Powoli wracam do świadomości po długim śnie. Zaczynam czuć zapachy, choć wciąż blade, niewyraźne. Przed sobą mam wciąż czerń. Uchylam leniwie jedną powiekę. Przede mną ukazuje się światło poranka, ale nic poza tym. Zaczynam odczuwać zimno, lekki wiaterek powoduje dreszcz na ciele. W tym momencie otwieram drugie oko, acz wciąż powoli. Miejsce, w którym się znajduję jest mi jakby obce. Nie leżę na tapczanie, a na zimnej, brudnej ziemi i nigdzie nie widać Madlene czy Sorina. Zapachy jednak są dość znane... Unoszę łeb, rozglądam się... I przypominam sobie, że już nie mieszkam u Patrycji. Przekręciłam się na bok, westchnąwszy.
To był krótki szok, ale zdołałam przywyknąć. Ciagle zdarza mi się zapomnić, że porzuciłam dawne życie. Z jednej strony bardzo mi to odpowiadało, żyłam sobie jak chciałam, miałam swoje własne miejsce i robiłam co mi się podoba. Z drugiej strony jednak tęskniłam za panią i resztą domowników. Do tego nie znam tu zbyt wielu psów. Ach, tak. To musiałam zmienić.
Nieociągając się, wstałam z miejsca i ruszyłam na podbój. Lecz ledwo zdążyłam postawić łapę na zimnej powierzchni, gdy obok przebiegła Casey.
- Zoe! - Zatrzymała się gwałtownie. - Wiem, że planowaliście wyprawę po LDK, ale niestety musicie to odłożyć. Teraz każdy jest potrzebny...
Chwilę myślałam nad słowami suczki, aż mnie olśniło. Wojna! Jeny, serio jestem taka głupia, że o wszystkim zapominam!?
- Ach, jasne! Co mam robić?
Casey chwilę się zastanawiała.
- Możesz... Po prostu idź walczyć, czy coś...
Pokiwałam głową i obie pobiegłyśmy w swoje strony. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia co teraz. Nie walczyłam nigdy wcześniej, nie jestem duża. Może i jestem bardzo zwinna, ale również nie na tyle, by wygrać z wilkiem, w ogóle nie wiem jak walczyć... Tak więc biegłam przed siebie, modląc się w duchu, żeby nikogo nie spotkać. Na moje nieszczęście pies pojawił się już chwilę później. Spuściłam łeb, biegnąc dalej i licząc, żeby mnie nie zobaczył. Niestety...
- O, witaj! - Krzyknął pies, odwracając się. - Przydasz się i ty!
Ostrożnie uniosłam łeb, hamując. Początkowo przeraziłam się, widząc przed sobą wilka, ale miny innych psów zgromadzonych wokoło (które swoją drogą zauważyłam dopiero teraz) świadczyły, że nie ma się czego bać. Powoli postawiłam parę kroków, po czym już weselej podtruchtałam bliżej.
- Jak się nazywasz? - Zapytał wilkowaty.
- Zoe - odpowiedziałam, merdając odruchowo ogonem.
Pies pokiwał głową, po czym gestem nakazał mi ustawienie się obok reszty.
To kolejne, co mi tu bardzo odpowiada. Psy tutaj są zupełnie odrębnione od rzeczywistości. Gdziekolwiek indziej, gdy się przedstawiam, słyszę pytanie: "Ta Zoe?", albo coś w rodzaju "Wow, ale super, że cię poznałem". Z jednej strony to fajne, z drugiej... dokuczliwe. A tu nic takiego nie ma, nikt mnie nie zna, mało kto wie, co to jest agility czy obedience. Więc ustawiając się przy innych psach poznałam kolejnych przyjaciół, nową społeczność, która w obronie siebie nawzajem jest gotowa oddać życie. Gdy rozpoczęła się wojna oni nie zaczęli uciekać, nie zaczęli pytać każdego z przestrachem w oczach "Co teraz będzie?". Na pewno pojawiło się to pytanie, ale i tak wszyscy, gdzie się nie popatrzy, stanęli do walki. I teraz ja, jedna z nich, staję obok i prawdopodobnie zaraz stracę życie, by ta psia sfora ciągle istniała. Egzystowała w innym świecie, jakiego nikt, kto nie był w tym lesie, nigdy wcześniej nie widział.
Pies stojący obok mnie uśmiechnął się. Był to pies tej samej rasy co ja. Miał imię na K lub C... Ach, Camper. No tak, pamiętam go, miałam już z nim do czynienia.
