Wybierałem się polować na górskie zwierzęta. W połowie drogi pod górę zaczepił mnie stary basior. Zawarczałem, ale wilk odezwał się uspokajająco:
- Spokojnie. Chcę tylko prosić cię o pomoc w dojściu...
Zgodziłem się. Kiedy doszliśmy pod jaskinię, basior zaprosił mnie do środka. Wszedłem... i to był ten błąd. Ze wszystkich stron(tak, z dołu też!) otoczyły mnie cienko robione kraty. Spróbowałem zębami.
- Mocna. - stwierdziłem, nie bez uznania.
- Wypuszczę cię, jak odpowiesz na moją zagadkę. - zaśmiał się.
- Potrzebna Jaśnie Panu czy to czysta złośliwość? - syknąłem.
- A jak myślisz? - wilk puścił do mnie oczko.
- Gadaj! Co to za zagadka? - jęknąłem.
- A więc... Co ma piernik do wiatraka? - złośliwy uśmiech przemknął wilkowi po pysku.
Długo myślałem... Całe szczęście, że nie mam tu jeszcze znajomych, bo denerwowali by się że nie mam mnie kilka dni... Uśmiechnięty basior siedział, popatrując na mnie wesoło. Wreszcie...
- Mąkę! - teraz ja się śmiałem, patrząc na zdumionego zwierzaka. - W wiatraku robi się mąkę na piernik!
- Tak... - wybełkotał w końcu - To dobra odpowiedź...
Kraty obsunęły się. Wybiegłem, wdychając świeże powietrze. Jakie to szczęście żyć...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quest. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 lutego 2016
piątek, 30 stycznia 2015
Od Campera - Quest II - "Zupa"
Pewnego razu, gdy przechadzałem się spokojnie po placu
głównym spotkałem Alfę.
- O… Tu jesteś Camper, a ja cię po całej Sforze szukam! –
Poczułem się nieswojo… o co chodzi?
- Słuchaj, jutro do ciebie wpadnę… musimy omówić parę spraw.
Pogadamy jutro z rana! – powiedział odchodząc
Ja… zdziwiony obróciłem się na jednej łapie i ruszyłem w
stronę mojej jaskini. Szybko dotarłem na miejsce, ponieważ nie zdążyłem zajść
daleko. Spojrzałem na zapuszczony dom. Najpierw, wyciągnąłem wszystkie koce i
dywaniki na dwór, zawiesiłem je na gałęzi, aby potem je wyprać w rzeczce.
Najpierw jednak wytrzepałem je gałęzią średniej wielkości. Następnie ruszyłem
nad strumyk, wyczyściłem materiały, po czym wróciłem i powiesiłem je na
drzewie, aby wyschły. Wygramoliłem z szafki stary koszyk, który kiedyś zrobiła
Neli. Nie darzyłem go jakąś miłością, więc posłużył mi jako kosz na śmieci…
Położyłem go na środku pokoju i z różnych zakątków pokoju rzucałem śmiecie i
stare jedzenie. Następnie położyłem go na boku i miotłą zrobioną z patyków
związanych włóknem, wepchałem kurz z całego domu. Powoli zapadł zmrok, a że nie
chciałem latać po całej Sforze po ciemku, to wyrzuciłem śmieci, oszczędziłem
jednak koszyk, albowiem mógłby mi się jeszcze kiedyś przydać, a zresztą nie
wygląda tak źle. Poukładałem wszystkie garnuszki na półkach, po czym poprawiłem
swoje „łoże”, aby wyglądało przyzwoicie, bo naprawdę, gorzej już być nie mogło.
Ktoś stanął w wejściu do mego domu. Był to Fart.
- Hej Camper! Mam dla ciebie wiadomość! – podszedłem bliżej
- O co chodzi?
- Alfa ma do ciebie jutro przyjść, prawda?
- Tak, a czemu pytasz?
- Bo ma ochotę na zupę. To ma być coś super! Jak mu ją
zrobisz, to może się trochę przypodobasz…
Stałem milcząc…
- No. Ja muszę już się zbierać… powodzenia!
„No to pięknie”, pomyślałem, ale bardzo zależało mi na tym
spotkaniu, więc postanowiłem podjąć wyzwanie. Czym prędzej ruszyłem do lasu,
aby zebrać odpowiednie zioła i składniki. Jedyne co mi zostało to, woda… Długo
szukałem czystej, orzeźwiającej wody. Z rozczarowaniem wróciłem do domu.
Okazało się jednak, że była ona właśnie tam! Wyciągnąłem glinianą miseczkę,
oraz duży metalowy garnek, który kiedyś zwinąłem ludziom. Umyłem go tak, że
lśnił jak nigdy. Powiesiłem go na dwóch prętach, tuż nad ogniskiem, po czym
zająłem się składnikami. Były tam owoce i warzywa, ale i dość dużo mięsa.
Umyłem to wszystko i pokroiłem ostrym kamieniem, którego również wcześniej
wyczyściłem. Rozpaliłem ogień i wlałem wodę do garnka, aby się podgrzała.
Chwilę jeszcze zajmowałem się składnikami, ale po chwili wrzuciłem je do
garnka. Zupa gotowała się. Zorientowałem się, że miło by było, gdybym zjadł ją
razem z nim. Wyciągnąłem drugą i wyglądającą tak samo miseczkę i równie
ustawiłem ją na odpowiednim miejscu. Zbliżał się świt. Miałem bardzo mało
czasu, ale danie nie było jeszcze gotowe. Wpadłem na pomysł, aby je jakoś
ładnie ozdobić, ponieważ w garze nie wyglądała wcale apetycznie… Użyłem, więc
mięty. Wylałem po równo zupę do miseczek, po czym jak najstaranniej udekorowałem
je listkiem mięty i małym kwiatkiem. Zdesperowany spojrzałem na swe dzieło… no…
powiem tyle, że wcale nie wyglądało na dzieło… Byłem zawiedziony, bo nie wyszło
tak jak chciałem, ale nie było już czasu, abym zaczął od początku... wtem
właśnie zjawił się Alfa.
- Witaj Camper.
- Cześć… wiesz…
- A co to takiego? – przerwał mi
- To miała być zupa… ale chyba nie wygląda…
Hockey nic nie mówił… tylko spróbował tej katastrofy. Wziął
jeden łyk, drugo, czwarty, piąty…
- Camper! To jest pyszne! – powiedział, a ja z niedowierzaniem
spojrzałem na danie… Również spróbowałem i zobaczyłem, że mój gość nie kłamie! Po
zjedzeniu i obgadaniu paru spraw, dałem mu porcję na wynos, w tej samej
glinianej miseczce. Pozwoliłem mu ją zatrzymać, żeby przypominała mu o mnie…
Kto wie może jeszcze kiedyś Hockey przyjdzie do mnie z prośbą o zrobienie tej
smakowitej „breji”.
piątek, 9 stycznia 2015
Od Verony - CD historii Fretsa, Jareda | Quest VI "Motyla noga!"
- G-gdzie ja jestem? - wymamrotał zaskoczony Frets, gdy wreszcie się obudził.
- W domu, Fretsiu! - Verona wyszczerzyła się do swojego partnera. Przemknęło jej się przez myśl, że jej uśmiech jest zaraźliwy, bo jej partner go odzwajemnił.
Przez kilka minut rozmowy Fretsa i jego brata suczka kompletnie się wyłączyła, i to po raz kolejny. Nie miała pojęcia, o czym rozmawiali. Jej myśli przez cały czas krążyły wokół szczeniąt, które już niedługo wychowa razem ze swoim partnerem. Wyobraziła sobie samiczkę identyczną jak ona, ganiającą swojego brata przypominającego Fretsa. Uśmiechnęła się sama do siebie. Nawet nie usłyszała pytania psów stojących zaledwie niecałe dwa metry dalej od niej.
- Verie? - Jared uniósł prawą "brew". - Wszystko okej?
- Mhm. - przytaknęla skinieniem głowy.
- Pytanie było. - dodał.
- Przepraszam. O co chodzi? - spytała.
- Ja i mój brat wybieramy się na polowanie. - wytłumaczył Frets. - Zostaniesz tu na chwilę?
- W sumie... mogę zostać. - odpowiedziała obojętnym tonem. - Ale pamiętaj, że ja mam pracę lekarza w SPG Forever i powinnam się tym zająć. - przypomniała mu.
- Okej. - pokiwał głową. - To... my spadamy. Pa. - rzucił przy wyjściu, Jared zrobił to samo. Verie odprowadziła ich obojga wzrokiem. Gdy zniknęli jej z oczu, westchnęła i ruszyła do groty, w której miała pracować. Przyspieszyła do truchtu. W pewnym momencie znalazła się bardzo blisko granicy terenów. Spojrzała ukradkiem na miasto, oddalone kilka kilometrów od bramy. Potrząsnęła głową i poszła dalej. Znalazła się na łące. Nagle jakiś pies zagrodził jej drogę.
- Nie masz może czasu na jakąś godzinkę lub pół? - zapytał uśmiechając się.
- My się w ogóle znamy? - Suczka wytrzeszczyła oczy.
- Ach, przepraszam. Me imię brzmi Marvel, a pani? - ukłonił się nisko. To wszystko wydawało jej się dziwne i podejrzane. Co ten cały Marvel tu wyprawiał? I czego chciał?
- Zwę się Verona. - mruknęła zdawkowo, aby zniechęcić przybysza do siebie. Nie miała ochoty na rozmowę z nim. - Wybacz, ale naprawdę się śpieszę.
- Dokąd tak pani się śpieszy? - spojrzał jej prosto w oczy. - Może mogłaby pani zająć się na chwilę kilkoma maluchami? Muszę pójść na chwilę załatwić pewną sprawę, a nikt nie może się nimi zaopiekować. Proszę. - zrobił błagalną minę.
- Ja... - zaczęła Verona. W ogóle nie chciała zajmować się nikim, tylko po prostu wrócić na Olimpusa do swojej roboty. Niestety, ledwo co znajomy "Marvel" jej to uniemożliwił.
- Dzięki, naprawdę! - ucieszył się pies. - Jest ich niewiele, na pewno pani da radę.
- Ale ja wcale nie... - Verona była oburzona jego zachowaniem. Jakiś pies próbuje jej wcisnąć szczeniaki do opieki w ogóle nie pytając o zdanie. Co to w ogóle ma być?! Położyła uszy po sobie i rzuciła mu pełne niechęci spojrzenie. Chciała zaprotestować, ale on zaczął prędko odchodzić. Dwójka szczeniąt przybiegła do niej na chwilę. Miała dziwne przeczucie, że nie tylko tych będzie musiała pilnować.
- Powie mi pan przynajmniej, ile ich jest? - jęknęła.
- Dwanaście! - zawołał w odpowiedzi, wyraźnie zadowolony, że ma z głowy ten obowiązek.
Westchnęła głęboko. No i co miała zrobić? Przecież nie mogła zostawić dwunastu szczeniąt na pastwę losu i pozwolić im na wszystko, ogółem: hulaj dusza, piekła nie ma. Jeszcze coś im się stanie i wszystko spadnie na nią samą. Po prostu wspaniale, naprawdę.
Zaczęła odszukiwać wzrokiem pozostałych maluchów. W myślach zaczęła nadawać im wymyślone imiona dla rozróżnienia, lecz szybko z zrezygnowała z tego pomysłu i nazywała je po prostu "Jedynka" lub "Siódemka". Raz, dwa, trzy, cztery... pięć, sześć... Siedem.... Osiem... Zaraz, Ósemka próbuje władować się na zamarznięte jezioro...
Z przerażeniem ruszyła w jego stronę. Złapała go za kark i pociągnęła do góry, by przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Rozejrzała się za pozostałymi, wykonując kilka pełnych obrotów. Liczyła po raz kolejny, jednocześnie zbierając wszystkie po kolei w jedno miejsce. Raz, dwa, trzy... cztery... pięć, sześć, siedem, osiem... Dziewięć, dziesięć, jedenaście... Dobra, wszystkie są.
Chwila. Gdzie Dwunastka?
Wystraszona szukała dwunastego szczeniaka. Gdzie przepadł?! Zaczęła biegać dookoła, co chwila upewniając się, czy aby na pewno pozostałe są na miejscu. Dwa z nich siedziały na kłodzie, cztery położyły się na śniegu. Piątka kopała biały puch, jakby czegoś szukała. Pozostałe spokojnie się bawiły.
Ale gdzie ta Dwunastka?! Zgubiła się? Coś jej się stało? A może... Nie, w tej okolicy jest nieco bezpieczniej...
- Gdzieeee jeeeeeeest Rosaaaaalieee...? - usłyszała cichy głosik małej suni.
- A która to? - Verona miała ochotę uciec stąd, gdyby nie miała tego na głowie...
- Ta biała. - wyjaśniła. - Ja jestem April.
April. Nawet ładnie.
- Sama nie wiem, gdzie ona się znajduje. - przyznała Verie. Kiedy po kilku sekundach szukania Rosalie nie uzyskała odpowiedzi, skierowała swój wzrok w stronę małej... ale nie było na co patrzeć. Nie było jej. Odwróciła się by spojrzeć na resztę... ale one też gdzieś zniknęły...
Zdezorientowana próbowała znaleźć przynajmniej tą najmniejszą i najgrzeczniejszą, lecz bezskutecznie. Nie było żadnych.
Załamana zwiesiła głowę. Była przekonana, że już po nich, gdy nagle...
- Już prawie...!
- Ja dosięgnę, ty nie umiesz!
- Taa, jasne. Bo na pewno ci się uda.
Wstała z miejsca i pobiegła w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Gdy zobaczyła szczenięta Marvela, jej pysk rozjaśnił uśmiech. Szybko policzyła je wszystkie. Nie mogła w to uwierzyć. Dwanaście. Wszystkie.
Usiadła i obserwowała je wszystkie. Po kilku minutach spytała głośno:
- Jak macie na imię?
Po chwili posypały się odpowiedzi.
- Annabeth.
- Lou.
- Sophie.
- Win.
- Olly.
- Izzy.
- Belle.
- Heather.
- Molly.
- Rolly.
- Rosalie.
- April.
Verona próbowała zapamiętać je wszystkie, lecz ledwo co skojarzyła Rosalie i April. Wiedziała, że ta dwójka zapadnie jej w pamięć...
- Grzeczne były? - Niespodziewanie zadane pytanie sprawiło, że suczka podskoczyła. Dopiero po krótkim momencie rozpoznała głos Marvela.
- Witaj. - powiedziała. Wciąż była na niego zła, że zrzucił na nią opiekę nad dwunastoma szczeniętami. - Tak. Bardzo grzeczne. - skłamała tak przekonująco, że aż sama się zdziwiła.
- Hah. - zaśmiał się pies. - Musimy to kiedyś powtórzyć.
Nie ma mowy.
- Może kiedyś... - Kolejna nieszczera odpowiedź.
Pożegnali się, a suczka zadowolona wróciła na Olimpusa. Westchnęła z ulgą. Nareszcie miała spokój... przynajmniej w miarę możliwości.
- Długo by opowiadać... - odpowiedziała. - Dużo się działo. Opowiem... kiedy indziej.
Przez kilka minut rozmowy Fretsa i jego brata suczka kompletnie się wyłączyła, i to po raz kolejny. Nie miała pojęcia, o czym rozmawiali. Jej myśli przez cały czas krążyły wokół szczeniąt, które już niedługo wychowa razem ze swoim partnerem. Wyobraziła sobie samiczkę identyczną jak ona, ganiającą swojego brata przypominającego Fretsa. Uśmiechnęła się sama do siebie. Nawet nie usłyszała pytania psów stojących zaledwie niecałe dwa metry dalej od niej.
- Verie? - Jared uniósł prawą "brew". - Wszystko okej?
- Mhm. - przytaknęla skinieniem głowy.
- Pytanie było. - dodał.
- Przepraszam. O co chodzi? - spytała.
- Ja i mój brat wybieramy się na polowanie. - wytłumaczył Frets. - Zostaniesz tu na chwilę?
- W sumie... mogę zostać. - odpowiedziała obojętnym tonem. - Ale pamiętaj, że ja mam pracę lekarza w SPG Forever i powinnam się tym zająć. - przypomniała mu.
- Okej. - pokiwał głową. - To... my spadamy. Pa. - rzucił przy wyjściu, Jared zrobił to samo. Verie odprowadziła ich obojga wzrokiem. Gdy zniknęli jej z oczu, westchnęła i ruszyła do groty, w której miała pracować. Przyspieszyła do truchtu. W pewnym momencie znalazła się bardzo blisko granicy terenów. Spojrzała ukradkiem na miasto, oddalone kilka kilometrów od bramy. Potrząsnęła głową i poszła dalej. Znalazła się na łące. Nagle jakiś pies zagrodził jej drogę.
- Nie masz może czasu na jakąś godzinkę lub pół? - zapytał uśmiechając się.
- My się w ogóle znamy? - Suczka wytrzeszczyła oczy.
- Ach, przepraszam. Me imię brzmi Marvel, a pani? - ukłonił się nisko. To wszystko wydawało jej się dziwne i podejrzane. Co ten cały Marvel tu wyprawiał? I czego chciał?
- Zwę się Verona. - mruknęła zdawkowo, aby zniechęcić przybysza do siebie. Nie miała ochoty na rozmowę z nim. - Wybacz, ale naprawdę się śpieszę.
- Dokąd tak pani się śpieszy? - spojrzał jej prosto w oczy. - Może mogłaby pani zająć się na chwilę kilkoma maluchami? Muszę pójść na chwilę załatwić pewną sprawę, a nikt nie może się nimi zaopiekować. Proszę. - zrobił błagalną minę.
