Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nageezi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nageezi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 sierpnia 2017

Od Nageezi - CD historii Monday'a

 Monday był inny niż ja. Zdawał się nie przejmować życiem tak bardzo. Przynajmniej nie w ten sam sposób. Przyglądałam mu się ukradkiem, gdy prowadził mnie do mojej nory. Był... radosny. Szedł pewnym krokiem, z uniesionym pyskiem i merdającym ogonem. Choć przewyższałam go dwukrotnie, czułam się mniejsza. Moje kroki zawsze pełne były ostrożności, a wzrok badał otoczenie. Przyzwyczaiłam się do przyjmowania pozycji bojowej w razie nagłej sytuacji. Monday zdawał się nigdy nie myśleć o zagrożeniu. Nie miał problemu z rozmową ze mną. Chciałabym wiedzieć, jak to robi. 
- To już tu - rzuciłam, gdy dotarliśmy na miejsce.
Pies pokiwał głową. Skarciłam się w myślach. Przecież doskonale o tym wiedział. Dlaczego mówię o tak oczywistych rzeczach? 
- W takim razie pora się pożegnać? - Zapytał, uśmiechając się delikatnie.
- Tak - odpowiedziałam szybko. Za szybko. - Możesz już iść.
 Ponownie pożałowałam. To nie było miłe. Spodziewałam się reakcji w formie krzywej miny, jakiegoś komentarza, ale pies jakby nie zauważył mojego braku taktu. Po prostu się pożegnał, obdarzył spojrzeniem pełnym radości i się rozstaliśmy. 
 Usiadłam przed wejściem do nory, kiedy zniknął za drzewami. Tyle myśli przelatywało przez moją małą głowę... Ten dzień był znośny. Wymieniłam parę zdań z przedstawicielem mojego gatunku. Bawiłam się. Zachowywałam się w tak sprzeczny do mojej natury sposób. Czyżby ta przerwa coś zmieniła w moim życiu? Powinnam poszukać innych psów i sprawdzić, czy jestem w stanie utrzymać ten stan w ich obecności. Z drugiej strony bałam się. Spędzanie czasu z Monday'em tragiczne nie było, ale wciąż kosztowało mnie ogromną dozę stresu. W takich sytuacjach mózg pracuje na pełnych obrotach, to nie jest takie proste. Poza samą wymianą zdań muszę wciąż analizować. Być gotową nagle zakończyć rozmowę, gdyby się okazało, że psu przeszkadzam. A nigdy nie wiadomo, kiedy tak się dzieje. Dlatego to takie trudne.
 Monday wrzucił mnie dzisiaj do wody. Wtedy wydawało mi się to zabawą, ale jak o tym dłużej myślałam, to może wcale nią nie było... Raczej zabić mnie nie chciał, ale czy nie było to zbyt... niemiłe? Ach, nie znoszę kontaktów międzypsich. Są takie skomplikowane. 
 Stwierdziwszy, że boli mnie głowa, schowałam się pod ziemię. Dzień był długi, a jutro czekał mnie następny. Nagle dostałam kolejnego napadu paniki. Serce zabiło mocniej, leżałam cała roztrzęsiona. Nie chciałam zasnąć, bo to by oznaczało, że rozpocznie się kolejna doba i znowu będę musiała spędzać czas z innymi. Spróbowałam się jednak wziąć w garść i podjęłam próbę uspokojenia się. W końcu się udało, choć minęło sporo czasu. Sen okazał się najlepszym lekarstwem, zresztą jak zawsze. Obudziłam się wypoczęta i szybko wybiegłam z nory, dopóki jeszcze moje wewnętrzne ja nie postanowiło przejąć steru. Mojego wczorajszego towarzysza spotkałam zaledwie kilka minut później.
- Nageezi! - Krzyknął na przywitanie.
 Spojrzałam w stronę, z której dobiegł dźwięk. 
- Hej - powiedziałam po prostu. 
 Nagle Monday zabiegł mi drogę. Wycofałam się, kuląc uszy, niepewna jego zamiarów...

< Monday? >

piątek, 28 lipca 2017

Od Nageezi - CD historii Mondaya

 Nie wiem dlaczego zatrzymałam Monday'a. Nie mam pojęcia, co sprawiło, że w ogóle się do niego odezwałam, dlaczego tak łatwo mi się z nim rozmawiało. Może "łatwo" to za dużo powiedziane, ale na pewno nie powodowało to u mnie takich ataków paniki jak zazwyczaj. Domyślałam się, że to z powodu jego nieprzynależności do sfory. Nie wiedział, kim jestem. Nie znał mnie z żadnych historii, nie słyszał o tym, co zrobiłam. Bałam się wewnątrz siebie, że kiedyś się dowie i to będzie koniec. Ale po co? Nawet nie miałam pewności, czy następnego dnia w ogóle go spotkam... Czy... Czy mnie lubi... Po tym, co zrobiłam, mógł mnie nie lubić. To by miało sens.
 Gdy wstałam rano, potrzebowałam chwili by się zastanowić, czy to mi się nie przyśniło. Uporządkować myśli i zastanowić się, co robić dalej. Głupio by było tak po prostu pójść do Monday'a, spędzić z nim kolejny dzień. Postanowiłam więc pozostawić ten temat na później. A przynajmniej udawać... Opuściłam więc swoje miejsce zamieszkania i udałam się na krótki spacer po okolicy. Mały obchód, przy okazji polowanie. Starałam się nie skupiać na wczorajszym dniu, jednak myśli wciąż do niego powracały. Mimo wszelkich prób porzucenia tego tematu, wciąż rozglądałam się za psem, mając nadzieję, że się wyłoni zza krzewów. Zapierałam się sama przed sobą, że mi nie zależy, ale każdy ruch powodował nadzieję. A niech to szlag... Znalazłam towarzysza. Najgorsze było to, że na spotkaniu chyba się skończyło...
 I gdy już straciłam nadzieję, pojawił się on. Wylazł zza obszernego dębu zaraz po tym, jak jego zapach do mnie dotarł. Pierwszy odruch - pobiec, przywitać. Ale się powstrzymałam, udając, że mi w ogóle nie zależy...
- Hej - odezwał się.
 Podniosłam głowę. Z kamienną twarzą odpowiedziałam to samo.
- Hej.