- Hej, Zoe - szepnął.
- Cześć - odpowiedziałam cicho.
- Hej, tam! - Przerwał wilkowaty. - Pozwólcie, że przedstawię plan działania - Widząc moją minę, przerwał na chwilę. - Ach, zapomniałem. Zoe, nazywam się Sas Vegas i póki co jestem przewodniczącym tej małej grupy na czas kilku bitew. I nie, nie jestem wilkiem, a jego mieszańcem - po czym odwrócił wzrok ze mnie i począł objaśniać, co i kiedy mamy zrobić. Ta perspektywa trochę mnie przeraziła, ale byłam gotowa spróbować.
Bo dopiero teraz poczułam, że należę tutaj. Że mnie przyjęli i chcą. I że mimo strachu i braku umiejętności, chcę walczyć dla nich, a oni dla mnie. Że jestem w domu.
Śnieg zaczął padać z ogromnym uporem, spuszczając duże, puszyste kulki na powierzchnię lasów. Korony drzew, szeleszczące dumnie, spełniały się w obronie przed największą zawieją. Spojrzałam w górę, licząc, że dopatrzę się tego, co dzieje się na górze. W tym momencie wpadłam na mojego poprzednika, którym był Camper. Przeprosiłam kiwnięciem głowy, stając obok. Dopiero zrozumiałam, że się zatrzymaliśmy. Sas Vegas zerknął na nas z jakby smutkiem w oczach. Potem uniósł łeb, jego klatka piersiowa nadęła się, po czym przed nim pojawił się kłąb pary wypuszczonej z pyska. Ruszył.
Korony drzew zaczęły przegrywać walkę z potężną białą siłą. Psy przecierające się ostrożnie przez zaspy stawały się coraz mniej widoczne. Szły coraz wolniej, ale już nie z powodu pogody. Stały tuż przy Navydeer.
Kiedy tu dołączyłam, sektor ten pachniał niezwykłą barwą, zachwycał, sprawiał, że czuje się coś nowego. Przebywanie tam było nowym doświadczeniem, za każdym razem poznawało się jego nowe uroki.
Teraz, przykryty grubą warstwą puchu i pełen wyłysiałych drzew, odstraszał od terenu wroga. Mimo przymkniętych oczu czułam mrożącą krew w żyłach atmosferę. To było nowe miejsce, które mieliśmy na nowo odkryć, poznać. Sprawdzić, jak żyje się tu wrogowi i ocenić naszą szansę. Szliśmy wciąż powoli. Granicę dało się wyczuć bardziej niż zawsze, choć nie była wprost zaznaczona. Wkroczyliśmy na nowe tereny. Nowy świat zaskakiwał aż za bardzo.
Puch zasypał moje oczy, ledwo cokolwiek majaczyło mi przed pyskiem. Uchyliłam łeb, na chwilę zerkając na ziemię. I wtedy stało się jasne, dlaczego nawet Sas westchnął. Odruchowo cofnęłam łapę.
Miałam przed oczami coś, czego nie widziałam nawet w najgorszych snach. Przede mną, jak gdyby nigdy nic leżała łapa. Po prostu, zakopana zakrwionym, szkarłatnym śniegiem, spoczywała oderwana psia kończyna. Ktoś na mnie wpadł. Ruszyłam za grupą, która była już trochę przede mną. Ale obraz, który jeszcze chwilę miałam przed sobą wbił mi się w pamięć. Mimo rażącej bieli rozejrzałam się. Wszędzie była krew, a ja nie potrafiłam stwierdzić, czy naprawdę ją widzę, czy po prostu ta krótka scena zatruła mój mózg. W tym momencie straciłam panowanie nad sobą. Zamiast pomóc, kluczyłam, tyłem. Nie widziałam nikogo, po prostu kręciłam się. Krew. Krew była wszędzie! Śmierć stała się nagle tak realna, tak bliska...
- Zoe!
- Elaine, Camper, zróbcie coś!
- Sas, pomocy!
- Zoe, przestań!
Różne dźwięki. Tak blisko, tak daleko. Oszalałam? Może.
Ten poranek wydawał się tak daleki. Ja sobie spałam, a oni zażynali się na wzajem! Jak mogłam żyć tak spokojnie, otoczona wojną!?