- Ja... - zaczęła Verona. W ogóle nie chciała zajmować się nikim, tylko po prostu wrócić na Olimpusa do swojej roboty. Niestety, ledwo co znajomy "Marvel" jej to uniemożliwił.
- Dzięki, naprawdę! - ucieszył się pies. - Jest ich niewiele, na pewno pani da radę.
- Ale ja wcale nie... - Verona była oburzona jego zachowaniem. Jakiś pies próbuje jej wcisnąć szczeniaki do opieki w ogóle nie pytając o zdanie. Co to w ogóle ma być?! Położyła uszy po sobie i rzuciła mu pełne niechęci spojrzenie. Chciała zaprotestować, ale on zaczął prędko odchodzić. Dwójka szczeniąt przybiegła do niej na chwilę. Miała dziwne przeczucie, że nie tylko tych będzie musiała pilnować.
- Powie mi pan przynajmniej, ile ich jest? - jęknęła.
- Dwanaście! - zawołał w odpowiedzi, wyraźnie zadowolony, że ma z głowy ten obowiązek.
Westchnęła głęboko. No i co miała zrobić? Przecież nie mogła zostawić dwunastu szczeniąt na pastwę losu i pozwolić im na wszystko, ogółem: hulaj dusza, piekła nie ma. Jeszcze coś im się stanie i wszystko spadnie na nią samą. Po prostu wspaniale, naprawdę.
Zaczęła odszukiwać wzrokiem pozostałych maluchów. W myślach zaczęła nadawać im wymyślone imiona dla rozróżnienia, lecz szybko z zrezygnowała z tego pomysłu i nazywała je po prostu "Jedynka" lub "Siódemka". Raz, dwa, trzy, cztery... pięć, sześć... Siedem.... Osiem... Zaraz, Ósemka próbuje władować się na zamarznięte jezioro...
Z przerażeniem ruszyła w jego stronę. Złapała go za kark i pociągnęła do góry, by przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Rozejrzała się za pozostałymi, wykonując kilka pełnych obrotów. Liczyła po raz kolejny, jednocześnie zbierając wszystkie po kolei w jedno miejsce. Raz, dwa, trzy... cztery... pięć, sześć, siedem, osiem... Dziewięć, dziesięć, jedenaście... Dobra, wszystkie są.
Chwila. Gdzie Dwunastka?
Wystraszona szukała dwunastego szczeniaka. Gdzie przepadł?! Zaczęła biegać dookoła, co chwila upewniając się, czy aby na pewno pozostałe są na miejscu. Dwa z nich siedziały na kłodzie, cztery położyły się na śniegu. Piątka kopała biały puch, jakby czegoś szukała. Pozostałe spokojnie się bawiły.
Ale gdzie ta Dwunastka?! Zgubiła się? Coś jej się stało? A może... Nie, w tej okolicy jest nieco bezpieczniej...
- Gdzieeee jeeeeeeest Rosaaaaalieee...? - usłyszała cichy głosik małej suni.
- A która to? - Verona miała ochotę uciec stąd, gdyby nie miała tego na głowie...
- Ta biała. - wyjaśniła. - Ja jestem April.
April. Nawet ładnie.
- Sama nie wiem, gdzie ona się znajduje. - przyznała Verie. Kiedy po kilku sekundach szukania Rosalie nie uzyskała odpowiedzi, skierowała swój wzrok w stronę małej... ale nie było na co patrzeć. Nie było jej. Odwróciła się by spojrzeć na resztę... ale one też gdzieś zniknęły...
Zdezorientowana próbowała znaleźć przynajmniej tą najmniejszą i najgrzeczniejszą, lecz bezskutecznie. Nie było żadnych.
Załamana zwiesiła głowę. Była przekonana, że już po nich, gdy nagle...
- Już prawie...!
- Ja dosięgnę, ty nie umiesz!
- Taa, jasne. Bo na pewno ci się uda.
Wstała z miejsca i pobiegła w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Gdy zobaczyła szczenięta Marvela, jej pysk rozjaśnił uśmiech. Szybko policzyła je wszystkie. Nie mogła w to uwierzyć. Dwanaście. Wszystkie.
Usiadła i obserwowała je wszystkie. Po kilku minutach spytała głośno:
- Jak macie na imię?
Po chwili posypały się odpowiedzi.
- Annabeth.
- Lou.
- Sophie.
- Win.
- Olly.
- Izzy.
- Belle.
- Heather.
- Molly.
- Rolly.
- Rosalie.
- April.
Verona próbowała zapamiętać je wszystkie, lecz ledwo co skojarzyła Rosalie i April. Wiedziała, że ta dwójka zapadnie jej w pamięć...
- Grzeczne były? - Niespodziewanie zadane pytanie sprawiło, że suczka podskoczyła. Dopiero po krótkim momencie rozpoznała głos Marvela.
- Witaj. - powiedziała. Wciąż była na niego zła, że zrzucił na nią opiekę nad dwunastoma szczeniętami. - Tak. Bardzo grzeczne. - skłamała tak przekonująco, że aż sama się zdziwiła.
- Hah. - zaśmiał się pies. - Musimy to kiedyś powtórzyć.
Nie ma mowy.
- Może kiedyś... - Kolejna nieszczera odpowiedź.
Pożegnali się, a suczka zadowolona wróciła na Olimpusa. Westchnęła z ulgą. Nareszcie miała spokój... przynajmniej w miarę możliwości.
* * *
- Od rana cię tu nie widziałem. Długo cię nie było. - zauważył Seth, gdy stanęła w wejściu niewielkiej jaskini. - Gdzie się podziewałaś?- Długo by opowiadać... - odpowiedziała. - Dużo się działo. Opowiem... kiedy indziej.
piątek, 2 stycznia 2015
Od Liliany - Quest V ,,Odwiedziny"
Sprzątałam sobie jaskinię,którą sama zrobiłam,ale to szczegół. Usłyszałam pukanie do drzwi,otworzyłam myśląc,że Hockey przyszedł do mnie,żeby mi powiedzieć związku z tym czy mogę z nimi iść na wojnę czy nie. Jednak ujrzałam znajomego mi psa,ale nie kojarzyłam skąd. Powiedziałam:
-A ty to kto?
-Nie kojarzysz mnie?
-No właśnie nie. Kim jesteś?
-Oj Lilia... To ja kuzyn Miki.
-Ten kuzyn z...?
-Tak to ja.
Zaprosiłam go do środka. Kiedyś byłam z nim na wakacjach,było cudnie. Rozmawialiśmy sobie. Miał szczęście,ponieważ tereny jesiennym rankiem były piękne. Zaproponowałam mu spacer, pytając go przy okazji:
-Skąd wiedziałeś gdzie ja mieszkam?
-Widziałem Cię parę miesięcy temu...
-Aha i dlatego postanowiłeś dopiero dzisiaj przyjść do mnie?
-Nie byłem pewny czy to ty.
Pokazywałam mu tereny Nayveder, spotkałam Nixę, z którą się dopiero zapoznałam:
-Hej.-powiedziałam nieśmiało
-Cześć. Kim jesteś?
-Jestem Liliana. A ty?
-Nazywam się Nixa.
-Miło mi Cię poznać. Przy okazji to jest mój kuzyn Miki.
-Miki należysz do tej sfory?-zapytała się Nixa
-Nie,nie należę.-odpowiedział Miki
Poprosił,żebym pokazała mu tereny całej sfory. Nie miałam nic do roboty,więc... mogłam z nim iść. Był zdziwiony taką temperaturą. W końcu nie dziwię mu się te 5 lat spędził na Alasce i teraz ciężko mu jest przyzwyczaić się do naszego klimatu. Poszliśmy do miasteczka,słyszałam,że tam ludzie nie są zbyt mili i niestety to była racja. O mało co nie wylądowalibyśmy w schronisku,gdyby nie otwarte okno w samochodzie to byśmy nie uciekli. Był już wieczór i byliśmy w mojej jaskini. Miki spał jak zabity,natomiast ja nie mogłam zasnąć. Miał na sobie niebieską obrożę,przecież on był w obozie gdzie psy miały czerwoną. Wspominał mi,że jest miejsce gdzie obroże psów były zmieniane celowo,ale nie pamiętałam powodu. Kiedy o tym pomyślałam nareszcie zasnęłam,chociaż postanowiłam z nim o tym porozmawiać następnego dnia. Gdy się obudziłam kuzyna już nie było,myślałam,że uciekł natomiast on pływał w jeziorze. Zawołałam Mikiego:
-Miki mogę na chwilę z tobą pogadać?
-Ależ owszem kuzynko-zaśmiał się złośliwie
-Czy ty... jesteś na pewno ... moim kuzynem?- zapytałam drżącym głosem
-Tak,czemu Ci przyszło,że może być inaczej!
-Bo... jesteś w obozie gdzie psy posiadają czerwoną, a ty masz niebieską.
-Kupili mnie i teraz mam niebieską.
-Jesteś już w innym...?
-Obozie? Tam gdzie mieszkam to dziura nie dom obdarzony miłością właściciela.
-Uciekłeś stamtąd?
-Tak i szukam stada. Pomożesz mi?
-Jasne...,że tak.
Poszliśmy do jednej z granic naszej sfory i Miki do mnie powiedział:
-Jeśli znajdę sforę zawołam Ciebie i proszę odwiedź mnie.
-Ale...
-Idę...
-Jak mam Ci pomóc?
-Nie pomagaj mi, poszukam sam.
Poszedł i zastanawiałam ile czasu był sam. Stałam i widziałam jak on szedł,szkoda mi go było.
-A ty to kto?
-Nie kojarzysz mnie?
-No właśnie nie. Kim jesteś?
-Oj Lilia... To ja kuzyn Miki.
-Ten kuzyn z...?
-Tak to ja.
Zaprosiłam go do środka. Kiedyś byłam z nim na wakacjach,było cudnie. Rozmawialiśmy sobie. Miał szczęście,ponieważ tereny jesiennym rankiem były piękne. Zaproponowałam mu spacer, pytając go przy okazji:
-Skąd wiedziałeś gdzie ja mieszkam?
-Widziałem Cię parę miesięcy temu...
-Aha i dlatego postanowiłeś dopiero dzisiaj przyjść do mnie?
-Nie byłem pewny czy to ty.
Pokazywałam mu tereny Nayveder, spotkałam Nixę, z którą się dopiero zapoznałam:
-Hej.-powiedziałam nieśmiało
-Cześć. Kim jesteś?
-Jestem Liliana. A ty?
-Nazywam się Nixa.
-Miło mi Cię poznać. Przy okazji to jest mój kuzyn Miki.
-Miki należysz do tej sfory?-zapytała się Nixa
-Nie,nie należę.-odpowiedział Miki
Poprosił,żebym pokazała mu tereny całej sfory. Nie miałam nic do roboty,więc... mogłam z nim iść. Był zdziwiony taką temperaturą. W końcu nie dziwię mu się te 5 lat spędził na Alasce i teraz ciężko mu jest przyzwyczaić się do naszego klimatu. Poszliśmy do miasteczka,słyszałam,że tam ludzie nie są zbyt mili i niestety to była racja. O mało co nie wylądowalibyśmy w schronisku,gdyby nie otwarte okno w samochodzie to byśmy nie uciekli. Był już wieczór i byliśmy w mojej jaskini. Miki spał jak zabity,natomiast ja nie mogłam zasnąć. Miał na sobie niebieską obrożę,przecież on był w obozie gdzie psy miały czerwoną. Wspominał mi,że jest miejsce gdzie obroże psów były zmieniane celowo,ale nie pamiętałam powodu. Kiedy o tym pomyślałam nareszcie zasnęłam,chociaż postanowiłam z nim o tym porozmawiać następnego dnia. Gdy się obudziłam kuzyna już nie było,myślałam,że uciekł natomiast on pływał w jeziorze. Zawołałam Mikiego:
-Miki mogę na chwilę z tobą pogadać?
-Ależ owszem kuzynko-zaśmiał się złośliwie
-Czy ty... jesteś na pewno ... moim kuzynem?- zapytałam drżącym głosem
-Tak,czemu Ci przyszło,że może być inaczej!
-Bo... jesteś w obozie gdzie psy posiadają czerwoną, a ty masz niebieską.
-Kupili mnie i teraz mam niebieską.
-Jesteś już w innym...?
-Obozie? Tam gdzie mieszkam to dziura nie dom obdarzony miłością właściciela.
-Uciekłeś stamtąd?
-Tak i szukam stada. Pomożesz mi?
-Jasne...,że tak.
Poszliśmy do jednej z granic naszej sfory i Miki do mnie powiedział:
-Jeśli znajdę sforę zawołam Ciebie i proszę odwiedź mnie.
-Ale...
-Idę...
-Jak mam Ci pomóc?
-Nie pomagaj mi, poszukam sam.
Poszedł i zastanawiałam ile czasu był sam. Stałam i widziałam jak on szedł,szkoda mi go było.
środa, 10 grudnia 2014
Od Despero El Diablo - Quest I "Zagadka"
Kiedy zwiedzałem tutejsze tereny na horyzoncie zauważyłem jakąś górę.Była duża i zachęcała by na nią wejść.Uległem i pobiegłem w jej stronę.Kiedy byłem już prawie na szczycie zauważyłem jakąś sylwetkę.Podszedłem bliżej do tego czegoś,a jak byłem już wystarczająco blisko okazało się,że to lis.Wyglądał na starego i nawet może trochę zmęczonego.
-Zmiataj mi z drogi!-Warknąłem.
Lis obojętnie spojrzał się na mnie.Ciekawiło mnie to zwierze.Patrzyłem się na nie jak zaczarowany...jak bym był w jakimś transie.Wreszcie lis odwrócił się do mnie tyłem i zaczął iść w stronę szczytu góry.Ja z ciekawości poszedłem za nim.Oglądał się co chwila czy nadal za nim idę.Wreszcie kiedy byliśmy już na szczycie on wlazł do swojej nory.Wszedłem tam za nim.Ta jego kryjówka była taka szara i było w niej strasznie ciemno i wilgotno.Rozglądałem się za lisem po ciemnych ścianach nory.Nagle spadła na mnie jakaś sieć.Próbowałem się z niej wydostać,ale na próżno.Lis podszedł do mnie z szyderczym uśmiechem.
-Wypuść mnie!-Krzyknąłem pełny złości.
-Jak odgadniesz moją zagadkę.-Zaśmiał się.
-Jak brzmi?-Warknąłem.
-Chłop musi przewieźć na drugi brzeg rzeki kozę, wilka i kapustę. Niestety, posiada łódkę, która może pomieścić tylko jego i jedno z trzech (kozę, wilka albo kapustę). Na jednym brzegu nie mogą zostać bez opieki chłopa: wilk z kozą (bo wilk zje kozę), ani koza z kapustą (bo koza zje kapustę).Co powinien zrobić chłop?-Spytał.
Nie odpowiadałem.Nie wiedziałem co robić.Jaka jest odpowiedz?
-Tik,tak,tik,tak.-Śmiał się lis.Doznałem olśnienia.
-Chłop przewozi na drugi brzeg kozę. Wraca, zabiera wilka,
przewozi go na drugi brzeg, zabiera kozę z powrotem.
Wraca, zostawia kozę i bierze kapustę.
Przewozi ją na drugi brzeg, zostawia z wilkiem i wraca po kozę!-Powiedziałem uradowany.Czułem się jak ktoś kto wygrał na loterii.Jak jakiś wygrany!Lis skakał ze złości i zdjął ze mnie sieć mamrocząc coś pod nosem.Wybiegłem z jego nory i pobiegłem do lasu.Wdrapałem się na najbliższe drzewo i usiadłem na jego konarze.Wpatrywałem się w górę i obiecałem sobie,że kiedyś tam wrócę i porachuję kości temu lisowi.
-Zmiataj mi z drogi!-Warknąłem.
Lis obojętnie spojrzał się na mnie.Ciekawiło mnie to zwierze.Patrzyłem się na nie jak zaczarowany...jak bym był w jakimś transie.Wreszcie lis odwrócił się do mnie tyłem i zaczął iść w stronę szczytu góry.Ja z ciekawości poszedłem za nim.Oglądał się co chwila czy nadal za nim idę.Wreszcie kiedy byliśmy już na szczycie on wlazł do swojej nory.Wszedłem tam za nim.Ta jego kryjówka była taka szara i było w niej strasznie ciemno i wilgotno.Rozglądałem się za lisem po ciemnych ścianach nory.Nagle spadła na mnie jakaś sieć.Próbowałem się z niej wydostać,ale na próżno.Lis podszedł do mnie z szyderczym uśmiechem.
-Wypuść mnie!-Krzyknąłem pełny złości.
-Jak odgadniesz moją zagadkę.-Zaśmiał się.
-Jak brzmi?-Warknąłem.
-Chłop musi przewieźć na drugi brzeg rzeki kozę, wilka i kapustę. Niestety, posiada łódkę, która może pomieścić tylko jego i jedno z trzech (kozę, wilka albo kapustę). Na jednym brzegu nie mogą zostać bez opieki chłopa: wilk z kozą (bo wilk zje kozę), ani koza z kapustą (bo koza zje kapustę).Co powinien zrobić chłop?-Spytał.
Nie odpowiadałem.Nie wiedziałem co robić.Jaka jest odpowiedz?
-Tik,tak,tik,tak.-Śmiał się lis.Doznałem olśnienia.
-Chłop przewozi na drugi brzeg kozę. Wraca, zabiera wilka,
przewozi go na drugi brzeg, zabiera kozę z powrotem.
Wraca, zostawia kozę i bierze kapustę.