< Monday? >

czwartek, 20 lipca 2017

Od Nageezi

 Spoglądała w chmury, siedząc wśród zbóż i rozmyślając o dawnych czasach. Ile to już minęło? Nawet nie liczyła. Wolała nie wiedzieć. Chowała się przed innymi psami od zbyt długiego czasu, by miało to jakiekolwiek znaczenie. Ciekawiło ją, czy ktokolwiek pamięta. Czy jest w tej sforze ktokolwiek, kto w ogóle mógłby pamietać... Ale zbyt bardzo się bała by sprawdzić. Wiązałoby się to z koniecznością zbliżenia do sfory, co mogłoby ją wydać. Nie mogła na to pozwolić. Mogłaby odejść i zostawić wszystko w tyle. Ale jednak coś ją tu trzymało. W końcu pewnie i tak by sobie nie poradziła poza terenami Sfory. Zamiast więc rozpoczynać nowe życie wybrała sterczenie tutaj do końca swojego marnego żywota i unikanie sforzan... Genialny plan.
 Dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny, nawet jak na lato. Zaledwie kilka małych pierzastych kulek powoli sunących po niebie. Nageezi, jak zwykle pochłonięta własnymi myślami o tym, jak to jest słaba i beznadziejna, nawet nie zauważyła czającego się wśród zbóż cienia. Pies wynurzył się znienacka, a samica niemal podskoczyła. Warknęła odruchowo, przybierając pozycję bojową. Pierwsza myśl, jaka jej przyszła do głowy, to to jak głupia była, że dała się tak łatwo zaskoczyć. Obrzuciła psa szybkim spojrzeniem, zanim zdążył się odezwać. Nie znała go, a więc on nie znał jej. Miała tylko nadzieję, że nie rozpozna w niej słynnej byłej alfy, o ile w ogóle ktokolwiek o niej później mówił...

< Ktoś, kogo Ezzi nie zna? Daję pole do popisu ;) >

piątek, 26 sierpnia 2016

Od Nageezi - CD historii Another

 Wilczyca wbiła wzrok w zbliżającą się postać. Rude futro połyskiwało w słońcu. Na znajomym pysku widniał... Strach..? Niepokój..? Nageezi patrzyła. Po prostu patrzyła, jak tollerka się w nią wpatruje. Czy to naprawdę... Another? Jeśli z którymkolwiek psem chciałaby się teraz spotkać, niebyłaby to na pewno ona. To właśnie z nią Nageezi wiązała ostatnie wspomnienia w sforze. Niczego innego nie pragnęła bardziej, jak cofnąć czas... Lub zapomnić o przeszłości.
- Another - wymówiła to imię cicho, podmuch wiatru je ze sobą zabrał. Jej serce na chwilę stanęło, nie mogła nabrać powietrza.
- Nageezi - odpowiedź nadeszła po chwili. - Ale...
- Przepraszam - przerwała towarzyszce, słowa trysnęły z jej ust niczym krew ze świeżo zadanej rany, niemożliwe do zatrzymania, cała kaskada - przepraszam, ja nie wiem, co sobie myślałam. To wszystko było dla mnie inne, takie nowe, ja nie wiem... Nie chciałam, bałam się, znasz mnie długo, ja się po prostu nie nadawałam.. Tego było dla mnie za dużo, Hockey odszedł, wiesz dobrze, ale zamiast pomóc, ja zachowałam się dużo gorzej niż on... Ja... - Nagle urwała. Słowa utknęły gdzieś w jej środku. Coś tknęło samicę, aż z jej oczu powoli zaczęły sączyć się łzy. Sama była świadoma, że nie da rady się tak po prostu zmienić, ale i tak, z jakiegoś irracjonalnego powodu, czuła się podle. Musiała przeprosić. Pierwsze krople spłynęły po czerwonym policzku.
Another? Sorry, że tak późno, jakoś tak wyszło...

