ciemniejszych barwach. Teoretycznie wie, że wiele złego dzieje się na tym świecie, jednak uważa, że tak ma być, toteż trzeba iść dalej, minione wydarzenia uważając za lekcje, które trzeba wykorzystać. Co nie znaczy, że nie ma uczuć, straciwszy kogoś ważnego dla siebie uzna za wolę losu i przejdzie obojętnie. Nie, w jej sercu zostanie pustka, ale po prostu nie będzie chciała skończyć ze swoim życiem czy nie stanie się kimś, kto myśli, że już nic nie ma sensu. Jej zdaniem te całe życie to gra. Jeśli ktoś skończy ją wcześniej i dojdzie do kolejnego etapu - w porządku. Jednak ona musi żyć jak najdłużej, bo właśnie o to chodzi w pierwszej rundzie...
...Czy coś takiego, bo prawdę mówiąc trudno ją zrozumieć. W każdym razie ceni owe życie bardzo.
Miła, pomocna, wciąż z widniejącym uśmiechem na pysku. W jej oczach można zauważyć błysk, który nieczęsto znika, a jeśli już to na bardzo krótko. Z chęcią cię wysłucha, jak będzie w stanie również pocieszy, jeśli okropne myśli będą krążyły po twej głowie. Z pewnością nie jest fałszywa i nie umie kłamać. Wiecznie szczera i szczerości oczekuje od innych. Więc jeśli jesteś kłamcą i ona się o tym dowie to z pewnością coś u niej stracisz, chociaż może nawet tego nie zauważysz.
Naiwna. Łatwo zdobyć jej zaufanie, co idzie w związku z tym, iż równie łatwo ją oszukać i wykorzystać. Nietrudno przekonać ją, że ma się dobre zamiary i zapewne aż do wyjaśnienia całej sprawy będzie sądziła, że właśnie tak jest.
Historia: Urodziła się w górskiej wiosce, w której wciąż dominowała tradycja. Wszystkie psy były tylko zwierzętami. Ludzie nie bawili się w rozróżnianie ras, ani krzyżowanie ich. Większość miotów była przypadkowa. Tak się jednak złożyło, że rodzice Madeline byli tej samej rasy. Suka musiała tu zapracować na swoje utrzymanie. Miała do wyboru pilnowanie owiec, domu albo śmierć. Jednak nie dawała się okiełznać. Zwierzęta rozpędzała na cztery wiatry, a ludzi nie zamierzała bronić. Ale to nie jej wina, niezależność była uwarunkowane genetycznie. Nie poddawała się. Zwiała. Błąkała się po wiosce, a ludzie bali się nawet do niej zbliżyć. Wtedy do wioski zawitał człowiek, który poszukiwał psów rzadkich ras. Widząc Madeline od razu zakwalifikował ją do jednej z nich. I nie mylił się. Trzeba było jednak długich dni aż udało się psa złapać i wywieźć. Jednak tu też nie wytrzymała długo. Znalazła dziurę w ogrodzeniu i uciekła.
Nick na howrse.pl i/lub mail: brienne