Przewozi ją na drugi brzeg, zostawia z wilkiem i wraca po kozę!-Powiedziałem uradowany.Czułem się jak ktoś kto wygrał na loterii.Jak jakiś wygrany!Lis skakał ze złości i zdjął ze mnie sieć mamrocząc coś pod nosem.Wybiegłem z jego nory i pobiegłem do lasu.Wdrapałem się na najbliższe drzewo i usiadłem na jego konarze.Wpatrywałem się w górę i obiecałem sobie,że kiedyś tam wrócę i porachuję kości temu lisowi.
sobota, 25 października 2014
Od Saszy - Quest III "Zupa"
Pewnego dnia, gdy spacerowałam po łące rozglądając się trwożnie, wpadłam na... Hockey'a. Alfa poinformował mnie, iż jutro zamierza zajść do mnie w odwiedziny. Wyduszam krótkie: ''Pa!'' i pędzę do domu. No jasne. Akurat w ten jeden przeddzień, ten kiedy mam gościć Alfę, mój dom musi być gorszy od chlewu dla świń. Przede wszystkim zbieram pudła i je odkurzam. Potem odkurzyć jeszcze półki, szafki i resztę. Poukładać pudła pozmywać naczynia... Latam tak aż do rana, kiedy dom jest piękny i czysty. Kiedy po wduszeniu śniadania zasypiam na krześle, budzi mnie pukanie. Podchodzę na chwiejnych nogach do drzwi i je otwieram. Zastaję tam... Jessy paplającą szybko że trudno ją zrozumieć. Po chwili zwalnia i wyjaśnia:
- Jutro ma odwiedzić cię Alfa, tak? Znam przepis na jego ulubioną zupę. Nazywa się Kasha Kushi i żeby ją zrobić musisz zdobyć:
- 2 kurczaki
- zioła
- marchew, pietruszkę, kapustę, kaszę i ziemniaki.
Woda musi być gorąca. Wrzuć do niej przyprawionego kurczaka, wyczyszczone warzywa i zioła. Pa, idę.
Idę do miasta, poluję na kurczaki (które wcale nie chcą dać się złapać!), skratam ze stragany warzywa...
- AŁAAAAA! - Dostałam pałą w głowę od kobiety od straganu. Cóż, może przeżyję. Potem bez problemu skradam paczkę kaszy i biorę zioła. Biorę wodę z zapasów i ją zagotowuję, co zajmuje mi pół godziny. Przez ten czas czyszczę warzywa i wkładam je do wody. Zioła też się gotują. Obdrapuje kurczaki i je przyprawiam. Wkładam je do garnka i ustawiam budzik na za godzinę. Wpadam do rozkosznego łóżka, zasypiam... Budzik.
- CISZA! - Ryknęłam. Wiecie co?! Porządnemu psu nie dać spać! Zwłaszcza harującemu przez wieczór, noc i ranek. Ustawiam na pół godziny i nareszcie trochę się przesypiam. Razem z budzikiem jest dzwonek. Pędzę i próbuję zupy, czy nie trująca. Nie, nawet zjadalna. Idę otworzyć i wpuszczam Alfę do domu. Podaję zupę. Pies wącha i uśmiecha się pod nosem. Oddycham z ulgą.
- A więc Sasza...
Hockey?
- Jutro ma odwiedzić cię Alfa, tak? Znam przepis na jego ulubioną zupę. Nazywa się Kasha Kushi i żeby ją zrobić musisz zdobyć:
- 2 kurczaki
- zioła
- marchew, pietruszkę, kapustę, kaszę i ziemniaki.
Woda musi być gorąca. Wrzuć do niej przyprawionego kurczaka, wyczyszczone warzywa i zioła. Pa, idę.
Idę do miasta, poluję na kurczaki (które wcale nie chcą dać się złapać!), skratam ze stragany warzywa...
- AŁAAAAA! - Dostałam pałą w głowę od kobiety od straganu. Cóż, może przeżyję. Potem bez problemu skradam paczkę kaszy i biorę zioła. Biorę wodę z zapasów i ją zagotowuję, co zajmuje mi pół godziny. Przez ten czas czyszczę warzywa i wkładam je do wody. Zioła też się gotują. Obdrapuje kurczaki i je przyprawiam. Wkładam je do garnka i ustawiam budzik na za godzinę. Wpadam do rozkosznego łóżka, zasypiam... Budzik.
- CISZA! - Ryknęłam. Wiecie co?! Porządnemu psu nie dać spać! Zwłaszcza harującemu przez wieczór, noc i ranek. Ustawiam na pół godziny i nareszcie trochę się przesypiam. Razem z budzikiem jest dzwonek. Pędzę i próbuję zupy, czy nie trująca. Nie, nawet zjadalna. Idę otworzyć i wpuszczam Alfę do domu. Podaję zupę. Pies wącha i uśmiecha się pod nosem. Oddycham z ulgą.
- A więc Sasza...
Hockey?
piątek, 24 października 2014
Od Setha - Quest V "Odwiedziny"
Był bardzo mroźny dzień, co w sumie nie jest niczym dziwnym. Zima to zima - naturalnie jest zimno. To chyba logiczne.
Gdy nastąpiła późna godzina, skierowałem się do mojej jaskini.
- Mam dosyć tych durnych wilków. - mruknąłem pod nosem. - Ciągle łażą nam po terenach, a teraz jeszcze mamy z nimi wojnę. W dodatku przejęli Navydeer.
Navydeer... Sektor Maybe, pomyślałem.
Potrząsnąłem głową, aby odepchnąć od siebie wszystkie myśli o tym, co już się zdarzyło. Nieważne, kiedy było, ale już było. Liczy się to, co jest teraz...
Wszedłem do jaskini. Nie miałem zamiaru spać. Mieszkam sam, to byłoby nierozsądne... W każdej chwili mógłby wpaść tu jakiś wilk z Watahy Braterskiej Krwii. Ja nie chcę tu żadnego z nich.
Wtedy rozległo się pukanie.
- Kto tam? - warknąłem.
Nikt mi nie odpowiedział.
- No wchodź! - krzyknąłem.
Wtedy wszedł całkowicie nieznajomy mi pies.
- Kim jesteś? - burknąłem. Ostatnio nie miałem nastroju na żadne rozmowy.
- Mam na imię Cassie. - powiedziała. Dopiero po jej głosie zorientowałem się, że to suczka.
- Casey? - zapytałem unosząc "brew". Przecież Casey jest bohudką, nie owczarkiem australijskim... Coś tu nie gra...
- Cassie. - sprostowała.
Teraz zwróciłem uwagę na jej wygląd. Była suczką mniej więcej takiego wzrostu, jak ja, ale poza tym różniła się ode mnie. Miała różnokolorowe oczy - jedno niebieskie, zaś drugie brązowe. Umaszczenie także inne, gdyż jej sierść nie była tej samej maści, co moja. Chyba red-merle, czy jakoś tak... Zapamiętałem tą nazwę tylko dlatego, że w hodowli, w której się urodziłem wisiał plakat z maśćmi mojej rasy. Jedną z nich była właśnie red-merle.
- Dobrze, ale kim jesteś? - spytałem. - Chyba nie należysz do Sfory Psiego Głosu Forever. Wtedy chyba bym cię znał...
- Nie jesteś w stanie znać wszystkich. - stwierdziła. - Ale masz rację, nie należę do tej Sfory.
- To skąd się tu wzięłaś? - ponownie zadałem pytanie.
- Ty jesteś... Seth. - powiedziała cicho.
- No i... - zacząłem, ale potem się zdziwiłem. - Skąd znasz moje imię?!
Uśmiechnęła się pod nosem.
- Bo jestem twoją siostrą. - odpowiedziała.
Zatkało mnie. Otorzyłem pysk ze zdziwienia. Nie byłem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zwyczajnie (lub nie) zapomniałem, jak to się robi.
Ona... moją siostrą?!
- Ale... ale jak? - wyjąkałem.
- Noo bo wiesz... Kiedy ty uciekłeś z naszej hodowli, ja zostałam. Może nawet mnie nie pamiętasz. Dalej brałam udział we wszystkich idiotycznych treningach. Ale na pewnych zawodach, coś się we mnie "poruszyło". Zbuntowałam się. - Tu ponownie się uśmiechnęłam, ale nie tak, jak poprzednio. Tym razem jej uśmiech był taki... taki inny. Jak bunt był powodem do dumy. - Mniej więcej coś takiego, jak ty, ale ja na zawodach, a nie na spacerze. - Spojrzała na mnie wymownie.
Sięgnąłem pamięcią do dawnych czasów. Byłem na spacerze, od rana miałem okropny humor (jak teraz). Byłem wściekły, bo miało zacząć się głupie szkolenie do agillity. Ja naprawdę nigdy nie miałem nic do tego sportu.. Ale gdy dostaje się batem za każdy błąd, to naprawdę można mieć dosyć. Można, po przecież w hodowli były psy, którym to nie przeszkadzało, lecz ja do nich nie należałem.
- Ale... po co tu przyszłaś? - zdziwiłem się.
- Mam sobie pójść?! - oburzyła się.
- Nie, nie. - powiedziałem pośpiesznie. - Chciałem po prostu wiedzieć, po co tu przyszłaś.
- Chciałam cię odnaleźć. - odpowiedziała.
- Po co? - spytałem.
- A bo taki mam grymas. - prychnęła. - Dobra, a na serio... Chciałam sprawdzić, czy jest na tym świecie ktoś, oprócz mnie. Teraz wracam.
Poczułem się tak jakoś... samotnie? Właśne odnalazłem swoją prawdziwą siostrę, a ona chce mnie po prostu opuścić.
- Powinieneś wiedzieć, że nie jesteś tu sam. - powiedziała.
- Oprócz mnie jst tu ponad sto dwadzieścia psów. Nie jestem samo. - zauważyłem.
- Chodzi mi o rodzinę. - wyjaśniła. - Masz tu kogoś? Partnerkę? Szczeniaki?
- Mam siostrę... taką przyszywaną. - odparłem. - Veronę.
- Czyli sam nie jesteś. - uśmiechnęła się. - Dobra, musimy się pożegnać.
Przeprowadziliśmy jeszcze krótką rozmowę, a potem Cassie musiała stąd iść. Starałem się poukładać sobie to wszystko w głowie... To nie był normalny dzień.
Gdy nastąpiła późna godzina, skierowałem się do mojej jaskini.
- Mam dosyć tych durnych wilków. - mruknąłem pod nosem. - Ciągle łażą nam po terenach, a teraz jeszcze mamy z nimi wojnę. W dodatku przejęli Navydeer.
Navydeer... Sektor Maybe, pomyślałem.
Potrząsnąłem głową, aby odepchnąć od siebie wszystkie myśli o tym, co już się zdarzyło. Nieważne, kiedy było, ale już było. Liczy się to, co jest teraz...
Wszedłem do jaskini. Nie miałem zamiaru spać. Mieszkam sam, to byłoby nierozsądne... W każdej chwili mógłby wpaść tu jakiś wilk z Watahy Braterskiej Krwii. Ja nie chcę tu żadnego z nich.
Wtedy rozległo się pukanie.
- Kto tam? - warknąłem.
Nikt mi nie odpowiedział.
- No wchodź! - krzyknąłem.
Wtedy wszedł całkowicie nieznajomy mi pies.
- Kim jesteś? - burknąłem. Ostatnio nie miałem nastroju na żadne rozmowy.
- Mam na imię Cassie. - powiedziała. Dopiero po jej głosie zorientowałem się, że to suczka.
- Casey? - zapytałem unosząc "brew". Przecież Casey jest bohudką, nie owczarkiem australijskim... Coś tu nie gra...
- Cassie. - sprostowała.
Teraz zwróciłem uwagę na jej wygląd. Była suczką mniej więcej takiego wzrostu, jak ja, ale poza tym różniła się ode mnie. Miała różnokolorowe oczy - jedno niebieskie, zaś drugie brązowe. Umaszczenie także inne, gdyż jej sierść nie była tej samej maści, co moja. Chyba red-merle, czy jakoś tak... Zapamiętałem tą nazwę tylko dlatego, że w hodowli, w której się urodziłem wisiał plakat z maśćmi mojej rasy. Jedną z nich była właśnie red-merle.
- Dobrze, ale kim jesteś? - spytałem. - Chyba nie należysz do Sfory Psiego Głosu Forever. Wtedy chyba bym cię znał...
- Nie jesteś w stanie znać wszystkich. - stwierdziła. - Ale masz rację, nie należę do tej Sfory.
- To skąd się tu wzięłaś? - ponownie zadałem pytanie.
- Ty jesteś... Seth. - powiedziała cicho.
- No i... - zacząłem, ale potem się zdziwiłem. - Skąd znasz moje imię?!
Uśmiechnęła się pod nosem.
- Bo jestem twoją siostrą. - odpowiedziała.
Zatkało mnie. Otorzyłem pysk ze zdziwienia. Nie byłem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zwyczajnie (lub nie) zapomniałem, jak to się robi.
Ona... moją siostrą?!
- Ale... ale jak? - wyjąkałem.
- Noo bo wiesz... Kiedy ty uciekłeś z naszej hodowli, ja zostałam. Może nawet mnie nie pamiętasz. Dalej brałam udział we wszystkich idiotycznych treningach. Ale na pewnych zawodach, coś się we mnie "poruszyło". Zbuntowałam się. - Tu ponownie się uśmiechnęłam, ale nie tak, jak poprzednio. Tym razem jej uśmiech był taki... taki inny. Jak bunt był powodem do dumy. - Mniej więcej coś takiego, jak ty, ale ja na zawodach, a nie na spacerze. - Spojrzała na mnie wymownie.
Sięgnąłem pamięcią do dawnych czasów. Byłem na spacerze, od rana miałem okropny humor (jak teraz). Byłem wściekły, bo miało zacząć się głupie szkolenie do agillity. Ja naprawdę nigdy nie miałem nic do tego sportu.. Ale gdy dostaje się batem za każdy błąd, to naprawdę można mieć dosyć. Można, po przecież w hodowli były psy, którym to nie przeszkadzało, lecz ja do nich nie należałem.
- Ale... po co tu przyszłaś? - zdziwiłem się.
- Mam sobie pójść?! - oburzyła się.
- Nie, nie. - powiedziałem pośpiesznie. - Chciałem po prostu wiedzieć, po co tu przyszłaś.
- Chciałam cię odnaleźć. - odpowiedziała.
- Po co? - spytałem.
- A bo taki mam grymas. - prychnęła. - Dobra, a na serio... Chciałam sprawdzić, czy jest na tym świecie ktoś, oprócz mnie. Teraz wracam.
Poczułem się tak jakoś... samotnie? Właśne odnalazłem swoją prawdziwą siostrę, a ona chce mnie po prostu opuścić.
- Powinieneś wiedzieć, że nie jesteś tu sam. - powiedziała.
- Oprócz mnie jst tu ponad sto dwadzieścia psów. Nie jestem samo. - zauważyłem.
- Chodzi mi o rodzinę. - wyjaśniła. - Masz tu kogoś? Partnerkę? Szczeniaki?
- Mam siostrę... taką przyszywaną. - odparłem. - Veronę.
- Czyli sam nie jesteś. - uśmiechnęła się. - Dobra, musimy się pożegnać.
Przeprowadziliśmy jeszcze krótką rozmowę, a potem Cassie musiała stąd iść. Starałem się poukładać sobie to wszystko w głowie... To nie był normalny dzień.
czwartek, 23 października 2014
Od Elaine - Qust VI "Motyla noga!"
Jest zima, praktyczne każde miejsce jest zamarznięte. Prawie każde zwierzę i każdy owad który hibernuje poddał się już żywiołowi mrozu i zasnął. Jedynym miejscem które nie zostało pozbawione kolorów była pewna łąka. Były na niej jeszcze skrawki trawy i kwiatków. Łąka była przedzielona rzeką która już zdążyła zamarznąć na tyle by spokojnie po niej przejść. Tego dnia właśnie spacerowałam po niej i wpatrywałam się w ryby płynące pod grubą warstwą lodu. Myślałam sobie „ jak im nie jest zimno ?”. Szłam za nimi jak zahipnotyzowana. Mój trans przerwały cienkie szczeki. Szybko uniosłam głowę i czujnie rozejrzałam się w około. Po przeciwnej stronie rzeki zobaczyłam jakiegoś psa. Koło jego nóg skakały małe puszyste kulki. Od razu widać było że to jego szczeniaki, było ich dość sporo. Podeszłam powoli do niego, nie wyglądał jak z watahy wrogów. Wydawał się bardziej przelotnym turystom.
- Czy wszystko u ciebie w porządku ? – Zapytałam. Pies wydawał się wyczerpany.
- Raczej nie. –Odpowiedział tak wyczerpanym głosem jakby zaraz miał zdechnąć, po czy schylił łeb ze smutkiem.
Między naszymi nogami ganiały się wesołe szczeniaki. To było dla mnie dobijające przeżycie, przecież ja nienawidzę dzieci. Miałam ochotę wykopać jedno po drugim w stronę księżyca, ale one nie są same, a mi się nie chce zadzierać z ich ojcem.
- Mogłabyś się nimi zająć na pół godzinki ? – Powiedział tak szybko jakby wszystkie siły w jednej chwili mu powróciły. Nie czekał na moją odpowiedź. – Dzięki . – Powiedział prędko i pobiegł ile sił w nogach za najbliższą górę. Nie miałam czasu odmówić więc uznałam że mu pomogę.
- Ale zaczekaj, ile ich jest !!!! – Wrzasnęłam z całego głosu.