Upadłam, gdy zakręciło mi się w głowie. Usłyszałam szloch. Zamarzałam. Szloch był coraz głośniejszy, a ja coraz bardziej zamarzałam. Potrzebowałam chwili, by ogranąć, że to ja płaczę.
- Wszystko dobrze, panienko? - Usłyszałam znad siebie.
- Ja... - Zaczęłam. A potem uniosłam głowę i rozległ się głośny pisk. Mój oczywiście.
Camper, Sas, Elaine lub ktokolwiek inny? Czekam na bohatera ;3
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zoe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zoe. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 października 2014
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Od Zoe - CD historii Casey
Oba psy spojrzały na nas przyjaźnie. Casey powiadomiła ich, że jestem tu nowa i że mam w zamiarze dołączyć.
- Och, jak miło - uśmiechnął się pies. Pewnie Beta. - Oczywiście, możesz. Wiesz, jakie masz stanowiska do wyboru?
- Chciałabym być dostawczynią LDK - oznajmiłam szybko.
- Wiesz, jakie wiąże się z tym ryzyko?
- Tak, wiem. Znaczy... nie, ale chętnie się z nim zmierzę.
- Przydałaby się znajomość terenów poprzedniej wersji naszej sfory...
- Ruszamy w grupach, czyż nie?
- Tak.. W sumie masz rację. Chili, mogłabyś zapisać Zoe?
- Tak - samica pokiwała głową i odeszła. Odniosłam wrażenie, że w tym "Tak" był jakiś wyraz ulgi...
- Wybacz, Zoe - Beta spojrzał na mnie - ale nie mogę cię oprowadzić. Mam dużo na głowie. Jeśli Angel i Casey się zgodzą, poproszę ich, aby przedstawili ci tereny.
- Już mi je pokazali.
- Ale musisz wybrać sobie miejsce na jaskinię.
- Ach, racja. A więc, Angel - zerknęłam na niego, potem na lekarkę - Casey? Pomożecie mi wybrać dobre miejsce? - Posłałam im najurokliwszy z moich uśmiechów.
Casey bądź Angel?
- Och, jak miło - uśmiechnął się pies. Pewnie Beta. - Oczywiście, możesz. Wiesz, jakie masz stanowiska do wyboru?
- Chciałabym być dostawczynią LDK - oznajmiłam szybko.
- Wiesz, jakie wiąże się z tym ryzyko?
- Tak, wiem. Znaczy... nie, ale chętnie się z nim zmierzę.
- Przydałaby się znajomość terenów poprzedniej wersji naszej sfory...
- Ruszamy w grupach, czyż nie?
- Tak.. W sumie masz rację. Chili, mogłabyś zapisać Zoe?
- Tak - samica pokiwała głową i odeszła. Odniosłam wrażenie, że w tym "Tak" był jakiś wyraz ulgi...
- Wybacz, Zoe - Beta spojrzał na mnie - ale nie mogę cię oprowadzić. Mam dużo na głowie. Jeśli Angel i Casey się zgodzą, poproszę ich, aby przedstawili ci tereny.
- Już mi je pokazali.
- Ale musisz wybrać sobie miejsce na jaskinię.
- Ach, racja. A więc, Angel - zerknęłam na niego, potem na lekarkę - Casey? Pomożecie mi wybrać dobre miejsce? - Posłałam im najurokliwszy z moich uśmiechów.
Casey bądź Angel?
Od Zoe - CD historii Casey
- Zoe - odparłam wesoło. Już polubiłam tę suczkę, była taka radosna... Praktycznie jak ja. - Wybacz, że zapytam, ale jakiej jesteś rasy? - Przechyliłam łeb, uśmiechając się niewinnie.
- Buhund norweski - powiedziała, udając rozdrażnienie.
- Oj, nie fochaj się. Nigdy nie spotkałam nikogo takiego, jak ty.
- Wezmę to za komplement. Co tu robisz? - Zmieniła temat. - Znaczy, jakie jest twoje pochodzenie?
- Byłam domowym psem. Brałam udział w zawodach i zazwyczaj wygrywałam. Ale brakowało mi wolności, więc gdy tu przyjechałyśmy z panią i moimi towarzyszami, uciekłam. Potem spotkałam Angela, który mi trochę opowiedział.
Casey przechyliła łeb.
- Jakbyś mi kogoś przypominała... - Zmrużyłam oczy. - No nic, nie ważne. Może byście mi oboje pokazali dalsze tereny i psy? Chętnie znajdę sobie wielu przyjaciół! - Zanim zdążyli odpowiedzieć, ruszyłam przed siebie truchtem.