czwartek, 11 sierpnia 2016

Od Nageezi

 Blada poświata wbijająca się przez ogromną dziurę w suficie zmusiła ją so rozchylenia powiek. Ziewnęła przeciągle, rozciągnęła się leniwie i powoli dźwignęła na długich, zwinnych nogach. Czerwona wilczyca o złowieszczych, acz przygaszonych zmęczeniem brązowych oczach, zbliżyła się do wylotu groty i rozejrzała się. Dookoła szumiał las. Wiatr kołysał drzewami, wprawiając w tańce tysiące złoto-zielonych liści. Ich szum dobiegł do uszu Nageezi, przynosząc ze sobą od lat niezmienny spokój. To była jedyna trwała rzecz w jej życiu. Jedyne, co pamiętała sprzed przybycia do sfory, jedyne z czasów, gdy czarny owczarek próbował okiełznać jej ciężki charakter i jedyne, co pozostało w jej pamięci z buhundzicy - suczki rozumiejącej jej ból po utracie Hockey'a jak mało kto. I teraz, ten sam relaksujący dźwięk muskał jej duże uszy. Westchnęła. Rozpaczanie po dawnych czasach to ostatnie, czego teraz potrzebowała. Niespiesząc się, opuściła swoje obecne mieszkanie i udała się... gdzieś. Ostatnio ciągle chodziła "gdzieś". Nie miała celu. Po prostu żyła. Odkąd porzuciła Sforę Psiego Głosu już nic nie miało znaczenia. Zdziczała zupełnie, poddała się instynktowi. Szła teraz przez gęstwiny, gdzieś na skraju terytorium sfory. Nigdy nie za daleko, żeby pod żadnym pozorem nie spotkać znajomego pyska. A jednak podświadomie tego właśnie pragnęła. Tylko dlatego, choć nie potrafiła się do tego sama sobie przyznać, nie odeszła dalej. W nadziei, że pomimo potwornego czynu, jaki popełniła, ktoś jej wybaczy i przyjmie z otwartymi łapami.
 Wysoka trawa łaskotała brzuch. Gdzieś tu, na polanie, na której się właśnie znajdowała, czaił się królik. Przykucnęła, bacznie wypatrując małego, zwinnego gryzonia. Coś poruszyło się parę metrów przed nią. Zgrabnie skradała się w tę stronę. Włączył się tryb łowcy. Oczy zapłonęły, ogon nieznacznie uniósł się do góry. Z pyska pociekła ślina. Kilka zwinnych susów i mocne szczęki drapieżnika zmiażdżyły kark bezbronnej istoty. Samica poczuła w pysku znajomy smak krwi drobnego uszaka. W tym samym czasie do jej nozdrzy dotarł inny zapach. Wypełnił je po brzegi, kłując umysł. Skuliła się pośród traw. To przecież niemożliwe... Przyjrzała się krzakom oddalonym o zaledwie parę metrów. A jednak...
 Pies.
 Serce zamarło w piersi wilczycy. Zimno zmroziło żyły, setki drobinek lodu wbijało się w ich ścianki. Kto to mógł być? Nageezi nie zauważyła. Ledwo pamiętała członków sfory. Ona jednak była bardzo charakterystyczna i nie było mowy, żeby ją z kimkolwiek pomylić. Niezależnie, czy był to ktoś z dawnych czasów jej rządów, czy dołączył po jej ucieczce, mógł ją znać osobiście, ale także z opowieści. Ale czy ktokolwiek później dołączył? Młoda suczka nie mogła się nazwać dobrą Alfą, doprowadziła sforę do ruiny, a potem ukryła się gdzieś w dalekim lesie i nie wychylała nosa przez bardzo długi okres czasu. Czy można coś takiego wybaczyć? Tak niebywałe tchórzostwo, brak jakiejkolwiek empatii? Zostawiła sforę samą sobie, żeby zniszczyła się od środka, niczym wystawiony zbyt długo owoc, powoli gnijący od środka. Nie, to było zbyt okrutne. Nie raz nawiedzały ją koszmary o skutkach jej czynu, o Hockey'u... Jej przybrany ojciec na nią liczył, a ona go zawiodła. Miał w niej wiarę, pokładał nadzieje... Ale ona nie podołała. Zostawiła nawet Casey, biedną suczkę, która i tak już cierpiała. To nie było fair wobec niej. Czyż nie miała mieć oka na Nageezi? Poczucie winy zjadało wilczycę od środka. Pies w oddali zaczął się wycofywać. Coś jednak pękło w samiczce. Musiała to zrobić... Zmierzyć się z najgorszym koszmarem. Wstała i ukazała się w słońcu, zostawiając zdobycz na ziemi.
 Pies to zauważył. Odwrócił się, po czym wyłonił z cienia. Kierował się w stronę Nageezi.