Za pagórka wydobył się już nie tak wyraźny jak wcześniej dźwięk „ piętnaście”. Nie mogłam sobie wyobrazić opieki nad tyloma szczeniakami. Stałam jak wryta patrząc się wciąż w stronę pagórka za którym zniknął pies. Nagle szczek szczeniąt stawał się coraz cichszy, postanowiłam je policzyć żeby sprawdzić czy są wszystkie.
- Dobra, jeee…den – Gdy się odwróciłam nie było ani jednej kulki. Zaczęłam oglądać się w wszystkie strony. Wtedy coś usłyszałam.
- Szybko zaraz je dorwiemy !!! – Powiedział jeden cieniutki głosik. To były szczeniaki. Biegły za chmarą kolorowych motyli. Zaraz, skąd do diabła się wzięły motyle w zimie ? Ale to nie było teraz najważniejsze, musiałam złapać wszystkie szczeniaki. Szybko pobiegłam w ich stronę, miałam nadzieję, że się nie rozdzielą . To był chyba mój pechowy dzień, zanim się zorientowałam miałam przed sobą tylko sześć maluchów. Udało mi się je w mgnieniu oka złapać, lecz jak je utrzymać w miejscu ? W pobliżu był szlak dla turystów, a gdzie jest szlak tam też są ludzie, a gdzie są ludzie tam są oczywiście różne śmieci pozostawione po spacerach. Od razu znalazłam duże pudło i zaciągnęłam je na łąkę. Wsadziłam złapanych uciekinierów i poszłam poszukać reszty. Piątka szczeniąt chyba tak jak ja zahipnotyzowały się w rybach w rzece. Lecz rzeka kierowała cię w stronę jeziora, tam lud nie był już taki gruby. Musiałam je szybko złapać, bo mogą wpaść pod lud i się utopić. Próbowałam złapać wszystkie na raz, lecz trudno utrzymać pięć grubych kulek w paszczy, w zasadzie poza nią też nie jest łatwo. W końcu udało mi się je zmusić do posłuszeństwa i wsadziłam je do reszty rodzeństwa. Kolejne trzy szczeniaki siedziały na kłodzie w lesie, z nimi poszło najłatwiej. Po złapaniu chyba wszystkich szczeniaków zaczęłam liczyć.
-Raz, dwa, trzy…czternaście. Zaraz gdzie jest piętnasty.- Policzyłam kolejny raz mając nadzieję, że to tylko moja pomyłka, lecz zakończyło się tak jak wcześniej. Gdy już myślałam, że już po mnie usłyszałam ciche kopanie wśród traw. Gdy zorientowałam się że to ostatni szczeniak nie mogłam uwierzyć, że on przez cały czas bawił się pod moim nosem. Gdy ich opiekun przyszedł trochę się zdziwił, że szczeniaki są w pudełku po hot-dogach, ale nie pytał o szczegóły. Szczeniak też nie pisnęły ani słówka o ich przygodzie. Mogłam nareszcie odpocząć, nic nie plątało się między moimi, a ja mogłam w końcu się położyć na resztkach trawy i liczyć chmury.
- Czy wszystko u ciebie w porządku ? – Zapytałam. Pies wydawał się wyczerpany.
- Raczej nie. –Odpowiedział tak wyczerpanym głosem jakby zaraz miał zdechnąć, po czy schylił łeb ze smutkiem.
Między naszymi nogami ganiały się wesołe szczeniaki. To było dla mnie dobijające przeżycie, przecież ja nienawidzę dzieci. Miałam ochotę wykopać jedno po drugim w stronę księżyca, ale one nie są same, a mi się nie chce zadzierać z ich ojcem.
- Mogłabyś się nimi zająć na pół godzinki ? – Powiedział tak szybko jakby wszystkie siły w jednej chwili mu powróciły. Nie czekał na moją odpowiedź. – Dzięki . – Powiedział prędko i pobiegł ile sił w nogach za najbliższą górę. Nie miałam czasu odmówić więc uznałam że mu pomogę.
- Ale zaczekaj, ile ich jest !!!! – Wrzasnęłam z całego głosu.
Za pagórka wydobył się już nie tak wyraźny jak wcześniej dźwięk „ piętnaście”. Nie mogłam sobie wyobrazić opieki nad tyloma szczeniakami. Stałam jak wryta patrząc się wciąż w stronę pagórka za którym zniknął pies. Nagle szczek szczeniąt stawał się coraz cichszy, postanowiłam je policzyć żeby sprawdzić czy są wszystkie.
- Dobra, jeee…den – Gdy się odwróciłam nie było ani jednej kulki. Zaczęłam oglądać się w wszystkie strony. Wtedy coś usłyszałam.
- Szybko zaraz je dorwiemy !!! – Powiedział jeden cieniutki głosik. To były szczeniaki. Biegły za chmarą kolorowych motyli. Zaraz, skąd do diabła się wzięły motyle w zimie ? Ale to nie było teraz najważniejsze, musiałam złapać wszystkie szczeniaki. Szybko pobiegłam w ich stronę, miałam nadzieję, że się nie rozdzielą . To był chyba mój pechowy dzień, zanim się zorientowałam miałam przed sobą tylko sześć maluchów. Udało mi się je w mgnieniu oka złapać, lecz jak je utrzymać w miejscu ? W pobliżu był szlak dla turystów, a gdzie jest szlak tam też są ludzie, a gdzie są ludzie tam są oczywiście różne śmieci pozostawione po spacerach. Od razu znalazłam duże pudło i zaciągnęłam je na łąkę. Wsadziłam złapanych uciekinierów i poszłam poszukać reszty. Piątka szczeniąt chyba tak jak ja zahipnotyzowały się w rybach w rzece. Lecz rzeka kierowała cię w stronę jeziora, tam lud nie był już taki gruby. Musiałam je szybko złapać, bo mogą wpaść pod lud i się utopić. Próbowałam złapać wszystkie na raz, lecz trudno utrzymać pięć grubych kulek w paszczy, w zasadzie poza nią też nie jest łatwo. W końcu udało mi się je zmusić do posłuszeństwa i wsadziłam je do reszty rodzeństwa. Kolejne trzy szczeniaki siedziały na kłodzie w lesie, z nimi poszło najłatwiej. Po złapaniu chyba wszystkich szczeniaków zaczęłam liczyć.
-Raz, dwa, trzy…czternaście. Zaraz gdzie jest piętnasty.- Policzyłam kolejny raz mając nadzieję, że to tylko moja pomyłka, lecz zakończyło się tak jak wcześniej. Gdy już myślałam, że już po mnie usłyszałam ciche kopanie wśród traw. Gdy zorientowałam się że to ostatni szczeniak nie mogłam uwierzyć, że on przez cały czas bawił się pod moim nosem. Gdy ich opiekun przyszedł trochę się zdziwił, że szczeniaki są w pudełku po hot-dogach, ale nie pytał o szczegóły. Szczeniak też nie pisnęły ani słówka o ich przygodzie. Mogłam nareszcie odpocząć, nic nie plątało się między moimi, a ja mogłam w końcu się położyć na resztkach trawy i liczyć chmury.
niedziela, 5 października 2014
Od Alison - Quest V "Odwiedziny"
Gdy się obudziłam od razu wiedziałam, że ten dzień będzie wyjątkowy.
Idąc sobie przez las miałam uczucie że ktoś mnie obserwuje, ale już się
do tego przyzwyczaiłam , więc nie stresowało mnie to tak jak kiedyś. Po
spacerze spokojnie poszłam do domu. Chciałam odpocząć, ostatnio trochę
się forsowałam, jakbym wzięła udział w maratonie to może bym wygrała.
Gdy się w końcu położyłam w mojej jaskini niespodziewanie ktoś zapukał w
kłodę położoną przy wejściu. Nie spodziewałam się nikogo, więc trochę
mnie zdziwiło że ktoś do mnie przyszedł. Kiedy wystawiłam głowę z mojej
jaskini zobaczyłam czarno szarego psa, jego oczy wydawały mi się
znajome. Świeciły jak dwa wielkie żółte świetliki. Patrzyliśmy sobie w
oczy tak przez jakąś minutę. Aż w końcu nieznajomy zdecydował się
przerwać tę ciszę.
- Witaj Ali – Powiedział lekko uśmiechając cię. –Zmieniłaś się, ostatnio jak cię widziałem byłaś tylko małym kłębkiem nerwów.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Ten pies mnie znał, a ja go nawet sobie nie przypominałam. Ale chyba był kimś ważnym, skoro znał mnie jak byłam szczeniakiem.
- Wybacz, ale chyba mnie z kimś pomyliłeś, ponieważ ja Cię nie znam.
- Nie pomyliłem się, dokładnie taką Cię zapamiętałem, więc nie ma opcji że to nie ty – Odpowiedział bardzo pewnym siebie głosem.
- Może ty mnie pamiętasz , ale ja ciebie nie.
-Więc się przedstawię. Jestem Elijah ( czyt. Elajrza ). Naprawdę mnie nie pamiętasz ?
Coś mi to imię mówiło, lecz nie wiedziałam co. Wydawało mi się że jak byłam mała to go już widziałam.
- Chyba rzeczywiście mnie nie pamiętasz. – Zrobił dość zamyśloną minę, ale chyba wpadł na jakiś pomysł, bo w jednej chwili oczy mu zabłysły niczym żarówki. – Skoro mnie nie pamiętasz, to Ci o mnie przypomnę. Pamiętam jak kiedyś przyszedłem w odwiedziny do rodziny, a zasadzie do tylko jednego członka z niej. Moja matka kazała mi poczekać, bo jak zwykle nie miała dla mnie czasu …
- Ale co twoja historia ma wspólnego ze mną – Wtrąciłam się.
- Nie przerywaj mi. Zaraz się dowiesz. No więc gdy tak czekałem w „pustym ” pokoju , zauważyłem, że nie jest on taki pusty. Usłyszałem cichutki płacz, i wtedy okazało się że to ty. Byłaś bardzo smutna ,a ja jako twój starszy brat powinienem cię pocieszyć.
- Zaraz, co ?! – Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam.
- Nie no którym momencie się wyłączyłaś ?
- Jesteś moim BRATEM ?
- Teraz już wiem w którym momencie. I tak jesteśmy rodzeństwem. Tak jakoś tylko od strony matki. I wiem dlaczego mnie nie poznałaś. Ty nie chciałaś mnie znać, nie chciałaś pamiętać wcześniejszego życia, więc po prostu mnie wyrzuciłaś ze swojego umysłu. Zresztą nie mnie jednego. Zapomniałaś też o Enzo.
- Ale ja już pamiętam, i pamiętam że mnie wrobiliście w rozwalenie stołu – Nie mogłam uwierzyć , że Elijah stoi tuż przede mną i że z nim rozmawiam. To było niesamowite.
-To z tym stołem to był wypadek, a w ogóle jakby się dowiedzieli że ja i Enzo rozwaliliśmy połowę domu to by nas wyrzucili .A przecież nikt by nie ukarał takiego małego i niewinnego szczeniaczka jak Alison. – Powiedział uśmiechając się.
- Właśnie, a gdzie jest Enzo ? – Bardzo za nim tęskniłam chociaż wiedziałam że nie jest ze mną spokrewniony. Po prostu wiedziałam że Elijah i Enzo łączy naprawdę wielka więź. Razem dorastali, więc byli przyjaciółmi na dobre i na złe.
- Poszedł na polanę rozładować napięcie.
-Serio, jak?
- Pewnie morduje jakieś sarny, albo mięciutkie króliczki.
-A kiedy tu przyjdzie ?
- No właśnie jestem tu po to by powiedzieć, że on tu nie przyjdzie.
- Dlaczego ? – Zastanawiałam co się stało.
-Nie ważne, posłuchaj bardzo dużo się zmieniło, Enzo się zmienił, Ja się zmieniłem i jestem tu tylko by ci przypomnieć że nie jesteś sama i się pożegnać.
-Co ? – Wtedy poczułam że łamie mi się serce. Jedyna osoba która jest z mojej rodziny i którą kocham tak po prostu mnie opuszcza. – Ale nie zostawiasz mnie na Zawsze ?
- No jasne że nie, przecież na pewno się potem zobaczymy. Tylko najpierw muszę sobie poukładać
życie. Teraz mnie przytul mocno i lecę.
Rzuciłam mu się na szyję, tak że słyszałam bicie jego serca. Gdy go puściłam odwrócił się i ruszył w swoją stronę. Gdy straciłam go z oczu poszłam do kąta w mojej jaskini, skuliłam się w kłębek i zaczęłam cichutko płakać, tak jak wtedy gdy mnie znalazł Elijah.
- Witaj Ali – Powiedział lekko uśmiechając cię. –Zmieniłaś się, ostatnio jak cię widziałem byłaś tylko małym kłębkiem nerwów.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Ten pies mnie znał, a ja go nawet sobie nie przypominałam. Ale chyba był kimś ważnym, skoro znał mnie jak byłam szczeniakiem.
- Wybacz, ale chyba mnie z kimś pomyliłeś, ponieważ ja Cię nie znam.
- Nie pomyliłem się, dokładnie taką Cię zapamiętałem, więc nie ma opcji że to nie ty – Odpowiedział bardzo pewnym siebie głosem.
- Może ty mnie pamiętasz , ale ja ciebie nie.
-Więc się przedstawię. Jestem Elijah ( czyt. Elajrza ). Naprawdę mnie nie pamiętasz ?
Coś mi to imię mówiło, lecz nie wiedziałam co. Wydawało mi się że jak byłam mała to go już widziałam.
- Chyba rzeczywiście mnie nie pamiętasz. – Zrobił dość zamyśloną minę, ale chyba wpadł na jakiś pomysł, bo w jednej chwili oczy mu zabłysły niczym żarówki. – Skoro mnie nie pamiętasz, to Ci o mnie przypomnę. Pamiętam jak kiedyś przyszedłem w odwiedziny do rodziny, a zasadzie do tylko jednego członka z niej. Moja matka kazała mi poczekać, bo jak zwykle nie miała dla mnie czasu …
- Ale co twoja historia ma wspólnego ze mną – Wtrąciłam się.
- Nie przerywaj mi. Zaraz się dowiesz. No więc gdy tak czekałem w „pustym ” pokoju , zauważyłem, że nie jest on taki pusty. Usłyszałem cichutki płacz, i wtedy okazało się że to ty. Byłaś bardzo smutna ,a ja jako twój starszy brat powinienem cię pocieszyć.
- Zaraz, co ?! – Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam.
- Nie no którym momencie się wyłączyłaś ?
- Jesteś moim BRATEM ?
- Teraz już wiem w którym momencie. I tak jesteśmy rodzeństwem. Tak jakoś tylko od strony matki. I wiem dlaczego mnie nie poznałaś. Ty nie chciałaś mnie znać, nie chciałaś pamiętać wcześniejszego życia, więc po prostu mnie wyrzuciłaś ze swojego umysłu. Zresztą nie mnie jednego. Zapomniałaś też o Enzo.
- Ale ja już pamiętam, i pamiętam że mnie wrobiliście w rozwalenie stołu – Nie mogłam uwierzyć , że Elijah stoi tuż przede mną i że z nim rozmawiam. To było niesamowite.
-To z tym stołem to był wypadek, a w ogóle jakby się dowiedzieli że ja i Enzo rozwaliliśmy połowę domu to by nas wyrzucili .A przecież nikt by nie ukarał takiego małego i niewinnego szczeniaczka jak Alison. – Powiedział uśmiechając się.
- Właśnie, a gdzie jest Enzo ? – Bardzo za nim tęskniłam chociaż wiedziałam że nie jest ze mną spokrewniony. Po prostu wiedziałam że Elijah i Enzo łączy naprawdę wielka więź. Razem dorastali, więc byli przyjaciółmi na dobre i na złe.
- Poszedł na polanę rozładować napięcie.
-Serio, jak?
- Pewnie morduje jakieś sarny, albo mięciutkie króliczki.
-A kiedy tu przyjdzie ?
- No właśnie jestem tu po to by powiedzieć, że on tu nie przyjdzie.
- Dlaczego ? – Zastanawiałam co się stało.
-Nie ważne, posłuchaj bardzo dużo się zmieniło, Enzo się zmienił, Ja się zmieniłem i jestem tu tylko by ci przypomnieć że nie jesteś sama i się pożegnać.
-Co ? – Wtedy poczułam że łamie mi się serce. Jedyna osoba która jest z mojej rodziny i którą kocham tak po prostu mnie opuszcza. – Ale nie zostawiasz mnie na Zawsze ?
- No jasne że nie, przecież na pewno się potem zobaczymy. Tylko najpierw muszę sobie poukładać
życie. Teraz mnie przytul mocno i lecę.