Casey? Angel?
- Buhund norweski - powiedziała, udając rozdrażnienie.
- Oj, nie fochaj się. Nigdy nie spotkałam nikogo takiego, jak ty.
- Wezmę to za komplement. Co tu robisz? - Zmieniła temat. - Znaczy, jakie jest twoje pochodzenie?
- Byłam domowym psem. Brałam udział w zawodach i zazwyczaj wygrywałam. Ale brakowało mi wolności, więc gdy tu przyjechałyśmy z panią i moimi towarzyszami, uciekłam. Potem spotkałam Angela, który mi trochę opowiedział.
Casey przechyliła łeb.
- Jakbyś mi kogoś przypominała... - Zmrużyłam oczy. - No nic, nie ważne. Może byście mi oboje pokazali dalsze tereny i psy? Chętnie znajdę sobie wielu przyjaciół! - Zanim zdążyli odpowiedzieć, ruszyłam przed siebie truchtem.
Casey? Angel?
środa, 23 lipca 2014
Od Zoe
Nie mogłam spać. Sny, a raczej ciemne, ponure koszmary powodowały, że ochota na sen przechodziła mi jeszcze przy hipnagogach. Powoli uniosłam wzrok na okno. Drobne kropelki deszczu delikatnie się o nie obijały, a później spływały, tworząc figlarne kształty. Księżyc w pełni oświetlał miasto jasnoniebieskim światłem, kusząc, aby wyjść na dwór. Przeniosłam spojrzenie na łóżko mojej pani. Spała w najlepsze, w ogóle nie przejmując się dzisiejszym, jeśli nie już wczorajszym dniem. Zawody w obedience zawsze były moją mocną stroną, więc i tym razem wyniosłam nas na szczyt i tym samym zafundowałam bilety do Warszawy na krajowe, jednak dopiero Madlenka, moja współlokatorka rasy tej samej, pokazała, co można zrobić na tych zawodach i skopała wszystkim tyłki, łącznie ze mną i Sorinem. Także jutro mieliśmy pakować walizki i do stolicy... Tylko że... Ech... Kolejne zawody, znowu to samo... Nie to, że tego nie lubię, po prostu chyba bym wolała być... dzika.
Ostrożnie podniosłam się z legowiska, tak, żeby nie zbudzić nikogo w pokoju. Podeszłam do okna i najciszej, jak potrafiłam wskoczyłam na parapet. Siadłam tam sobie i zagapiłam się na korony drzew, tańczące nad dachami domków. Wtedy coś błysnęło między budynkami. Nastawiłam uszu i zmrużyłam oczy. Wtedy kształt nabrał nieco większej ostrości... Pies! Bez obroży, szelek, czy choćby chusteczki... Pies ze wsi lub zupełnie dziki. Oparłam łapę o szybę. Jutro też taka będę.
W końcu udało mi się zasnąć. Nie męczyły mnie koszmary, jednak żaden sen nie został w mojej pamięci. Tego dnia, od samego rana panowała wrzawa. Ludzie się pakowali, a ja z Sorinem i Madlene ganialiśmy po podwórzu, przeszkadzając wszystkim na około. Tak minął dzień. Gdy słońce zbliżało się już ku horyzontowi, byliśmy gotowi do drogi. Przed podróżą postanowiliśmy jeszcze pójść na spacer. W sumie to pani, Sorin i ja, bo Madlene została z resztą w domu. Stawiała opór, rozleniwiła się dziś. Ze smyczą przypiętą do obroży, ruszyliśmy w labirynt uliczek, przypominający mi nieco Wenecję. Może to tylko moje skojarzenie (zwłaszcza, że Sorin je wyśmiał), ale naprawdę tak wyglądały. Szliśmy blisko siebie, zbici w małą gromadkę. Chodnik był w końcu cienki, a główna ulica, obok której przechodziliśmy w tej chwili, ruchliwa. Dopiero gdy skręciliśmy w upstrzoną kwiatami uliczkę boczną, poczułam luz na szyi. Smycz została odpięta. Zerknęłam na towarzyszy. Pies zdążył się ubrudzić... No a właścicielka oczywiście sięgnęła po szczotkę, którą to zawsze nosiła przy sobie. Westchnęłam i obejrzałam się. Las był tak blisko... Jak to jest? Tak być dziką...? Czy w ogóle bym sobie poradziła...? Pewnie tak. Wzruszyłam ramionami, po czym poczłapałam przed siebie i szybko schowałam się za zakrętem. Wycofałam się trochę, upewniając się co chwila, czy nie jestem śledzona przez Sorina i właścicielkę. Gdy już nabrałam pewności, uniosłam wysoko głowę oraz ogon, zamknęłam oczy i... wpadłam na śmietnik... Huk rozniósł się echem po uliczce, ale chyba nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Otrzepałam się więc i ruszyłam na rozpoznanie terenu.