Ktoś? :3

niedziela, 13 września 2015

Od Nageezi

 Budzę się nagle. Uczucie spadania skutecznie stawia na nogi. Przynajmniej na chwilę, bo porem zmęczenie przygniata cię i męczy jak widok zabałaganionego pokoju. Otrzepuję się i wyciągam... I kiedy otwieram oczy po olbrzymim ziewie widzę jego pysk. Rosso. Co on tu robi... Cholera! Rosso!
- Wynocha! - Wrzeszczę. Cholerny chart, nie miał prawa tu być! 
 Budzi się nagle, jak ja. Gdyby na czymś leżał, zapewne by spadł. Patrzy na mnie przestraszony. Naprawdę tego nie widzi?
- Co jest? - Pyta.
- Naprawdę? - Warczę. - Wypad z mojej jaskini, debilu!
 Podkula ogon, patrzy na mnie jak zbity szczeniak. Chociaż nim jest.
- Zabieraj tego głupiego szczeniaka i won za drzwi! Nie potrzebuję cię tutaj!
 Pies niepewnie odwraca się i wychodzi. A raczej wybiega. I dobrze. Nie potrzebuję go tutaj. Może przesadziłam? Nie. Niech spada. 
 Wychodzę na krótki spacer. Chcę o wszystkim zapomnieć. Ale nie dane jest mi to na długo.
- Nageezi! - Wola Geris za moimi plecami. - Nareszcie jesteś! Błagam, musisz załatwić jedną rzecz...
 Co proszę? 
- Geris, nie teraz, błagam. 
- Ech, to ważne... Proszę, Na...
- Nie. 
 Nie czekam na odpowiedź i po prostu uciekam. Przyznaję bez bicia, że uciekam.
 W jednej chwili wszystko zwala mi się na głowę. Wszystkie zadania, którym podołałam bądź też nie. Dlaczego ja? Niedość, że straciłam całą rodzinę, nic nie pamiętam, to jeszcze opuścił mnie nowy ojciec, jedyna osoba, która mnie tolerowała! I zostawiła mi cały swój problem, nawet nie zdążyła mnie wychować. I ja, ja!, mam sobie poradzić? Niech się wali, kurczę blade.
- Nie mój problem! - Krzyczę, z moich oczu zaczynają płynąć łzy. Coś odskoczyło z drogi. To, co mam teraz zrobić, będzie mi pewnie ciążyć do końca życia. Imma done. Trudno. Gorzej być nie może.
Przez łzy nawet nie widzę, kto to.
 Opieram swoje łapy na ramionach psa, zostawiając na nich błotniste ślady. Zaczynam nimi trząść. Pies jest rudy. Tyle widzę. I że jest w zbyt dużym szoku żeby odpowiedzieć. Chyba taki jest powód...
 Zanim się orientuję, zasypuję psa słowotokiem.
- Dlaczego ja? Nie mogłeś to być ty? Nie chcę być Alfą, rozumiesz!? Nie chcę być dłużej Alfą!!! Masz zadanie! Idź i ogłoś wszystkim, że dezerteruję! Już!!!
 Odbijam się od psa i przyglądam mu się błagalnie.
- Proszę... - Psy rzadko słyszą ode mnie to słowo. Czymś muszę nadrobić... Ale walić to!
 Gdy nie słyszę dłużej odpowiedzi, zaczynam znowu krzyczeć:
- Błagam, po prostu idź stąd i powiedz wszystkim, że nie jestem już Alfą! Bo nie jestem! - Płaczę, krzyczę, piszczę. Dosłownie wariuję. Nawet nie wiem, do kogo...

Another? B)
 

czwartek, 20 sierpnia 2015

Od Nageezi - CD historii Rosso

 Chciał, żeby została na dłużej..? Na noc? Czy.. mu na niej zależy? Chciał... Chciał? Miała u niego szansę? Być z nim? Czyli mogła mu to pokazać, przekazać, że jej też się on podoba...
 Zaraz, nie. Nie. Nie kocha go. Nie...
- Skoro mnie zapraszasz... - To nawet nie brzmiało jak ona. Czyżby... Nie. Nie mogła sobie na to pozwolić. Była silniejsza.
 Rosso uśmiechnął się delikatnie, kiedy to powiedziała. Weszła do jego nory i spojrzała za nim. Chwilę stał w wejściu, po czym podążył za nią. Resztę wieczoru spędzili w "salonie". Coraz łatwiej ze sobą gadali, bariery miedzy nimi zaczęły maleć.
- Nawet tego nie zauważyłem - zaśmiał się Rosso.
- Heh, ale tak to wyglądało. Nie kłamałabym! - Uśmiech zagościł na jej pysku.
 Na chwilę się na siebie zapatrzyli. Wszystko się zmieniło w ciagu paru sekund. Ich pyski się spotkały. A potem... Było tylko lepiej.

Rosso xD

środa, 5 sierpnia 2015

Od Rosso i Nageezi - CD historii Rosso

*N*
Słyszę jego głos. Coś we mnie drgęło. Co jest ze mną? Dlaczego on wywołuje we mnie takie uczucie? To... to boli. Chce być przy nim. Pragnę się do niego przytulić. Z niewiadomego powodu. Ale nie mogę. Co ja w ogóle robię?
 Cały czas gapię w ciemność. Nie odwracam wzroku. Nie patrzę na niego.
*R*
- Nageezi? - Odzywam się ponownie. Podchodzę nieco bliżej, byle ostrożnie. Nie wiem co i dlaczego.
*N*
- Nie - wyrywa mi się cichy pisk. Momentalnie ganię się w myślach. Odejdź. Odejdź. Odejdź.
*R*
- Proszę... - Staję tuż obok niej. - Co się stało?
*N*
- Rosso - cedzę przez zęby. - Odejdź!
*R*
- Spójrz na mnie - ustawiam się naprzeciwko niej.
 *N*
 Unoszę powoli wzrok. Na jego widok przechodzi mnie dziwny dreszcz. Coś mnie kusi, żeby do niego podejść, wtulić się w jego sierść. Jednak nie mogę tego zrobić. Po prostu nie mogę.
*R*
 Nie chce mi odpowiedzieć. Nie zmuszę jej.
- Scott na mnie czeka. Na nas czeka. Proszę. Chodź ze mną - zachęcam. Potrzebuję jej. Nie wiem. Za cholerę nie wiem dlaczego.
*N*
- Bo co? - Pytam z niedowierzaniem. - To nie mój szczeniak! Ty go wziąłeś!
 Żałuję z jakiegoś powodu tych słów. Pierwszy raz nie chcę być taka.
*R*
- Nag... potrzebuję... on ciebie potrzebuje. Pomóż mi dać mu dom. On myśli, ze odnajdzie rodziców, ale... nawet jesli, to chcę, żeby miał tu dobrze. Proszę.
*N*
- Jako Alfa mogę go przyjąć do sfory. Ale nie do siebie.
*R*
- Ech, żeś się uparła... Jakoś damy radę.
*N*
- Ty dasz - mruczę. Ale wiem, że nie mam wyjścia. Zajmę się nim razem z Rosso, ale tylko on da radę.
*R*
- Chodź. Ezi...
*N*
- Nie mów tak do mnie. Muszę już znosić tego cholernego malca - mruczę, kierując się w stronę pola, na którym pewnie czeka Scott.