Rzuciłam mu się na szyję, tak że słyszałam bicie jego serca. Gdy go puściłam odwrócił się i ruszył w swoją stronę. Gdy straciłam go z oczu poszłam do kąta w mojej jaskini, skuliłam się w kłębek i zaczęłam cichutko płakać, tak jak wtedy gdy mnie znalazł Elijah.
sobota, 28 czerwca 2014
Od Tajemniczka - Quest IV 'Jutro'
Coś mi było... Byłem osowiały, nie mogłem spać, było tak nie dobrze... Co rano szedłem z mozołem do Gerisa. Nie miał pojęcia co to... Kiedy siedziałem samotnie przy Fioletowej Rzeczce, jakiś potwór - nie wiadomo co wynurzyło się z wody i powiedziało: Czekasz nadaremnie, to uczucie nie minie! Sfora się zawali, tylko ty możesz ją uratować! To stanie się jutro! Zapytałem z przerażeniem: Jak mogę uratować Sforę i co się stanie?! Nagle uświadomiłem sobie - to Ruda Wiedźma! Wiedźma odpowiedziała: Sfora się zawali, skały wpadną do wody, lasy się zawalą, wszystko się zapadnie. Zapytałem: A jak mogę pomóc? Ruda Wiedźma powiedziała: Wydaj swoją sforę, a nic ci nie będzie! Krzyknąłem: Nigdy poczwaro, wiedźmo przeklęta! Wiedźma złośliwie odpowiedziała: To po tobie! Pobiegłem do Alfy. Dyszałem: Hock, Hock! Wiedźma! Ruda! Ruda Wiedźma! Hockey krzyknął: Na balkonik! Pobiegłem zawiadomić resztę. Po paru minutach byli wszyscy. Hockey wyjaśnił: Ruda wiedźma. Do boju, jak najszybciej! Niektóre psy chwilę panikowały, inne szybko biegły się przygotować. Na placu rzeczywiście drzewa się waliły a skały Fioletowej Rzeczki z hukiem wpadały do wody. Prędko biegliśmy, gryźliśmy Rudą... Po bardzo, bardzo trudnej bitwie wracaliśmy do domów jako zwycięzcy. Uprzątnąłem dom z pomocą paru suczek. Wszystko lśniło, błyszczało... Nagle wiedźma pojawiła się mi przed nosem. Zapytałem zdziwiony: A ty co znowu wyrabiasz w moim mieszkanku, co? Usłyszałem głos:
- Tajek, obudź się! To była Sasza. Mruknąłem pod nosem: Przepraszam, padam z nóg... Jeny. Znów pomyłka. To Lameline. Odpowiedziała:
- Nie ma za co, zmęczeni są wszyscy.
Od Madeline: Widzę, że więcej z ciebie nie wycisnę. Cóż, wstawiam, ale ilość linijek jest wątpliwa... Na balonik! xd Zaraz spadnę z krzesła.
- Tajek, obudź się! To była Sasza. Mruknąłem pod nosem: Przepraszam, padam z nóg... Jeny. Znów pomyłka. To Lameline. Odpowiedziała:
- Nie ma za co, zmęczeni są wszyscy.
Od Madeline: Widzę, że więcej z ciebie nie wycisnę. Cóż, wstawiam, ale ilość linijek jest wątpliwa... Na balonik! xd Zaraz spadnę z krzesła.
Od Robina - Quest I "Zagadka"
W milczeniu przemierzałem górską ścieżkę prowadzącą na Bagienny Wierch. Było to dość przygnębiające miejsce, pełne owadów, gdzie w powietrzu unosiły się opary o podejrzanym zapachu oraz dziwne ryki zwierząt żyjących we wszechobecnym błocie. Z drugiej strony, bagienne góry, tak jak i bagienne wodospady były bardzo rzadkie. Niemniej wszystkie psy omijały Bagienny Wierch z daleka, jednak mój ponury nastrój sprawił że przywlokłem się właśnie tutaj. Okropny nastrój miałem z kilku powodów. Wstałem lewą nogą, sam wszcząłem utarczkę z Ellie i paroma innymi psami, co kompletnie ścierało się z moją naturą, a teraz dręczyły mnie wyrzuty sumienia i byłem zbyt dumny by od razu przeprosić, a to także było dziwne. Miałem gorszy dzień.
Z niezbyt miłych wspomnień dzisiejszego poranka wyrwał mnie okropny, głośny skrzek. Instynktownie odskoczyłem w cień skarłowaciałego krzaczka na skraju drogi, którą właśnie zagrodziło ogromne stworzenie. Była to wielka, szarobrązowa żaba z fioletowymi, błoniastymi skrzydłami - cała umazana szlamem. Po kilku sekundach obserwacji byłem pewien że to żabol bagienny, dodatkowo dość stary, jeden z najrzadszych gatunków żaboli.
- Witaj, wilku. - rozległ się skrzypiąco-rechoczący głos. - Nie bój się mnie.
Postanowiłem wyjść z cienia, gdyż nie miałem szans w ucieczce z tym stworzeniem. Wiedziałem też, że jest niezwykle ciekawskie i uwielbia rozmowy z innymi, rozumnymi gatunkami. Zaspokoję ciekawość stworzenia i zmyję się stąd jak najszybciej, pomyślałem.
- Dzień dobry. - także powitałem żabola.
- Nieczęsto widuje się tu przybyszów. - zauważyła ogromna żaba. - Z tego co wiem, nie lubią naszej wspaniałej okolicy. - machnęła przednią kończyną.
- Uważam, że bagna są piękne i tajemnicze. - nie chciałem denerwować prastarego stworzenia.
- Od razu widać, że porządny z ciebie wilk. - zarechotał żabol. Są z natury łatwowierne. - Jak Ci na imię?
- Ronald. - nie zamierzałem też rozpowiadać naokoło nawet mojego użytkowego imienia.
- Ja nazywam się... - tu żaba wydała przeciągły skrzek -... ale nazywaj mnie Purpurem.
Milczałem.
- Choć ze mną, Ronaldzie, pokażę ci moją kryjówkę, legowisko. - i skoczył w krzaki. Z westchnieniem podążyłem za stworzeniem. Może dowiem się czegoś ciekawego lub przynajmniej zobaczę, jaki tryb życia prowadzą te stworzenia.
Po kilkunastu minutach skakania po śliskich pniach i omszałych głazach, przedzierania się przez krzaki, cali ubłoceni dotarliśmy do jaskini. Czarna dziura w ciemnym, gładkim kamieniu była dokładnie zasłonięta lianami. Wokół niej były wyryte jakieś runy.
- Wejdź pierwszy. - zachęcił Purpur.
Podejrzliwie, ale z ciekawością ruszyłem w stronę jaskini. Okazało się to ogromnym błędem. Kiedy tylko przekroczyłem próg, liany za moimi plecami splotły się w szczelną siatkę. Byłem zamknięty. To do tego służyły runy wokół wejścia, zorientowałem się.
- Liany nie rozwiążą się, dopóki nie odpowiesz na moją zagadkę, Ronaldzie. Kiedy to zrobisz, puszczę Cię wolno. - głos nadal pozostał przyjazny, choć okropnie skrzekliwy. Mogłem się tego spodziewać - że stanę się rozrywką żabola. Nie pozostawało nic innego, jak rozwiązać zagadkę. Nie czułem strachu, jedynie zniecierpliwienie, bo wiedziałem, że nie jest zbyt inteligentny i musi mówić prawdę, taka klątwa ciążyła na wszystkich żabolach. Zwykle mądre teksty ściągają od innych magicznych stworzeń.
- Co rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, wieczorem na trzech, a im więcej ma nóg tym jest słabsze?
Nie spodziewałem się czegoś mądrzejszego, ale powstrzymywałem się od śmiechu kiedy usłyszałem osławioną zagadkę Sfinksa z mitów.
- Człowiek. - od razu pewnym głosem odpowiedziałem. Liny momentalnie opadły, ukazując zdziwionego Purpura.
- Jesteś wolny. - niechętnie mruknął.
- Dziękuję za miło spędzony czas, ale muszę lecieć. - grzecznie odparłem, a następnie popędziłem z powrotem na ścieżkę i biegiem wróciłem do lasu. Odszukałem tam Ellie.
- Pan mądraliński wrócił? - opryskliwie powiedziała.
- Ellie, przepraszam Cię. Nie miałem racji. Zresztą już dostałem nauczkę. - opowiedziałem jej zajście z Purpurem.
- Beze mnie niechybnie nie zginiesz śmiercią naturalną. - mruknęła.
- Wybaczysz mi?
Ellie? Sama nie wiem, o co pokłócił się Robin z Ellie XD
czwartek, 19 czerwca 2014
Od Fairchild - Quest III "Zupa"
Całą ostatnią noc patrolowałam granice Fallendeer w poszukiwaniu jakiś niepokojących sygnałów lub dziwnych kształtów, na szczęście nic takiego nie zobaczyłam. Szczęśliwa, że mój obchód zakończył się sukcesem, marząc o ciepłym posłaniu i czymś dobrym do zjedzenia, powlokłam się do domu. W połowie drogi usłyszałam, że ktoś mnie woła. Westchnęłam niezadowolona, ale odwróciłam się posłusznie i całe szczęście. Kilka kroków za mną stał Hockey.
-Co się stało? – zapytałam, uśmiechając się mimo beznadziejnego samopoczucia.
-Nie chcę przeszkadzać, chyba jesteś padnięta, ale jutro odwiedzę cię w domu. Musimy o czymś porozmawiać. – odpowiedział przyjaźnie, tak że nie mogłam na niego nakrzyczeć.
-Oczywiście. – mruknęłam.
Odczekałam aż Hockey odejdzie, a później z irytacją zaryłam łapami o ziemię. Nie chodzi o to, że nie lubię naszego Alfy, ani że nie chcę go przyjąć. Po prostu byłam tak zmęczona… Niestety, w moim domu panował tak straszliwy bałagan, że gdy tylko przekroczyłam jego próg, nawet nie zdążyłam zrobić sobie tak pożądanej drzemki. Odetchnęłam głęboko kilka razy, wypiłam kawę i zaczęłam przewracać dom do góry nogami. Zaczęłam od wystawienia wszystkich mebli, wyszorowałam dokładnie podłogę, umyłam ściany, później również zabrudzone okna. Nie mogłam zrozumieć, kiedy moje mieszkanie zmieniło się w taki chlew? Gdy nastał wieczór nie miałam zrobionej nawet połowy, a byłam brudna, lepiąca się od potu, zmęczona i potwornie bolały mnie łapy. Chciałam jednak zrobić jak najlepsze wrażenie i nie ustawałam w gruntownych porządkach. Godziny mijały, początkowy zachód słońca wkrótce zmienił się w noc i nawet się nie obejrzałam, a zobaczyłam pierwsze promienie słońca. Wraz z nimi wszystkie pokoje zalśniły niczym ogromne lustro. Odetchnęłam z ulgą, napawając się cudownym widokiem odmienionego domu. Zrobiłam sobie wreszcie coś do jedzenia, lecz nie dane było mi skosztować śniadania. Sekundę po tym jak siadłam na krześle trafiłam pyskiem w talerz i zasnęłam.
-Halo! – usłyszałam zniecierpliwiony głos za drzwiami, wybudzając mnie ze snu. Nie sprawiło to jednak, że poczułam się mniej zmęczona niż… no właśnie, która jest godzina? Po sprawdzeniu zegarka okazało się, że było koło 11. Spałam całe 20 minut!
-Tak? – otwarłam drzwi. Stała w nich Sasza, merdając ogonem.
-Hej, nareszcie. Słyszałam, że ma do ciebie dzisiaj przyjść Hockey, a wiesz, słyszałam gdzieś, że podobno on lubi jakąś specjalną zupę i mam nawet na nią przepis. Możesz ją ugotować jeśli… Ale ty okropnie wyglądasz. Spałaś w ogóle? – zapytała nagle, przerywając swój słowotok
Uśmiechnęłam się niemrawo i starałam się skinąć głową. Wywołało to u mnie lekkie zawroty głowy, tak że musiałam podeprzeć się ściany, więc zrezygnowałam z wysiłków.
-To świetnie! – zakrzyknęłam z „ogromnym” entuzjazmem. – Podasz mi ten przepis?
-Oczywiście. Więc notuj. – poleciła Sasza, nadal stojąc w drzwiach. – Ta zupa nazywa się Tom Ka Gai, jakaś taka orientalna. Potrzebujesz mięsa z kurczaka, sos rybny, rozgnieciony imbir, kurkumy, pieprzu cayenne, mleka kokosowego… - dyktowała, przyprawiając mnie o jeszcze silniejsze zawroty głowy.
Gdy pożegnałyśmy się, okazało się, że zostało mi mniej niż dwie godziny do przyjścia Hockeya, a ja mam na liście 20 składników, z czego pięciu nawet nie znam! Na szybko wepchnęłam w siebie zimną jajecznicę, na wszelki wypadek uprzątnęłam wszystkie talerze i walcząc z wrzechogarniającą sennością pobiegłam po składniki. Najpierw załatwiłam wszystkie roślinne składniki, o niektóre dopytując się przyjaciół ze sfory. Największy problem był ze znalezieniem pieprzu cayenne, czy jak on się nazywa. Nikt nie wiedział gdzie on może rosnąć, a ja bałam się sięgnąć po najzwyklejszy pieprz, aby nie zepsuć smaku zupy. Przeszłam wszystkie tereny i na żadnym z nich nie widziałam podobnego cuda. W końcu zrezygnowałam z poszukiwań, na rzecz zwykłej przyprawy. Kolejny problem nastąpił przy polowaniu na kurczaka. Oczywiście, że robiłam to już miliony razy, ale nigdy w takim stanie jak dzisiaj. Byłam tak potwornie zmęczona i rozkojarzona, że podczas pierwszego podejścia po prostu zasnęłam, czając się w krzakach, później albo nie zauważyłam ptaka przebiegającego tuż przy mnie albo po prostu za wolno rzucałam się na ofiarę. Po wielu, wielu próbach wreszcie udało mi się upolować… najmniejszego, najchudszego i najbrzydszego kurczaka jakiego w życiu widziałam. Westchnęłam zrezygnowana, lecz byłam jednocześnie zadowolona, że udało mi się zebrać wszystkie składniki. Z nową energią pobiegłam do domu, wstawiłam zupę i czekałam na gościa. Po pięciu minutach… no chyba każdy wie co się stało. Tak, dobrze myślicie. Zasnęłam.
-Pozwoliłem sobie wejść. – usłyszałam głos przy swoim uchu i skoczyłam na równe nogi. Obok mnie stał Hockey, uśmiechając się przyjaźnie.
-Przepraszam cię bardzo! Już wszystko przygotowuję, obyś nie był na mnie zły. Nie jesteś, prawda? – trajkotałam, równocześnie nakrywając do stołu i nalewając zupę.-
-Oczywiście, że nie. Przecież każdemu zdarza się czasem przysnąć. – zaśmiał się, rozładowując napiętą jak struna atmosferę.
-To jest zupa, którą podobno bardzo lubisz. – powiedziałam po chwili milczenia, stawiając miskę przed Alfą, a drugą kładąc po przeciwnej stronie, dla siebie.
Pies powąchał prawie niezauważalnie danie i uśmiechnął się z zadowoleniem. Odetchnęłam z ulgą. Bałam się, że ucieknie i zacznie mówić, że chcę go otruć.
-Taak… Wspomnienia. – zamyślił się. – A więc, Fairchild, mam do ciebie ważną sprawę.
Hockey?
PS Jestem nowym autorem SPG (Chili - Beta) i jeszcze niestety nie ogarnęłam wszystkiego, więc przepraszam ale musisz poczekać na Siwą z tym kotem wędrownym...
-Co się stało? – zapytałam, uśmiechając się mimo beznadziejnego samopoczucia.
-Nie chcę przeszkadzać, chyba jesteś padnięta, ale jutro odwiedzę cię w domu. Musimy o czymś porozmawiać. – odpowiedział przyjaźnie, tak że nie mogłam na niego nakrzyczeć.
-Oczywiście. – mruknęłam.
Odczekałam aż Hockey odejdzie, a później z irytacją zaryłam łapami o ziemię. Nie chodzi o to, że nie lubię naszego Alfy, ani że nie chcę go przyjąć. Po prostu byłam tak zmęczona… Niestety, w moim domu panował tak straszliwy bałagan, że gdy tylko przekroczyłam jego próg, nawet nie zdążyłam zrobić sobie tak pożądanej drzemki. Odetchnęłam głęboko kilka razy, wypiłam kawę i zaczęłam przewracać dom do góry nogami. Zaczęłam od wystawienia wszystkich mebli, wyszorowałam dokładnie podłogę, umyłam ściany, później również zabrudzone okna. Nie mogłam zrozumieć, kiedy moje mieszkanie zmieniło się w taki chlew? Gdy nastał wieczór nie miałam zrobionej nawet połowy, a byłam brudna, lepiąca się od potu, zmęczona i potwornie bolały mnie łapy. Chciałam jednak zrobić jak najlepsze wrażenie i nie ustawałam w gruntownych porządkach. Godziny mijały, początkowy zachód słońca wkrótce zmienił się w noc i nawet się nie obejrzałam, a zobaczyłam pierwsze promienie słońca. Wraz z nimi wszystkie pokoje zalśniły niczym ogromne lustro. Odetchnęłam z ulgą, napawając się cudownym widokiem odmienionego domu. Zrobiłam sobie wreszcie coś do jedzenia, lecz nie dane było mi skosztować śniadania. Sekundę po tym jak siadłam na krześle trafiłam pyskiem w talerz i zasnęłam.
-Halo! – usłyszałam zniecierpliwiony głos za drzwiami, wybudzając mnie ze snu. Nie sprawiło to jednak, że poczułam się mniej zmęczona niż… no właśnie, która jest godzina? Po sprawdzeniu zegarka okazało się, że było koło 11. Spałam całe 20 minut!
-Tak? – otwarłam drzwi. Stała w nich Sasza, merdając ogonem.
-Hej, nareszcie. Słyszałam, że ma do ciebie dzisiaj przyjść Hockey, a wiesz, słyszałam gdzieś, że podobno on lubi jakąś specjalną zupę i mam nawet na nią przepis. Możesz ją ugotować jeśli… Ale ty okropnie wyglądasz. Spałaś w ogóle? – zapytała nagle, przerywając swój słowotok
Uśmiechnęłam się niemrawo i starałam się skinąć głową. Wywołało to u mnie lekkie zawroty głowy, tak że musiałam podeprzeć się ściany, więc zrezygnowałam z wysiłków.