W mieście było już ciemno, ale latarnie wciąż nie zostały włączone. Odnosiłam wrażenie, że każdy cień jest żywą istotą... Przeszedł mnie dreszcz, ale nie zimny, nie ze strachu. Z podniecenia. Nigdy w końcu nie wiadomo, kiedy...
- Uważaj!
Zdążyłam tylko podnieść głowę... Ciężki obiekt przygniótł mnie do ziemi. Kiedy okazał się on być psem, zszedł ze mnie i sam pomógł mi wstać. Oceniłam jego wygląd. Blue merle tricolor, owczarek australijski. Czyżby i kto inny postanowił pójść na spacer? Być może...
- Ech, wybacz - westchnęłam. - Jestem Zoe.
- Angel. - Odpowiedział. - Jesteś... ze sfory?... - Zerknął na moją obróżkę - czy może domówka na spacerze?
- Jestem dzika - powiedziałam z naciskiem na drugie słowo.
- Z obrożą..
- Od kilku godzin jestem dzika - dodałam.
- Ale nie ze sfory?
- Czego? Jakiej s f o r y?
- Sfory Psiego Głosu. Znajduje się w tym lesie, o ta...
- Prowadź! - Rozkazałam, przerywając mi.
- Jak chcesz....
Angel? Ew. ktoś, kto się przyłączy ;)
Ostrożnie podniosłam się z legowiska, tak, żeby nie zbudzić nikogo w pokoju. Podeszłam do okna i najciszej, jak potrafiłam wskoczyłam na parapet. Siadłam tam sobie i zagapiłam się na korony drzew, tańczące nad dachami domków. Wtedy coś błysnęło między budynkami. Nastawiłam uszu i zmrużyłam oczy. Wtedy kształt nabrał nieco większej ostrości... Pies! Bez obroży, szelek, czy choćby chusteczki... Pies ze wsi lub zupełnie dziki. Oparłam łapę o szybę. Jutro też taka będę.
W końcu udało mi się zasnąć. Nie męczyły mnie koszmary, jednak żaden sen nie został w mojej pamięci. Tego dnia, od samego rana panowała wrzawa. Ludzie się pakowali, a ja z Sorinem i Madlene ganialiśmy po podwórzu, przeszkadzając wszystkim na około. Tak minął dzień. Gdy słońce zbliżało się już ku horyzontowi, byliśmy gotowi do drogi. Przed podróżą postanowiliśmy jeszcze pójść na spacer. W sumie to pani, Sorin i ja, bo Madlene została z resztą w domu. Stawiała opór, rozleniwiła się dziś. Ze smyczą przypiętą do obroży, ruszyliśmy w labirynt uliczek, przypominający mi nieco Wenecję. Może to tylko moje skojarzenie (zwłaszcza, że Sorin je wyśmiał), ale naprawdę tak wyglądały. Szliśmy blisko siebie, zbici w małą gromadkę. Chodnik był w końcu cienki, a główna ulica, obok której przechodziliśmy w tej chwili, ruchliwa. Dopiero gdy skręciliśmy w upstrzoną kwiatami uliczkę boczną, poczułam luz na szyi. Smycz została odpięta. Zerknęłam na towarzyszy. Pies zdążył się ubrudzić... No a właścicielka oczywiście sięgnęła po szczotkę, którą to zawsze nosiła przy sobie. Westchnęłam i obejrzałam się. Las był tak blisko... Jak to jest? Tak być dziką...? Czy w ogóle bym sobie poradziła...? Pewnie tak. Wzruszyłam ramionami, po czym poczłapałam przed siebie i szybko schowałam się za zakrętem. Wycofałam się trochę, upewniając się co chwila, czy nie jestem śledzona przez Sorina i właścicielkę. Gdy już nabrałam pewności, uniosłam wysoko głowę oraz ogon, zamknęłam oczy i... wpadłam na śmietnik... Huk rozniósł się echem po uliczce, ale chyba nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Otrzepałam się więc i ruszyłam na rozpoznanie terenu.