CDN

poniedziałek, 20 lipca 2015

Od Nageezi - CD historii Rosso

 Nie rozumiała, co w tym fajnego. Nie widziała sensu tej zabawy, ani jej celu. Ale coś jej kazało. Nie mogła się nie bawić, jest Alfą, tak..? Nabrała powietrza, próbując uspokoić oddech. Podeszła do Scott'a i Rosso, śmiejących się w najlepsze. Co w tym śmiesznego? Nie miała pojęcia. Ross popatrzył na nią. Uśmiechał się. Dała się wciągnąć, dała szansę. Pozwoliła mu się lubić. Ona zaczęła lubić tę ofiarę losu. Nie mogła oderwać od niego wzroku. Uśmiechała się, jak on. Przez chwilę patrzyli na siebie.
 Nie.
 Kochać to niszczyć.
 Nakazała się sobie obrócić i odejść. Tak zrobiła. Nie patrzyła już na charta, nie obchodził jej przecież. Po co znać ten wyraz pyska, dlaczego ma ją on w ogóle obchodzić? Dlaczego?...
 Rosso coś zawołał, ale ona biegła. Coraz szybciej, sadziła coraz większe susy. Niczym sarna, do której była porównywana, która uciekała przed myśliwskimi psami. Do samotności, która była jej przeznaczona.

Rosso? Sorry, poznaj Nageezi ;)

Od Nageezi - CD historii Rosso

- Gdzież to tak spieszno?
 Nageezi patrzyła na charta, który niemalże na nią wpadł z rozbiegu. Nie było to przychylne spojrzenie.
- Bawię ze Scottem - odpowiedział nieco speszony nagłym spotkaniem.
- Kim? - Twarz wilczycy jasno stwierdzała, że imię Scott nic jej nie mówi. Nic a nic.
- Małym szczeniaczkiem, tym, którego ostatnio znaleźliśmy...
- Ty znalazłeś. Nazwałeś go Scott? Cóż, nie najgorsze imię, ale...
- On się już tak nazywał - Rosso zdawał się być coraz bardziej przybity do podłogi. Jego niepewność wręcz irytowała suczkę.
- Okay - zmrużyła oczy. - Jesteś wielce świadomy, że nie będę się z wami bawić. To ja może już pójdę.
- Nie - Rosso odpowiedział niemal od razu. - To teraz też twój szczeniak i masz się z nami bawić.
- Ty mi rozkazujesz? - To nie było szydzące pytanie, pobrzmiewało w nim tylko zdziwienie.
- Tak - Ros podkulił uszy, zdawał się sam być zdziwiony. Szczeniak, pomyślała wilczyca, przerośnięty, nienajmądrzejszy szczeniak.
- Zdajesz sobie sprawę, że jestem Alfą? Nie powinnam bawić szczeniaków.
- Właściwie nawet na odwrót, powinnaś dbać o swoich.
- Co ty tam wiesz? Mam inne obowiązki.
- Hm? Ciekawe jakie?
- Debil - mruknęła tak cicho, że pies nie tego nie usłyszał. Po czym dodała głośniej: W życiu bym nie powiedziała, że będę mieć z tobą szczenię.
 W tym momencie Scott dobiegł do nich. Chciał coś zawołać, ale zobaczył Nageezi. Podkulił ogon, niepewny zachowań suczki.
- Czyli...? - Zaczęła, niewiedząc jak sformułować pytanie. Była pełna niedowierzania, że chce je zadać. - Jak... Co mam robić?