-To świetnie! – zakrzyknęłam z „ogromnym” entuzjazmem. – Podasz mi ten przepis?
-Oczywiście. Więc notuj. – poleciła Sasza, nadal stojąc w drzwiach. – Ta zupa nazywa się Tom Ka Gai, jakaś taka orientalna. Potrzebujesz mięsa z kurczaka, sos rybny, rozgnieciony imbir, kurkumy, pieprzu cayenne, mleka kokosowego… - dyktowała, przyprawiając mnie o jeszcze silniejsze zawroty głowy.
Gdy pożegnałyśmy się, okazało się, że zostało mi mniej niż dwie godziny do przyjścia Hockeya, a ja mam na liście 20 składników, z czego pięciu nawet nie znam! Na szybko wepchnęłam w siebie zimną jajecznicę, na wszelki wypadek uprzątnęłam wszystkie talerze i walcząc z wrzechogarniającą sennością pobiegłam po składniki. Najpierw załatwiłam wszystkie roślinne składniki, o niektóre dopytując się przyjaciół ze sfory. Największy problem był ze znalezieniem pieprzu cayenne, czy jak on się nazywa. Nikt nie wiedział gdzie on może rosnąć, a ja bałam się sięgnąć po najzwyklejszy pieprz, aby nie zepsuć smaku zupy. Przeszłam wszystkie tereny i na żadnym z nich nie widziałam podobnego cuda. W końcu zrezygnowałam z poszukiwań, na rzecz zwykłej przyprawy. Kolejny problem nastąpił przy polowaniu na kurczaka. Oczywiście, że robiłam to już miliony razy, ale nigdy w takim stanie jak dzisiaj. Byłam tak potwornie zmęczona i rozkojarzona, że podczas pierwszego podejścia po prostu zasnęłam, czając się w krzakach, później albo nie zauważyłam ptaka przebiegającego tuż przy mnie albo po prostu za wolno rzucałam się na ofiarę. Po wielu, wielu próbach wreszcie udało mi się upolować… najmniejszego, najchudszego i najbrzydszego kurczaka jakiego w życiu widziałam. Westchnęłam zrezygnowana, lecz byłam jednocześnie zadowolona, że udało mi się zebrać wszystkie składniki. Z nową energią pobiegłam do domu, wstawiłam zupę i czekałam na gościa. Po pięciu minutach… no chyba każdy wie co się stało. Tak, dobrze myślicie. Zasnęłam.
-Pozwoliłem sobie wejść. – usłyszałam głos przy swoim uchu i skoczyłam na równe nogi. Obok mnie stał Hockey, uśmiechając się przyjaźnie.
-Przepraszam cię bardzo! Już wszystko przygotowuję, obyś nie był na mnie zły. Nie jesteś, prawda? – trajkotałam, równocześnie nakrywając do stołu i nalewając zupę.-
-Oczywiście, że nie. Przecież każdemu zdarza się czasem przysnąć. – zaśmiał się, rozładowując napiętą jak struna atmosferę.
-To jest zupa, którą podobno bardzo lubisz. – powiedziałam po chwili milczenia, stawiając miskę przed Alfą, a drugą kładąc po przeciwnej stronie, dla siebie.
Pies powąchał prawie niezauważalnie danie i uśmiechnął się z zadowoleniem. Odetchnęłam z ulgą. Bałam się, że ucieknie i zacznie mówić, że chcę go otruć.
-Taak… Wspomnienia. – zamyślił się. – A więc, Fairchild, mam do ciebie ważną sprawę.
Hockey?
PS Jestem nowym autorem SPG (Chili - Beta) i jeszcze niestety nie ogarnęłam wszystkiego, więc przepraszam ale musisz poczekać na Siwą z tym kotem wędrownym...
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Od Verony - Quest II "Dziecko"
Rano wpadłam na nienormalny pomysł. Postanowiłam, że udam się do miasta, dokładniej do Pyskowic. To dosyć głupi pomysł, bo w końcu są tam ludzie. Oni zawsze wszystko psują, no ale może udałoby mi się przeżyć?
Gdy szłam przez las, mijałam kilka psów. Parę z nich dziwacznie się uśmiechało.
- Cześć. - usłyszałam za sobą.
- Cześć. - mruknęłam, nie odwracając się. Po co niby? - Kim jesteś?
Z jego pyska wydobyło się westchnięcie.
- Verono, nie wiesz, kim jest Alfa tej Sfory? - zapytał.
- Hockey! - zawołałam i obróciłam się. Ucieszyłam się na widok znajomej "twarzy".
- Gdzie się wybierasz? - spytał Hockey.
- Do Pyskowic. - odpowiedziałam szybko. - Mam zamiar śledzić ludzi. - wyjaśniłam widząc zdziwioną minę Alfy.
- Czy to na pewno dobry pomysł? - pies skrzywił się na słowo "ludzi".
- Może niezbyt mądry, ale przynajmniej będę miała, co ze sobą zrobić. Od jakiegoś czasu zamiast coś zrobić, to włóczę się bez celu po terenach. - przyznałam.
- Skoro chcesz tam iść, to ja cię przecież nie zatrzymam. - stwierdził. Odszedł, mówiąc jeszcze "Pa". Ja też tak powiedziałam, a potem każde z nas poszło w swoją stronę.
Gdy przekraczałam granicę Sfory, spojrzałam z tęsknotą na las. Nie lubiłam wyłazić poza tereny. Ta wycieczka powinna być dla mnie rozrywką, żebym nie leżała z brzuchem do góry w jaskini.
Stanęłam przy latarni, która niepotrzebnie tam się znajdowała. Jej jedyne użycie mogło być sensowne jedynie w nocy, na pewno nie teraz. Chciałam znaleźć trochę cienia. Rozejrzałam się, a wszędzie słońce. Słońce, słońce, słońce.
Może niepotrzebnie tu teraz byłam? Mogłabym teraz popływać w jeziorze...
Moja "wyprawa" skończyła się tym, że wędrowałam po miasteczku szukając cienia, jakby nie dało się wrócić do Sfory... Nie wykazałam się mądrością.
- Wrócę z powrotem. - mruknęłam pod nosem.
Zawróciłam i pobiegłam przed siebie. Moje uszy powiewały na wietrze. Minęłam plac zabaw, gdzie zjeżdżalnia dawała cień. Kawałek przebiegłam, więc postanowiłam odpocząć. Położyłam się i zaczęłam dyszeć z powodu temperatury. W takich chwilach tęskniłam za mohą dawną rasą. Wtedy byłoby mi chłodniej, ale znając życie w zimę znowu bym narzekała. Cała ja.
- Niech pada deszcz. - jęknęłam.
Wstałam i spojrzałam w niebo. Nigdzie ani jednej chmury deszczowej. Nagle coś ciemnego przykuło moją uwagę. A jednak będzie padać, nie będę tu się smażyć.
Postanowiłam, że jeszcze trochę sobie pospaceruję. Zrobiłam niewinnie krok do przodu, gdy usłyszałam płacz i krzyki. Dochodziły z... góry?
Zerknęłam na górę zjeżdżalni. Siedziało tam dziecko, na oko kilkuletnia dziewczynka, wyglądała na trzy-latka. Była bardzo niska, ubrana była w błękitną sukienkę. Krótkie, rozpuszczone włosy miały kolor ciemnobrązowy. Rozejrzałam się dookoła, nigdzie żaden dorosły człowiek nie siedział. Dziewczynka była sama.
Pomóc jej, czy nie? Z jednej strony, z mojej pomocy mało mogłoby wyjść, a z drugiej, miałabym wyrzuty sumienia, gdybym jej nie pomogła. Byłam sama, nie mogłam liczyć na czyjąś pomoc.
- Co tu robisz, dziecko? - spytałam, choć każdy pies wyczułby w moim głosie zniecierpliwnienie. Oczywiście ono zrozumiało to jako szczekanie. Zaczęło płakać jeszcze głośniej.
Wzniosłam oczy ku niebu. Czy ja, niewielka suczka, mogłabym stanowić takie zagrożenie?!
Wtedy zaczęło padać. Niby tego chciałam, ale nie, nie teraz! Nie kropiło, może ewentualnie na początku. Szybko zaczęło lać jak nie wiem, co.
Wtedy zaczęło padać. Niby tego chciałam, ale nie, nie teraz! Nie kropiło, może ewentualnie na początku. Szybko zaczęło lać jak nie wiem, co.
Westchnęłam. Zignorowałam ryk dziecka i wyszłam z placu zabaw. Zaszczekałam głośno, aby ktoś mógłby mnie usłyszeć. Jakaś kobieta z zaniepokojoną miną przechodziła obok mnie.
- Rose? Rose? - wyraźnie się martwiła.
Stanęłam przed nią. Ona schyliła się, by mnie pogłaskać. Szczerze nie byłam tym zachwycona, ale to zniosłam. Bez pytania ugryzłam jej rękaw i zaczęłam ciągnąć.
- Ej! - zdenerwowała się i zaczęła iść w innym kierunku. Nie dałam za wygraną i ciągnęłam, aż odpuściła. Wtedy zobaczyła tą dziewczynkę. Chyba to była ta cała Rose. Kobieta zaczęła szlochać.
- Rose, gdzie byłaś? - szepnęła. - Nie rób tak więcej!
Takie przemawianie do trzy-latka nie miało sensu, no ale dobra. Odwróciłam się i poszłam w swoją stronę - do SPG Forever. Tamta kobieta nawet mi nie podziękowała, ale muszę przyznać, nie liczyłam, że tak zrobi.
Byłam cała przemoczona. Otrzepałam się z wody, ale nie pomogło. Pobiegłam z powrotem do domu, aby nie zmoknąć jeszcze bardziej. Trafiłam na Seth'a.
- Co ty tu robisz i czemu jesteś taka mokra?! - wykrzyknął.
- Długo by opowiadać... - powiedziałam wymijająco. Nie chciało mi się opowiadać całej tej przygody.
Byłam cała przemoczona. Otrzepałam się z wody, ale nie pomogło. Pobiegłam z powrotem do domu, aby nie zmoknąć jeszcze bardziej. Trafiłam na Seth'a.
- Co ty tu robisz i czemu jesteś taka mokra?! - wykrzyknął.
- Długo by opowiadać... - powiedziałam wymijająco. Nie chciało mi się opowiadać całej tej przygody.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Od Saszy - Quest II "Dziecko"
Obudziłam się głodna. Nie chciałam lam ani niczego podobnego. Przeszukałam domek ze 100 razy. Nic z miejskiego jedzenia w nim nim znalazłam... Nie było rady: Udałam się do miasta. Była piękna, słoneczna pogoda. Załatwiłam sobie troszkę jedzenia i wracałam radośnie do Sfory. Jednak po drodze zauważyłam ludzkie dziecko, które wpadło w tarapaty... Byłam sama, ryzyko było, że mały z nadmiaru pieszczot mnie udusi. Chłopiec miał ładne, proste i krótkie jasne włoski. Po chwili namysłu zdecydowałam się: Pomogę! Ostrożnie podeszłam bliżej, nieco przerażona... Chłopak, tak jak myślałam przytulił mnie, o dziwo lekko i miło. Strach znikł w jednej chwili.
- Zgubiłem się... - powiedział.
Bez namysłu wsadziłam go na grzbiet. Pomyślałam: "Oj, przesadziłam... Jest trochę za ciężki... Ale zaczęłam, więc dzieła dokończę." Chłopak zerknął na mnie zdziwiony. Powoli ruszyłam. Nagle poczułam, że nagłe coś zdejmuje ze mnie dziecko. Obróciłam się za siebie... To byli chyba rodzice chłopca. Jego mama krzyknęła:
- Jaki miły, grzeczny i śliczny pies!
A od taty chłopca dostałam cukierki dla psów. Polizałam kolejno: Mamę chłopca, tatę chłopca, a wreszcie samego chłopca. W końcu zmęczona wróciłam do Sfory. Pobiegłam do domu rzucić towar i ostatkiem sił dobiegłam do nory Hockeya. Krzyknęłam:
- Hockey, jesteś tam?
Pies odkrzyknął:
- Tak, a co?
- Muszę Ci coś opowiedzieć!
Alfa odparł: Słucham.
Hockey?
- Zgubiłem się... - powiedział.
Bez namysłu wsadziłam go na grzbiet. Pomyślałam: "Oj, przesadziłam... Jest trochę za ciężki... Ale zaczęłam, więc dzieła dokończę." Chłopak zerknął na mnie zdziwiony. Powoli ruszyłam. Nagle poczułam, że nagłe coś zdejmuje ze mnie dziecko. Obróciłam się za siebie... To byli chyba rodzice chłopca. Jego mama krzyknęła:
- Jaki miły, grzeczny i śliczny pies!
A od taty chłopca dostałam cukierki dla psów. Polizałam kolejno: Mamę chłopca, tatę chłopca, a wreszcie samego chłopca. W końcu zmęczona wróciłam do Sfory. Pobiegłam do domu rzucić towar i ostatkiem sił dobiegłam do nory Hockeya. Krzyknęłam:
- Hockey, jesteś tam?
Pies odkrzyknął:
- Tak, a co?
- Muszę Ci coś opowiedzieć!
Alfa odparł: Słucham.
Hockey?
sobota, 17 maja 2014
Od White Hero'wa - Quest II "Dziecko"
Wstałem ze swojego legowiska. Podbiegłem do niewielkiej skrytki,
znajdującej się tuż obok. Zanurzyłem w niej łapę - i nic! Spojrzałem z
rozczarowaniem na podłogę. Liczyłem, że znajdę chociaż jakąś kość.
"No cóż, chyba trzeba odwiedzić miasteczko..." - pomyślałem bez szczególnego entuzjazmu. Napiłem się trochę wody (bo tylko to miałem w zapasach). Wyszedłem leniwie z jaskini. Przemierzałem Las Smutku wpatrując się w nieruchome drzewa. W końcu zobaczyłem ciemno grafitowy asfalt - byłem blisko. Przyśpieszyłem nieco kroku i w mgnieniu oka znalazłem się na drodze. Oglądałem wystawy sklepowe, przepełnione różnymi produktami. W około panował zwykły, sobotni gwar. Jednak w tej przytłaczającej zbieraninie dźwięków, wyróżniał się jeden - płacz dziecka. Szedłem dalej nie zwracając na to zbyt dużej uwagi. Jednak w miarę jak posuwałem się coraz dalej wgłąb Pyskowic, płacz stopniowo się nasilał. Podążałem za nieprzyjemnym dźwiękiem. W jednej z bocznych uliczek zobaczyłem dziecko, nie więcej jak sześcioletnie. Mały człowiek ściągnął ręce z zapłakanej twarzy i zawołał mnie. Przewróciłem oczami, zupełnie nie mając ochoty tego zrobić. Jednak podszedłem.
- Nie wiem gdzie iść... Zgubiłem się... - powiedziało stworzenie sepleniąc
Odbiegłem od malucha w poszukiwaniu jego rodziny. Około kilometr dalej znalazłem niewielką grupkę ludzi, starających się kogoś przywołać. Może szukali tego płaczliwego dzieciaka? Postanowiłem działać. Rzuciłem się w stronę najbliższej z osób i chwyciłem mocno za kurtkę człowieka. Ciągnąłem w stronę, w którą powinni iść.
- Idź stąd głupi kundlu! - krzyknął mężczyzna próbując mnie odciągnąć
Kundlu? Nazwał mnie kundlem!? Jak tak, to niech sami wyszukają sobie swojego szczeniaka. Ja pozwolić na obrażanie mnie nie zamierzam. Jednak kobieta również wchodząca w skład grupki, zauważyła na moim grzbiecie odcisk małej ręki. Tak... To ten bachor ubrudził mi sierść czymś lepkim. Może czekoladą? Och, jak trudno będzie to zmyć...
- Prowadź piesku! - krzyknęła wpatrując się w plamę pozostawioną przez dziecko.
- Teraz!? - wrzasnąłem, chociaż oni odebrali mój głos jako wrogie szczeknięcie.
Jednak wiedziałem, że teraz tak szybko się ich nie pozbędę. Więc biegłem w wyszukiwanym przez ludzi kierunku. W końcu zobaczyłem małe, ludzkie szczenię płaczące w niebo głosy.
- W końcu Cię znaleźliśmy! - krzyknęli jego rodzice
Kilka osób pogłaskało mnie a jeden z panów pognał do sklepu zoologicznego i wręczył mi cudowną nagrodę - kilka przysmaków, kości i puszek karmy! Szczeknąłem na pożegnanie i wróciłem dumny do domu.
"No cóż, chyba trzeba odwiedzić miasteczko..." - pomyślałem bez szczególnego entuzjazmu. Napiłem się trochę wody (bo tylko to miałem w zapasach). Wyszedłem leniwie z jaskini. Przemierzałem Las Smutku wpatrując się w nieruchome drzewa. W końcu zobaczyłem ciemno grafitowy asfalt - byłem blisko. Przyśpieszyłem nieco kroku i w mgnieniu oka znalazłem się na drodze. Oglądałem wystawy sklepowe, przepełnione różnymi produktami. W około panował zwykły, sobotni gwar. Jednak w tej przytłaczającej zbieraninie dźwięków, wyróżniał się jeden - płacz dziecka. Szedłem dalej nie zwracając na to zbyt dużej uwagi. Jednak w miarę jak posuwałem się coraz dalej wgłąb Pyskowic, płacz stopniowo się nasilał. Podążałem za nieprzyjemnym dźwiękiem. W jednej z bocznych uliczek zobaczyłem dziecko, nie więcej jak sześcioletnie. Mały człowiek ściągnął ręce z zapłakanej twarzy i zawołał mnie. Przewróciłem oczami, zupełnie nie mając ochoty tego zrobić. Jednak podszedłem.