W mieście było już ciemno, ale latarnie wciąż nie zostały włączone. Odnosiłam wrażenie, że każdy cień jest żywą istotą... Przeszedł mnie dreszcz, ale nie zimny, nie ze strachu. Z podniecenia. Nigdy w końcu nie wiadomo, kiedy...
- Uważaj!
Zdążyłam tylko podnieść głowę... Ciężki obiekt przygniótł mnie do ziemi. Kiedy okazał się on być psem, zszedł ze mnie i sam pomógł mi wstać. Oceniłam jego wygląd. Blue merle tricolor, owczarek australijski. Czyżby i kto inny postanowił pójść na spacer? Być może...
- Ech, wybacz - westchnęłam. - Jestem Zoe.
- Angel. - Odpowiedział. - Jesteś... ze sfory?... - Zerknął na moją obróżkę - czy może domówka na spacerze?
- Jestem dzika - powiedziałam z naciskiem na drugie słowo.
- Z obrożą..
- Od kilku godzin jestem dzika - dodałam.
- Ale nie ze sfory?
- Czego? Jakiej s f o r y?
- Sfory Psiego Głosu. Znajduje się w tym lesie, o ta...
- Prowadź! - Rozkazałam, przerywając mi.
- Jak chcesz....
Angel? Ew. ktoś, kto się przyłączy ;)
wtorek, 22 lipca 2014
Nowa suczka w Sforze - Zoe!
Jeśli po przeczytaniu nagłówka od razu pojawił się Wam obraz blue merle'owego Zolczaka sławnego na cały świat, to nie myliliście się! A jeśli nie, to może warto wstukać w internet to imię i nieco poczytać...? W każdym bądź razie, oto nowa członkini - Zoe!
Imię: Zoe
Płeć: Suczka
Wiek: 5 lat
Rasa: Border collie
Głos: Demi Lovato - Really Don't Care
Głos: Demi Lovato - Really Don't Care
Stanowisko: Dostawczyni LDK
Partner: Może szuka...
Młode: Brak
Rodzina: Matka: Inka, ojciec: Big Blue, rodzeństwo: Gabi, Blue Margo, Beki, Burza Stulecia, Skye, Blue Cuddly, Black Magic, Black Buster
Urodziny: 15 dzień wiosny
Sektor: Fallendeer
Sektor: Fallendeer
Cechy: Zoe jest tryskającą energią bombą zegarową. Nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie... Przez chwilę jest spokojna, wydaje się być skupiona na czyichś słowach, bądź znudzona, a po chwili nagle zrywa się na równe nogi i zaczyna biegać w kółko. Łatwo się nudzi, to fakt. Cały czas potrzebuje zajęcia i wolno się męczy. Jest bardzo przyjacielska, szybko znajduje nowe przyjaźnie. Uśmiech rzadko kiedy znika jej z pyszczka. Swoją radością potrafi zarażać. Uczy się z olbrzymią prędkością, jednak nie rozumie niektórych spraw... Z dużą chęcią pomaga innym w miarę swoich możliwości. Do tego jest bardzo ciekawska i odkrywcza, a także trochę lekkomyślna. Raczej nie jest strachliwa, a to dlatego, że najzwyczajniej w świecie nie myśli, co robi - nie myśli o czymś, jak o niebezpieczeństwie.
Historia: Suczka ta przyszła na świat w hodowli Dynamic Quest, skąd została zabrana do wspaniałego domu, w którym zapoznała się z psimi sportami i zaprzyjaźniła z ludźmi. Osiągnęła wysokie wyniki w zawodach, wzięła udział nawet w reklamie i filmie! Wydawało się, że tak pozostanie. Jednak wszystko zmieniło się na zawodach obedience w małej miejscowości. To tam odkryła, bądź raczej stwierdziła, że nie takie życie jest jej pisane. Niby tak tylko pomyślała, wahała się jeszcze, czy da radę... Postanowiła jednak spróbować, jak to jest być dzikim, niezależnym psem. Wybrała się na spacer wieczorny, gdy jej pani zajmowała się Sorinem, ostatnim z trzech psów w domu (jest jeszcze Madlene). Łaziła po miasteczku, rozglądając się na boki, kiedy wpadła na innego psa, i to dzikiego. To on ją przyprowadził do sfory, w której postanowiła zostać.
Nick na howrse.pl i/lub mail: Klara-koniara
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)