Rosso? :3

niedziela, 31 maja 2015

Od Nageezi - CD historii Rosso

 Mały, biały szczeniak starał się dotrzymać samicy kroku. Ta miała cichą nadzieję, że jednak nie da rady i zostanie gdzieś w lesie. Ale był to malec na terenie SPG, której jest... Alfą. Jakkolwiek by nie było, jest Alfą tej sfory i musi bać o dobro innych. Cały czas przeklina dzień, w którym Hockey ją opuścił. On byłby tutaj przywódcą, ona tylko musiałaby się piliwać i nikogo nie zabić, czasem pojawić się na jakimś spotkaniu. Nic więcej.
- Ruszaj się! - Warknęła, rozzłoszczona przez swoje myśli. 
Malec był przerażony i wyraźnie marzył, by stamtąd zniknąć. Ale los nie był dlań łaskawy.
 Dotarli do jaskini Nageezi. Suczka wpadła tam, średnio zwracając uwagę na malucha. Niepewnie wszedł za nią. Położył się w rogu, kiedy samica ponownie wybiegła. Nie miał pojęcia, co robić, ale jej to nie obchodziło. Wilczyca skierowała się do groty medyków. Była przystosowana do dłuższych biegów, nie miała nic lepszego do roboty w ostatnim czasie. 
 Po pokonaniu kilku kilometrów, dotarła na miejsce. Jak się spodziewała, zastała tam Casey. Buhundka od razu ją spostrzegła i nieco zdziwiona podbiegła do niej.
- Coś się stało? - Spytała. - Normalnie tu nie przychodzisz. Nawet jak coś ci się stanie, więc to musi być poważne.
- Chodzi o szczeniaka - wycedziła Nageezi. Dziwnie to brzmiało w jej ustach.
- Szczeniaka? - Casey była jeszcze bardziej zdziwiona niż przed chwilą. - Jakiego?
- Rosso wyczaił jakieś bydle pod jego norą. Tylko jest problem, bo nie ma się nim kto zająć. Powiedział, że może je zabrać jutro, tylko gdzieś musi przenocować.

Casey?

środa, 27 maja 2015

Nageezi dorosła!

Alfa stała się Alfą na dobre. Wprawdzie jej charakter jest trudny i zdecydowanie nie pasuje do jej stanowiska, ale musi sobie jakoś poradzić, a Wy pogodzić. Zobaczymy, co dalej.



 Imię: Nageezi
Płeć: Samica
Wiek: 2 lata
Rasa: Wilk grzywiasty
Głos: Kadebostany - Crazy in Love
Stanowisko: Norowiec, była samica Alfa
Partner: Niet. 
Młode: Brak.
Rodzina: 
 Matka: Tavare
• Ojciec: Favaru
• Przybrany ojciec: Hockey
Urodziny: 15 dzień zimy
Sektor: Fallendeer
Cechy: Warto zacząć od tego, że Nageezi nigdy nie chciała być Alfą. Nie nadaje się do tego i jest tego w pełni świadoma. To totalne przeciwieństwo Hockey'a - byłego przywódcy sfory i przybranego ojca Ezi. O ile on był miłym, pracowitym i oddanym psem, młoda wilczyca jest opryskliwą, samolubną i samotną postacią. Los innych nie jest jej szczególnie bliski. W ogóle najchętniej by się nimi nie przejmowała, gdyby nie jej stanowisko. Pomaga innym, bo m u s i. Może jest nieźle wychowana, ale nie używa zwrotów grzecznościowych. Tylko w wersji sarkastycznej, rzadko kiedy rzuci szczere "dzięki". Ale i ono nie jest do końca prawdziwe.
Ezi woli samotność dużo bardziej niż towarzystwo jakiegokolwiek psa. Nie oznacza to jednak, że nie ma przyjaciół, choć tak mogłoby się zdawać. Ale dla niej przyjaciel to pies, który będzie towarzyszył jej w milczeniu, a nie ktoś, kto zawsze będzie miał coś do powiedzenia. Nie jest oczywiście łatwo zająć tak wysoką rangę wśród jej znajomych. Nie dopuszcza do siebie innych - powiedziałeś, co musiałeś - spadaj.
Ona nie kryje swoich myśli. Nie podobasz jej się pod jakimkolwiek względem - ona ci o tym powie. Nie boi się śmiać z innych. Nie lubi bronić słabszych. Sama siebie ma za ofiarę losu.
I teraz właśnie poruszona została najważniejsza kwestia. Pod przykrywką chamskiej suki Nageezi jest inna. Ale nie spodziewajcie się, że jest miła i czeka aż ktoś ją pokocha. Nie. Jest jeszcze bardziej aspołeczna i niemiła. Ale ona się boi. Boi się wszystkich i wszystkiego. Tak naprawdę oddałaby wszystko, dosłownie wszystko, aby poznać swoją przeszłość. By wiedzieć, kim jest i co zrobiła źle. By poznać swoich rodziców.
Nageezi broni się sarkazmem. Odkąd straciła Hockey'a nie wierzy już w nic, w żadną przyszłość. Robi, co musi, bo i tak nie ma lepszej opcji. Ufa może dwóm psom, ale i tak nie w 100%. I nigdy, ale to nigdy nie zdradzi nikomu swojego wewnętrznego ja. Można się domyśleć, jaka jest. Ale nigdy się do tego nie przyzna.
Zaznaczę na koniec, aby wszystkim wbiło się to w pamięć: Nageezi nie jest miła.
Historia: Rodzice Nageezi byli dzikimi zwierzętami. Żyli w południowej Brazylii i jako zagrożony gatunek byli chrapką dla myśliwych. Ta parka była śledzona już przez dłuższy czas. Gdy Tavare zaszła w ciążę, została schwytana, a ojciec zastrzelony. Jego skórę sprzedano na czarnym rynku, jak i resztę ciała. Jednakże Tavare wywieziono na inny kontynent, gdzieś do Europy, aby następnie sprzedać ją tam drożej. Po drodze zrozpaczoną samicę przejęła ochrona zwierząt. Ciężarna wilczyca trafiła do zoo, gdzie spokojnie się oszczeniła. Urodziła trójkę młodych. Niestety, przeżyła tylko jedna mała sunia. Miała dorastać w zoo i pomóc przetrwać gatunkowi. Ale nie może być zbyt prosto - gdy młoda miała parę dni, skradziono ją w środku nocy. Mimo poszukiwań, nie udało się namierzyć sprawcy. 
A był nim człowiek, któremu zależało na pieniądzach bardziej niż ba czymkolwiek innym. Po wielu próbach zarobienia w legalny sposób, odważył się na następny krok. Po tym występku jego żona postanowiła go zostawić. Wbrew pozorom ją kochał i próbował walczyć o to, aby z nim została. Biedna Nageezi dopiero otworzyła oczy, kiedy po kryjomu kobieta wyrzuciła ją gdzieś w lesie. Odnalazła ją wilczyca, klasyczna, jaką wszyscy zapewne znamy. Samica ta zaopiekowała się nią przez kilka dni, po czym zostawiła na środku lasu po tym, jak jej wataha ją wyśmiała. Nageezi od zawsze miała pecha. Zdarzyło się tak, że próbując wrócić do wilczycy, wpadła do rzeki. Była już zima, ale rwący nurt nie pozwolił jej zamarznąć całkowicie. Szczeniak powinien był zginąć, jednak woda wyrzuciła ją na brzeg. Cudem się ocknęła i wyruszyła w dalszą podróż, nie bardzo cokolwiek pamiętając. Następnej nocy odnalazł ją Hockey i postanowił się nią zająć...
Nick na howrse.pl i/lub mail: Siwa klacz/learial