- Nie wiem gdzie iść... Zgubiłem się... - powiedziało stworzenie sepleniąc
Odbiegłem od malucha w poszukiwaniu jego rodziny. Około kilometr dalej znalazłem niewielką grupkę ludzi, starających się kogoś przywołać. Może szukali tego płaczliwego dzieciaka? Postanowiłem działać. Rzuciłem się w stronę najbliższej z osób i chwyciłem mocno za kurtkę człowieka. Ciągnąłem w stronę, w którą powinni iść.
- Idź stąd głupi kundlu! - krzyknął mężczyzna próbując mnie odciągnąć
Kundlu? Nazwał mnie kundlem!? Jak tak, to niech sami wyszukają sobie swojego szczeniaka. Ja pozwolić na obrażanie mnie nie zamierzam. Jednak kobieta również wchodząca w skład grupki, zauważyła na moim grzbiecie odcisk małej ręki. Tak... To ten bachor ubrudził mi sierść czymś lepkim. Może czekoladą? Och, jak trudno będzie to zmyć...
- Prowadź piesku! - krzyknęła wpatrując się w plamę pozostawioną przez dziecko.
- Teraz!? - wrzasnąłem, chociaż oni odebrali mój głos jako wrogie szczeknięcie.
Jednak wiedziałem, że teraz tak szybko się ich nie pozbędę. Więc biegłem w wyszukiwanym przez ludzi kierunku. W końcu zobaczyłem małe, ludzkie szczenię płaczące w niebo głosy.
- W końcu Cię znaleźliśmy! - krzyknęli jego rodzice
Kilka osób pogłaskało mnie a jeden z panów pognał do sklepu zoologicznego i wręczył mi cudowną nagrodę - kilka przysmaków, kości i puszek karmy! Szczeknąłem na pożegnanie i wróciłem dumny do domu.
wtorek, 29 kwietnia 2014
Od Ami - Quest IV "Jutro"
Od kilku dni chodzę niespokojna. Czasem ma się takie przeczucie, że coś się wydarzy. Nie mam zielonego pojęcia, co to może być, ale raczej nic dobrego. Wszystko leci mi z łap, w ciągu trzech dni wylałam pięć misek zupy i potknęłam się jedenaście razy. Co więcej, dwa razy miałam halucynacje, raz wzrokowe, raz słuchowe. Najpierw zdawało mi się, że widzę Vivę, chociaż nikogo nie było, Lucky to potwierdził, stał parę kroków dalej. Następnie słyszałam jakieś niewyraźne, ale bardzo głośne wołanie o pomoc.
- Mamo, o co chodzi? - czwartego dnia Eileen nie wytrzymała - Co się z Tobą dzieje?
- Przeczucie - szepnęłam.
- Że co? - spytała zniecierpliwiona.
- Że coś się wydarzy.
- Rozumiem, ale CO?
- Żebym to ja wiedziała...
Boję się odchodzić na dwieście metrów od Zielonego Tunelu. Nie biorę się za nic ważnego, bo wszystko leci mi z łap.
Wreszcie przełamuję strach i biegnę pod Miejsce Narad. Balkonik jest pusty. Czy nie warto tego zmienić?
Już ruszam do alfy, żeby powiadomić go o moim przeczuciu, gdy nagle nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Nie mogę się ruszyć z miejsca! I nagle słyszę głos...
"Jutro... Jutro nastąpi koniec. Drugi koniec wiecznej, zdawałoby się, Sfory Psiego Głosu. I tym razem nic... i nikt was nie uratuje. I nie uciekniecie... Nadejdą ludzie i klęska żywiołowa jednocześnie..."
Zaczęłam krzyczeć, żeby zagłuszyć ten nieustępliwy głos. Niepotrzebnie, bo właśnie w tym momencie umilkł. Jakaś niezrozumiała siła nie pozwalała mi iść po alfę, mogłam tylko wrócić do domu. Zrozpaczona położyłam się spać.
*********************************************
Od dwóch godzin przeczesywałam tereny sfory, histerycznie płacząc i co chwila potykając się w deszczu. Od dwóch godzin lala niemiłosiernie i wiał piekielnie mocny wiatr, a niebo było całkowicie czarne. Od dwóch godzin nikogo nie spotkałam. Tylko raz usłyszałam odgłos inny niż huk wiatru.
Był to huk strzelby.
Gdy upłynęła trzecia godzina, poczułam, że siła, zabraniającą mi iść do alfy, ustąpiła. Pognałam więc w stronę Olimpusa.
- Drin!!!
Dopiero po trzecim wrzasku usłyszałam odpowiedź.
- Słucham?!
Musieliśmy wrzeszczeć, żeby się słyszeć, tak mocno wiało.
- Słyszałam głos!!! Mówił, że dziś nastąpi koniec SPG!!! - darłam się.
- Nie ty jedna!!!
To mnie zaskoczyło.
- Kto jeszcze?!
- Nieważne! Trzeba ratować Sforę!!!
- Przecież wiem!!!!!!
Następne siedem godzin spędziliśmy razem z resztą Sfory, z nadzwyczajną zaciętością i furią kopiąc schrony, gryząc i warcząc na ludzi, szczekając na ludzi, przeklinając utrudniającą nam wszystko pogodę i wreszcie panikując, chociaż to ostatnie jest chyba oczywiste.
Po trzech godzinach deszcz i wiatr ustały. Ludzie też się wycofali.
Wybiła północ.
- Dzień się skończył - stwierdziłam z niebotyczną ulgą - Nic już nie może się stać...
- Mamo, o co chodzi? - czwartego dnia Eileen nie wytrzymała - Co się z Tobą dzieje?
- Przeczucie - szepnęłam.
- Że co? - spytała zniecierpliwiona.
- Że coś się wydarzy.
- Rozumiem, ale CO?
- Żebym to ja wiedziała...
Boję się odchodzić na dwieście metrów od Zielonego Tunelu. Nie biorę się za nic ważnego, bo wszystko leci mi z łap.
Wreszcie przełamuję strach i biegnę pod Miejsce Narad. Balkonik jest pusty. Czy nie warto tego zmienić?
Już ruszam do alfy, żeby powiadomić go o moim przeczuciu, gdy nagle nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Nie mogę się ruszyć z miejsca! I nagle słyszę głos...
"Jutro... Jutro nastąpi koniec. Drugi koniec wiecznej, zdawałoby się, Sfory Psiego Głosu. I tym razem nic... i nikt was nie uratuje. I nie uciekniecie... Nadejdą ludzie i klęska żywiołowa jednocześnie..."
Zaczęłam krzyczeć, żeby zagłuszyć ten nieustępliwy głos. Niepotrzebnie, bo właśnie w tym momencie umilkł. Jakaś niezrozumiała siła nie pozwalała mi iść po alfę, mogłam tylko wrócić do domu. Zrozpaczona położyłam się spać.
*********************************************
Od dwóch godzin przeczesywałam tereny sfory, histerycznie płacząc i co chwila potykając się w deszczu. Od dwóch godzin lala niemiłosiernie i wiał piekielnie mocny wiatr, a niebo było całkowicie czarne. Od dwóch godzin nikogo nie spotkałam. Tylko raz usłyszałam odgłos inny niż huk wiatru.
Był to huk strzelby.
Gdy upłynęła trzecia godzina, poczułam, że siła, zabraniającą mi iść do alfy, ustąpiła. Pognałam więc w stronę Olimpusa.
- Drin!!!
Dopiero po trzecim wrzasku usłyszałam odpowiedź.
- Słucham?!
Musieliśmy wrzeszczeć, żeby się słyszeć, tak mocno wiało.
- Słyszałam głos!!! Mówił, że dziś nastąpi koniec SPG!!! - darłam się.
- Nie ty jedna!!!
To mnie zaskoczyło.
- Kto jeszcze?!
- Nieważne! Trzeba ratować Sforę!!!
- Przecież wiem!!!!!!
Następne siedem godzin spędziliśmy razem z resztą Sfory, z nadzwyczajną zaciętością i furią kopiąc schrony, gryząc i warcząc na ludzi, szczekając na ludzi, przeklinając utrudniającą nam wszystko pogodę i wreszcie panikując, chociaż to ostatnie jest chyba oczywiste.
Po trzech godzinach deszcz i wiatr ustały. Ludzie też się wycofali.
Wybiła północ.
- Dzień się skończył - stwierdziłam z niebotyczną ulgą - Nic już nie może się stać...
niedziela, 27 kwietnia 2014
Od Casey - Quest III "Zupa"
Rano, po porządnym śniadaniu z jagód, postanowiłam przejść się po lesie. Oglądałam właśnie jakąś ciekawą roślinę, gdy coś, a raczej ktoś, jak stwierdziłam po obróceniu się, pacnęło mnie w plecy.
- Cześć Casey – uśmiechnął się na przywitanie Hockey, niedawno minowany alfą.
- Cześć - odpowiedziałam wychodząc z krzaków z łapą pełną owej ciekawej roślinki.
Alfa przyjrzał się z zainteresowaniem mojemu znalezisku.
- Mogę wiedzieć co to jest…? – spytał ostrożnie.
- Jasne – uśmiechnęłam się szeroko – To Caseyus herbatus, zielę idealne do herbaty.
- Oryginalna nazwa… Myślisz, że mógłbym się do ciebie jutro wprosić na trochę… caseyusa?
- Oczywiście. Będę czekać z niecierpliwością!
- Super, w takim razie do zobaczenia.
Alfa u mnie w domu… To raczej oznacza, że w owym domu powinien być porządek. A ja nie posprzątałam jeszcze po ostatnim przeglądaniu zapasów… Świetnie. Mój dom wygląda okropnie, a ja mam niecały dzień by go posprzątać! Pobiegłam do jaskini tak szybko, jak potrafiłam. Gdy dotarłam na miejsce, zaczęłam sprzątać. Najpierw poustawiałam wszystkie słoiki, pudełka i inne rzeczy na odpowiednich półkach. Później zamiotłam mieszkanie miotełką, którą otrzymałam kiedyś w prezencie od Robina. Następnie dokładnie poskładałam koce, przyniosłam świeże kwiaty… Skończyłam pracę na długo po zachodzie Słońca i wyczerpana położyłam się spać. Obudziło mnie pukanie do drzwi, które kiedyś zamontowałam. Z trudem otworzyłam oczy i gdyby nie natarczywe pukanie, nie zarejestrowałabym, że się w ogóle obudziłam.
- Już idę, idę! – krzyknęłam, po czym podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
- Cześć Casey! – uśmiechnęła się na mój widok Verona.
- Verona? Przecież Verona tak nie wygląd- sorry, zaspana jestem – przeprosiłam po zdaniu sobie sprawy z błędu.
- Nie ma sprawy. W każdym razie, słyszałam, że Hockey cię dziś odwiedza, a ja znam przepis na jego ulubioną zupę.
- Och? To super!
Verona podała mi szybko przepis, a ja pobiegłam szukać składników. Oczywiście grzyby nie mogły być łatwe do znalezienia. Na ich szukaniu spędziłam tak dużo czasu, że gdy wróciłam do domu ze wszystkim, co potrzebne, byłam zdyszana bardziej ni ż kiedykolwiek. Szybko ugotowałam zupę, wrzucając wszystko jak popadnie do miski. Na chwilę przed przyjściem alfy postanowiłam spróbować zupy. To był zły pomysł. Zupa była ohydna. Zerknęłam na stół i zdałam sobie sprawę, że kila roślinek zebranych przeze mnie wczoraj dodałam przez przypadek do zupy. Ktoś zapukał do drzwi.
- Świetnie… - mruknęłam pod nosem.
Wylałam szybko zupę i pobiegłam otworzyć drzwi.
- Cześć Hockey. Zapraszam na obiad składający się z herbaty i resztki grzybów. Na pewno ci zasmakuje.
- Cześć Casey – uśmiechnął się na przywitanie Hockey, niedawno minowany alfą.
- Cześć - odpowiedziałam wychodząc z krzaków z łapą pełną owej ciekawej roślinki.
Alfa przyjrzał się z zainteresowaniem mojemu znalezisku.
- Mogę wiedzieć co to jest…? – spytał ostrożnie.
- Jasne – uśmiechnęłam się szeroko – To Caseyus herbatus, zielę idealne do herbaty.
- Oryginalna nazwa… Myślisz, że mógłbym się do ciebie jutro wprosić na trochę… caseyusa?
- Oczywiście. Będę czekać z niecierpliwością!
- Super, w takim razie do zobaczenia.
Alfa u mnie w domu… To raczej oznacza, że w owym domu powinien być porządek. A ja nie posprzątałam jeszcze po ostatnim przeglądaniu zapasów… Świetnie. Mój dom wygląda okropnie, a ja mam niecały dzień by go posprzątać! Pobiegłam do jaskini tak szybko, jak potrafiłam. Gdy dotarłam na miejsce, zaczęłam sprzątać. Najpierw poustawiałam wszystkie słoiki, pudełka i inne rzeczy na odpowiednich półkach. Później zamiotłam mieszkanie miotełką, którą otrzymałam kiedyś w prezencie od Robina. Następnie dokładnie poskładałam koce, przyniosłam świeże kwiaty… Skończyłam pracę na długo po zachodzie Słońca i wyczerpana położyłam się spać. Obudziło mnie pukanie do drzwi, które kiedyś zamontowałam. Z trudem otworzyłam oczy i gdyby nie natarczywe pukanie, nie zarejestrowałabym, że się w ogóle obudziłam.
- Już idę, idę! – krzyknęłam, po czym podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
- Cześć Casey! – uśmiechnęła się na mój widok Verona.
- Verona? Przecież Verona tak nie wygląd- sorry, zaspana jestem – przeprosiłam po zdaniu sobie sprawy z błędu.
- Nie ma sprawy. W każdym razie, słyszałam, że Hockey cię dziś odwiedza, a ja znam przepis na jego ulubioną zupę.
- Och? To super!
Verona podała mi szybko przepis, a ja pobiegłam szukać składników. Oczywiście grzyby nie mogły być łatwe do znalezienia. Na ich szukaniu spędziłam tak dużo czasu, że gdy wróciłam do domu ze wszystkim, co potrzebne, byłam zdyszana bardziej ni ż kiedykolwiek. Szybko ugotowałam zupę, wrzucając wszystko jak popadnie do miski. Na chwilę przed przyjściem alfy postanowiłam spróbować zupy. To był zły pomysł. Zupa była ohydna. Zerknęłam na stół i zdałam sobie sprawę, że kila roślinek zebranych przeze mnie wczoraj dodałam przez przypadek do zupy. Ktoś zapukał do drzwi.
- Świetnie… - mruknęłam pod nosem.
Wylałam szybko zupę i pobiegłam otworzyć drzwi.
- Cześć Hockey. Zapraszam na obiad składający się z herbaty i resztki grzybów. Na pewno ci zasmakuje.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Od Farta - Quest IV "Jutro"
Obudziłem się nagle, z sierścią posklejaną potem. Coś mnie obudziło, coś widziałem, nie wiedziałem co. Westchnąłem ciężko, ledwo nabierając powietrza. Cour leżała obok, pewnie pogrążona w śnie. Szczeniaki spokojnie spały, więc było w końcu cicho. Ostrożnie, żeby jej nie budzić, wyszedłem z nory. Pewnie miałem koszmar. Do tego pełnia... Zdarza się, że nie mogę w przy niej spać. Opuściłem głowę zrezygnowany. Czeka mnie długa noc...
Następnego dnia byłem niewyspany. Cour spojrzała na mnie niepewnie, gdy ujrzała mnie niewyspanego na zewnątrz.
- Co jest? - Spytała.
- Pełnia... - Odparłem. - Nie mogłem spać.
Pokiwała głową.
- Idź się przespać. Ja odprowadzę szczeniaki do szkółki i zajmę się gośćmi.
- Nie, przygotuję śniadanie - uśmiechnąłem się blado i nie czekając na odpowiedź, wróciłem do jaskini.
Zundu się już pakował.
- Dzisiaj ostatnie zajęcia - stwierdził. - A potem ruszam naprzód.
Ziewnąłem.
- To prawda. Szkoda, że nie zostajesz dłużej...
- Wiem, wiem. Może kiedyś was odwiedzę. Co dziś do jedzenia?
- Karibu. Ale daj mi chwilę. - Znowu ziewnąłem.
- Może pójdę z tobą?
- Nie trzeba...
- Jak wolisz.
Wyszedłem. Zundu i tak opuszcza nas późno. Ale szkoda mi go było, fajny był z niego kompa. Skierowałem się w stronę, gdzie ostatnio widziałem karibu. Znalazłem, czego szukałem, zaczaiłem się i... się potknąłem. Przewaliłem się, a jelenie odbiegły. Nie miałem sił. Po jednej nieprzespanej nocy... Znalazłem więc tylko jakąś padlinę, którą ponoć jedzą takie Zundu, a potem nazbierałem świeżych ziarenek dla nowego domownika. Przyniosłem to do domu. Zjedliśmy i odprowadziłem ich na zajęcia. Ekwin poszedł na swoje indywidualne, a ja z Zundu na grupowe. Cokolwiek robiliśmy, nic mi nie wychodziło. A potem oczy mi się same zamykały, gdy się żegnaliśmy. Wybaczył mi chyba, ale i tak było mi głupio. Byłem pewien, że jutro będzie lepiej.
Ale to nie przeszło. Codziennie budziłem się i nie mogłem zasnąć. Coś mi siedziało w głowie, odczuwałem jakby strach. Długie noce były straszne. Głowa mnie okropnie bolała... Wszyscy pytali, o co chodzi, więc zacząłem nie wychodzić i ograniczać się do podstawowych czynności. W końcu przeszedł mi też apetyt. Nie chciałem na siebie patrzeć.
To się zdarzyło po kilku tygodniach. Ja ledwo żyłem, lekarze próbowali mi pomóc. Jakimś cudem wstałem sam i upolowałem lamę. Zjadłem chętnie, po czym poszedłem nad jezioro. W odbiciu zobaczyłem kogoś innego. I nie mówię tak dlatego, że wyglądałem jak kościotrup. To było niezwykłe stworzenie o psychicznym uśmiechu.
- Czekałem - powiedział głos w mojej głowie. Wiedziałem, że to on.
- Na co? - Zachrypiałem.
- Na ciebie.
Spojrzałem na niego niepewnie.
- Serio? Po co?
- Powiem tylko tyle, jutro musisz przyjść tutaj i opowiedzieć, co widziałeś.
Rozpłynął się. A mnie olśniło. W głowie pojawił mi się obraz jutra. To był ktoś na rodzaj wysłannika wiedźmy. Chciał coś zrobić mojej rodzinie. Odbiegłem i wpadłem do jaskini. Stanąłem w swoim pokoju i zerknąłem na dziurę w ścianie. "Szafka", którą wybudował Zundu. Ponoć mamy tu mało miejsca... Ale mniejsza o to. Musiałem zabarykadować norę, żeby rodzina była bezpieczna. To tu zaatakują. Szukałem czegoś, co mogło by posłużyć za barykadę, ale nic nie groziło jej armii. I wtedy mnie olśniło. Po co ich tu chronić, skoro mogę ich wygonić?
Dzisiaj spałem. W końcu. Jednak na szkodę. Zaspałem. Zerwałem się na nogi. Zaraz mieli przyjść. Moja głowa miała zaraz eksplodować... Ten ból był nie do opisania. Ale rodzina przede wszystkim. Szybko wybiegłem, jednak po cichu, z domu, by wpaść do niej z krzykiem.
- Coś się dzieje! - Zawołałem. - Szybko!
Rodzina mnie znała. Ja nigdy nie panikowałem, więc co sił wybiegli. Świnka morska poszła w ich ślady. Wszystko na czas. Gdy odbiegliśmy, zobaczyliśmy z tyłu błysk. Przyjrzeliśmy się niebieskim promieniom. Ból ustał. Wszystko było już dla mnie jasne.
- Fart? - Spytała Cour. - O co chodzi?
- To powód moich nieprzespanych nocy - odpowiedziałem z ulgą. - Już jesteśmy bezpieczni.
Następnego dnia byłem niewyspany. Cour spojrzała na mnie niepewnie, gdy ujrzała mnie niewyspanego na zewnątrz.
- Co jest? - Spytała.
- Pełnia... - Odparłem. - Nie mogłem spać.
Pokiwała głową.
- Idź się przespać. Ja odprowadzę szczeniaki do szkółki i zajmę się gośćmi.
- Nie, przygotuję śniadanie - uśmiechnąłem się blado i nie czekając na odpowiedź, wróciłem do jaskini.
Zundu się już pakował.
- Dzisiaj ostatnie zajęcia - stwierdził. - A potem ruszam naprzód.
Ziewnąłem.
- To prawda. Szkoda, że nie zostajesz dłużej...
- Wiem, wiem. Może kiedyś was odwiedzę. Co dziś do jedzenia?
- Karibu. Ale daj mi chwilę. - Znowu ziewnąłem.
- Może pójdę z tobą?
- Nie trzeba...
- Jak wolisz.
Wyszedłem. Zundu i tak opuszcza nas późno. Ale szkoda mi go było, fajny był z niego kompa. Skierowałem się w stronę, gdzie ostatnio widziałem karibu. Znalazłem, czego szukałem, zaczaiłem się i... się potknąłem. Przewaliłem się, a jelenie odbiegły. Nie miałem sił. Po jednej nieprzespanej nocy... Znalazłem więc tylko jakąś padlinę, którą ponoć jedzą takie Zundu, a potem nazbierałem świeżych ziarenek dla nowego domownika. Przyniosłem to do domu. Zjedliśmy i odprowadziłem ich na zajęcia. Ekwin poszedł na swoje indywidualne, a ja z Zundu na grupowe. Cokolwiek robiliśmy, nic mi nie wychodziło. A potem oczy mi się same zamykały, gdy się żegnaliśmy. Wybaczył mi chyba, ale i tak było mi głupio. Byłem pewien, że jutro będzie lepiej.
Ale to nie przeszło. Codziennie budziłem się i nie mogłem zasnąć. Coś mi siedziało w głowie, odczuwałem jakby strach. Długie noce były straszne. Głowa mnie okropnie bolała... Wszyscy pytali, o co chodzi, więc zacząłem nie wychodzić i ograniczać się do podstawowych czynności. W końcu przeszedł mi też apetyt. Nie chciałem na siebie patrzeć.
To się zdarzyło po kilku tygodniach. Ja ledwo żyłem, lekarze próbowali mi pomóc. Jakimś cudem wstałem sam i upolowałem lamę. Zjadłem chętnie, po czym poszedłem nad jezioro. W odbiciu zobaczyłem kogoś innego. I nie mówię tak dlatego, że wyglądałem jak kościotrup. To było niezwykłe stworzenie o psychicznym uśmiechu.
- Czekałem - powiedział głos w mojej głowie. Wiedziałem, że to on.
- Na co? - Zachrypiałem.
- Na ciebie.
Spojrzałem na niego niepewnie.
- Serio? Po co?
- Powiem tylko tyle, jutro musisz przyjść tutaj i opowiedzieć, co widziałeś.
Rozpłynął się. A mnie olśniło. W głowie pojawił mi się obraz jutra. To był ktoś na rodzaj wysłannika wiedźmy. Chciał coś zrobić mojej rodzinie. Odbiegłem i wpadłem do jaskini. Stanąłem w swoim pokoju i zerknąłem na dziurę w ścianie. "Szafka", którą wybudował Zundu. Ponoć mamy tu mało miejsca... Ale mniejsza o to. Musiałem zabarykadować norę, żeby rodzina była bezpieczna. To tu zaatakują. Szukałem czegoś, co mogło by posłużyć za barykadę, ale nic nie groziło jej armii. I wtedy mnie olśniło. Po co ich tu chronić, skoro mogę ich wygonić?
Dzisiaj spałem. W końcu. Jednak na szkodę. Zaspałem. Zerwałem się na nogi. Zaraz mieli przyjść. Moja głowa miała zaraz eksplodować... Ten ból był nie do opisania. Ale rodzina przede wszystkim. Szybko wybiegłem, jednak po cichu, z domu, by wpaść do niej z krzykiem.
- Coś się dzieje! - Zawołałem. - Szybko!
Rodzina mnie znała. Ja nigdy nie panikowałem, więc co sił wybiegli. Świnka morska poszła w ich ślady. Wszystko na czas. Gdy odbiegliśmy, zobaczyliśmy z tyłu błysk. Przyjrzeliśmy się niebieskim promieniom. Ból ustał. Wszystko było już dla mnie jasne.
- Fart? - Spytała Cour. - O co chodzi?
- To powód moich nieprzespanych nocy - odpowiedziałem z ulgą. - Już jesteśmy bezpieczni.
sobota, 12 kwietnia 2014
Od Verony- Quest III "Zupa"
Pomimo tego, iż w Sforze jestem od dosyć długiego czasu (jakieś dwa miesiące), to dalej czułam się trochę inaczej. To nic dziwnego- przecież ktoś postanowił, że będę wyglądać tak, jak wyglądam. Ten, kto sprawił, że jestem grzywaczem chińskim powinien dostać kopa. A nawet dwa kopy.
- Hej, Verie. - usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętego Drina.
- Witaj. - odpowiedziałam.
- Widzę, że nie masz co porabiać. - powiedział.
- Taa... - mruknęłam.
- Co ty na to, żebym cię jutro odwiedził? - zapytał.
- To dla mnie zaszczyt. - uśmiechnęłam się.
Pies odwzajemnił uśmiech, a później poszedł w kierunku jeziora. Ja pobiegłam do mojej jaskini, aby rozpocząć przygotowania.
Poukładałam rzeczy, żeby nie było bałaganu (na początku był, bo szukałam zgubionej niebieskiej obroży). Zebrałam kwiaty i położyłam je na ziemi. Wyglądało nieźle, tylko, że zabrakło światła. "Jutro będzie słońce", pomyślałam.
Gdy już wszystko było gotowe, poszłam spać.
~Następnego dnia~
Wstałam wcześnie lub późno, nieważne. Szybko sprawdziłam, czy wszystko jest jak należy. Drin miał przyjść za dwie godziny.
Wyszłam z jaskini i odetchnęłam świeżym powietrzem. Podszedł do mnie Hockey, Beta.
- Słyszałem, że odwiedza cię Drin. - zaczął. - Wiesz, że jest zupa, którą on lubi?
- Jaka? - zainteresowałam się, bo chciałam ją przygotować.
Hockey podał mi składniki zupy, a gdy skończył mówić, poszedł gdzieś, a ja wróciłam do jaskini przygotowywać zupę.
Przypomniałam sobie, co trzeba było przygotować. Było tego dużo, więc zabrałam się do przygotowań...
Najpierw popędziłam na łąkę, aby wziąć kilka kwiatów (fiołków dokładniej). Później nabrałam wody do jakiegoś wiadra, które nie mam pojęcia jak się u mnie znalazło, ale okej.
Włożyłam kwiaty do wody, a później poszłam do lasu po korę. Zebrałam jej trochę, a później pobiegłam do domu. Trochę musiałam pobiec, więc się zmęczyłam.
Za godzinę ma przyjść Samiec Alfa.
Szybko wrzuciłam korę do wody. Woda była ciepła, więc nie miałam problemu z ocieplaniem jej.
Co dalej... Acha! Jakiś kamień, którego nazwy nie pamiętam, ale wygląd tak. Udało mi się również zapamiętać, gdzie go szukać. Szłam nad jezioro, gdzie było tych kaimieni dosyć dużo. Na wszelki wypadek wzięłam trzy. Wyglądały dziwnie, bo były czarne w błękitne, małe kropki.
Gdy włożyłam je do tego dziwnego wiadra, woda zmieniła kolor na zgniły zielony. Wyglądało to strasznie.
- O rany... - jęknęłam.
Znalazłam różę, która także miała być w składzie tej zupy. Gdy dodałam kilka płatków tego kwiatu, moje dzieło przybrało inny kolor, trudno było opisać, jaki. W każdym razie ja tego jeść nie będę...
Kiedy zupa była gotowa, Drin przyszedł.
Przywitałam się:
- Cześć.
Pies uśmiechnął się i również powiedział "Cześć".
- O, widzę, że robiłaś zupę. - zauważył. - Mógłbym spróbować?
- Oczywiście... - zgodziłam się, jednak trochę się wahałam. - ...ale nie wiem, czy to, co zrobiłam na pewno jest jadalne.
- Na pewno jest. - uśmiechnął się.
Gdy spróbował, powiedział:
- Dobre, skąd wiedziałaś, że to moja ulubiona zupa? - spytał.
- Hockey mi powiedział rano. - odparłam.
Jeszcze chwilę rozmawialiśmy. Ja jednak nie miałam pojęcia, że coś takiego można zjeść. Widocznie mi wyszło...
piątek, 4 kwietnia 2014
Od Sedy - Quest II "Dziecko"
"Ciekawe, co tam słychać w miasteczku?"- to pytanie zadałam sobie pewnego słonecznego poranka. Nie wiem, co mnie podkusiło, by się tam udać. Może tęsknota za człowiekiem. Większości z moich znajomych z pewnością wyda się to głupie, ale ja naprawdę kocham ludzi. Czuję do nich pewne przywiązanie. Może po części dlatego, że dorastałam wśród nich, że nigdy nie zrobili mi nic złego.
Dalsze rozważania przerwał mi widok miasteczka. Liczne domy, biegające dzieci, krzyki, śmiechy. Nie wiem jak to się stało, że ogon sam zaczął się ruszać. Nie czekając ani chwili podbiegłam do najbliższej grupki małolatów. Oczywiście moja osoba wzbudziła sensację. Do mych uszu dobiegły radosne wołania ,,piesek", ,,piesek", a po chwili małe rączki zaczęły mnie głaskać, klepać, drapać za uchem. W końcu położyłam się na plecach, machając ogonem, a małe potworki otoczyły mnie nie przestając pieścić. Tak bardzo mi tego brakowało. Szkoda, że nic nie trwa wiecznie...
- Czyj to pies?! - krzyknął jakiś dorosły.
Dzieci momentalnie odsunęły się ode mnie.
- Chyba niczyj - odezwał się jeden z chłopców.
- Niczyj? - zainteresował się mężczyzna. - Zostawcie go, bo jeszcze was ugryzie. Może mieć wściekliznę. Nie macie swoich zwierzaków?!
Dzieci spojrzały na mnie smutno. Może ten otyły facet w spodniach na szelkach mówił prawdę. Może to dobrze. Przecież gdyby trafili na wyposzczonego dobermana z traumatycznymi przeżyciami byłoby źle... Bardzo źle. Tymczasem wszyscy się rozeszli, więc postanowiłam udać się w drogę powrotną.
- Aaaa!!! Pomocy!!! - usłyszałam piskliwy krzyk.
Nie ma mowy! Nie pozwolę, by małemu człowiekowi stało się coś złego. Impulsywnie zerwałam się w kierunku źródła dźwięku. Chłopiec, dość niski, z brązową sierśćą na głowie dręczony był przez rówieśników. Śmiali się z niego, popychali, zabierali rzeczy. Na to nie mogłam pozwolić. Coś we mnie pękło. Dlaczego? Będąc człowiekiem można wyrządzić tyle dobra, pomóc, porozmawiać. Ile ja bym dała żeby choć na jeden dzień stać się jednym z nich. A oni?! Wolą się bić?! Działałam pod wpływem emocji, nie bardzo zdając sobie sprawę co czynię. Wtargnęłam między bandytów szczekając i warcząc. Nic. W końcu przeszłam samą siebie. Złapałam jednego chłopaka za nogę i wbiłam się zębami w jego delikatne ciało. Puściłam dopiero wówczas, gdy do moich uszy dobiegł płacz. Co ja uczyniłam?! Jak mogłam?! Skuliłam się i uciekłam, nie chcąc czekać na sprawiedliwość, jaką mógł wymierzyć mi dorosły człowiek. Uciekłam do swojej jaskini, gdzie spędziłam resztę dnia zastanawiając się nad tą sprawiedliwością, która najprawdopodobniej jeszcze do mnie wróci...
Dalsze rozważania przerwał mi widok miasteczka. Liczne domy, biegające dzieci, krzyki, śmiechy. Nie wiem jak to się stało, że ogon sam zaczął się ruszać. Nie czekając ani chwili podbiegłam do najbliższej grupki małolatów. Oczywiście moja osoba wzbudziła sensację. Do mych uszu dobiegły radosne wołania ,,piesek", ,,piesek", a po chwili małe rączki zaczęły mnie głaskać, klepać, drapać za uchem. W końcu położyłam się na plecach, machając ogonem, a małe potworki otoczyły mnie nie przestając pieścić. Tak bardzo mi tego brakowało. Szkoda, że nic nie trwa wiecznie...
- Czyj to pies?! - krzyknął jakiś dorosły.
Dzieci momentalnie odsunęły się ode mnie.
- Chyba niczyj - odezwał się jeden z chłopców.
- Niczyj? - zainteresował się mężczyzna. - Zostawcie go, bo jeszcze was ugryzie. Może mieć wściekliznę. Nie macie swoich zwierzaków?!
Dzieci spojrzały na mnie smutno. Może ten otyły facet w spodniach na szelkach mówił prawdę. Może to dobrze. Przecież gdyby trafili na wyposzczonego dobermana z traumatycznymi przeżyciami byłoby źle... Bardzo źle. Tymczasem wszyscy się rozeszli, więc postanowiłam udać się w drogę powrotną.
- Aaaa!!! Pomocy!!! - usłyszałam piskliwy krzyk.
Nie ma mowy! Nie pozwolę, by małemu człowiekowi stało się coś złego. Impulsywnie zerwałam się w kierunku źródła dźwięku. Chłopiec, dość niski, z brązową sierśćą na głowie dręczony był przez rówieśników. Śmiali się z niego, popychali, zabierali rzeczy. Na to nie mogłam pozwolić. Coś we mnie pękło. Dlaczego? Będąc człowiekiem można wyrządzić tyle dobra, pomóc, porozmawiać. Ile ja bym dała żeby choć na jeden dzień stać się jednym z nich. A oni?! Wolą się bić?! Działałam pod wpływem emocji, nie bardzo zdając sobie sprawę co czynię. Wtargnęłam między bandytów szczekając i warcząc. Nic. W końcu przeszłam samą siebie. Złapałam jednego chłopaka za nogę i wbiłam się zębami w jego delikatne ciało. Puściłam dopiero wówczas, gdy do moich uszy dobiegł płacz. Co ja uczyniłam?! Jak mogłam?! Skuliłam się i uciekłam, nie chcąc czekać na sprawiedliwość, jaką mógł wymierzyć mi dorosły człowiek. Uciekłam do swojej jaskini, gdzie spędziłam resztę dnia zastanawiając się nad tą sprawiedliwością, która najprawdopodobniej jeszcze do mnie wróci...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)