wtorek, 10 marca 2015

Od Nageezi - CD historii Rosso

 Samica wybałuszyła oczy, omal się nie krztusząc. Patrzyła na charta, jakby ten zaproponował jej wycieczkę do piekła.
- Że co, słucham? - Spytała przez zęby. O nie, tego było o wiele za dużo. Nie dość, że w ogóle poprosił ją o zaopiekowanie się i s t o t ą  n i ż s z ą, to jeszcze każe mu to coś zabrać ze sobą? Chyba mu nie zależy na tym szczenięciu. - Lepiej od razu rzuć to w wir wojny. 
- Ezi, proszę... 
- Nie. Sorry, ale mam swoje zajęcia. Jakbyś nie zauważył, trwa wojna. A ja jestem Alfą - ostatnie słowo wypowiedziała niemal z obrzydzeniem.
- A ja mam swoje szalone rodzeństwo, moja matka ma depresję, a ojciec nie żyje.
- Ja swoich rodziców nie poznałam, a mój przybrany tatuś postanowił nas opuścić, nawet mi o tym nie mówiąc. Chcesz się licytować?
- Dobra. Mam pomysł.
- Już się boję - przewróciła oczami.
- Biorę to.. - przygryzł wargę - jego dzisiaj, a jutro zabierzesz go ty.
- No proszę, geniusz strategii się znalazł. Lepiej idź pomóc swojej rodzince. Wezmę to cholerstwo do siebie, sprzedam je na noc Casey i lekarzom. 
- Ezi...
- Przestań tak do mnie mówić! I tak masz u mnie cholerny dług. 
 Pies uśmiechnął się tylko w odpowiedzi, po czym przeniósł wzrok na młodzika. Ten stał pod krzakami i cały trząsł się ze strachu i zimna. 
- Dzisiaj pójdziesz z ciocią, dobrze? - Odezwał się swoim niskim, spokojnym głosem. Młody spojrzał na niego, potem na wilczycę, a następnie skulił się jeszcze bardziej. Pokiwał jednak głową.
- Rosso - suczka wyprostowała się, z odrazą spoglądając na szczenię. - Życz mu powodzenia. I weź, zajmij się trochę tym cholernym stanem wojennym. Ta wojna już dobiega końca, a ja tego nie udźwignę.
- Ok. Pójdę do Farta, a ty zajmij się Casey.
 Pokiwała głową w odpowiedzi. Potem odwróciła się na pięcie i odeszła.
- Ekhem - rozległo się z tyłu. - Nie zapomniałaś czegoś?
 Nageezi westchnęła, spuszczając łeb.
- Nigdy nie będę mieć chwili spokoju. A mogłam tu, cholera jasna, nie przychodzić.

Rosso? 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Od Nageezi - CD historii Mściciela

 Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Pies wszedł właśnie na obiad... Gorzej, on się przyjaźnił z obiadem. Klacz, zwana przez niego Eris, zachowywała się w stosunku do niego potulnie. Wstała powoli, a Mściciel balansował ostrożnie, by utrzymać równowagę. Gdy zwierzyna się wyprostowała, czułam się naprawdę mała. Sięgałam jej ledwo do brzucha.
- I co? - Spytałam. - Masz teraz zamiar na niej jeździć? Tak po prostu?
- Tak po prostu - odparł z lekkim uśmiechem.
- Jak sobie chcesz...
 Wycofałam się trochę, robiąc miejsce klaczy. Ominęła mnie, nieco przyspieszając. Nadal obserwowałam uważnie zachowanie obojga, cały czas mając niewyraźną minę. Jak on mógł dosiąść obiadu. Ta myśl górowała ponad wszystko inne.
 Nagle klacz ruszyła szybciej. Odruchowo postawiłam krok w tył.
- Hah, jasne - rzuciłam.
 Szczeniak zdawał się być szczęśliwy z koniem. Ale postanowiłam darować sobie złośliwy komentarz, zostawiając go dla siebie. Zamiast tego zapytałam:
- Jak to się stało? No wiesz, że... przyjaźnisz się z klaczą?

Mściciel?

niedziela, 1 lutego 2015

Od Nageezi - CD historii Nixy

 Śmieją się z jego imienia?, pomyślałam. Ciekawe dlaczego?
- Mściciel... - Uniosłam wzrok, udając zamyślenie. - Rzeczywiście, rozmawialiśmy. Muszę przyznać, że spędziliśmy całkiem miło czas. Naprawdę nie wiem, o co mu chodzi - podniosłam się, chcąc zakończyć tę rozmowę. Niestety, przeliczyłam się. Suczka zatrzymała mnie od razu.
- Na pewno? - Zapytała dość wymownym tonem.
- Na stówę - odpowiedziałam twardo. - Mogę udzielić jakiś innych, niezbędnych do życia informacji?  - Dodałam, kierując łeb w jej stronę.

Nixa? Wybacz, że takie krótkie, jeszcze nie wczułam się dobrze w Nageezi ;)

Od Nageezi - CD historii Rosso

 Samica stała nad wejściem do nory niegdysiejszych Bet. Przylazła tu, bo i tak nie miała gdzie się podziać, a tu jeszcze się nie upewniła, czy nikt nie spał. Bo wszędzie indziej dało się słychać chrapanie. Zastała miłą niespodziankę.
 Chart obrócił się w jej stronę z błagalnym wręcz wyrazem pyska. Czyżby przewidział, że Nageezi nie zamierza potraktować tego w sposób niezwykły? Wprawdzie Rosso znał ją całkiem dobrze... więc wiedział, że jeżeli ona szuka towarzystwa (bo co mogłaby tu robić?), to nie wróży niczego dobrego. Samica zeskoczyła i przystanęła obok salukiego.
- Co to jest? - Zadała kolejne pytanie, gdy nie otrzymała na poprzednie odpowiedzi.
- Szczeniak. Nageezi, to jest tylko mały szczeniak...
- Może mały, może szczeniak, ale to wciąż pies - odburknęła. Nachyliła się nad malcem. Ten był już bliski płaczu. - Powinniśmy go oddać.
- Komu? - Przeraził się Rosso.
- Nie wiem. Na przykład ludziom. Oni lubią szczenięcia.
- Zwariowałaś? Powinniśmy się nim zająć.
 W jednym momencie samica odwróciła się na pięcie.
- Ty znalazłeś, twój problem.
 Chart walczył ze sobą przez sekundę, po czym zagrodził wilczycy drogę. Sam się zdziwił swoją pewnością.
- O nie, tym razem się tak łatwo nie wywiniesz - słowa wyszły z jego pyska z taką łatwością, że sam się nie mógł nadziwić. Dodało mu to wewnętrznej siły.
- Serio tego chcesz? - Odpowiedziała mu szczerze Nageezi.
- To ci dobrze zrobi.
- Ale nie tobie i mu.
- Dasz radę.
 Suka zerknęła z ukosa na malca. Skulony, wyraźnie szykował się do ucieczki. Głupi, pomyślała. Gdybym chciała, mogłabym go zabić jednym kłapnięciem zębów. Ucieczka by nie pomogła.
 Ale coś nakazało jej się zgodzić. Nawet, jeżeli była to wewnętrzna duma, pokiwała głową.
- Dobrze - zobaczyła radość w oczach psa. - Ale nie biorę żadnej odpowiedzialności za to, co się w konsekwencji wydarzy. - Wyraz pyska charta nie uległ zmianie. - Nie ręczę za siebie.

Rosso? 

Od Nageezi - CD historii Mściciela

 Spojrzałam na psa, a potem na upolowaną przez niego zdobycz. Musiałam przyznać, że trochę mnie zadziwił, zdecydowanie nie spodziewałabym się takiej akcji po kimś jego wielkości. Jak zwykle też, ukryłam to pod maską obojętności.
 Natomiast w odpowiedzi na pytanie, uśmiechnęłam się.
- Mój drogi, ptaki zajmują szczytowe miejsce w moim menu.
 Chwyciłam za grzbiet ofiary, przytrzymując ją łapą i oderwałam kawałek. Ze smakiem go przełknęłam. Ptak był całkiem spory, ale ja też do najmniejszych nie należałam, więc jego fragment nie mógł mi wystarczyć na cały dzień. Odstawiłam ten kłopot na później, mając w planach jeszcze dziś wybrać się na łowy na większą zwierzynę. Ale to później.
 Mściciel też zaczął pałaszować upolowaną zwierzynę. Śmiesznie to wyglądało. Miał wygląd typowego szczenięcia, ale poza tym był dorosłym psem. Wszystko - charakter, umiejętności, sposób mówienia, a nawet miny nie miały nic wspólnego z młodym psiakiem.
- Cieszę, że nie jestem jedyny - powiedział po chwili.
- Hm?
- Że nie jestem jedyny, który lubi ptasie mięso. Niektórzy uważają to za dziwne.
- Niektórzy uważają mnie za dziwną.
 Spojrzał na mnie jakby pytająco. Choć zdążył się już przekonać, że najzwyklejsza to ja nie jestem.
- Może jesteś odrobinę wredna.
- Nie jestem wredna - zmrużyłam oczy - tylko szczera do bólu. Mówię, co myślę.

Mściciel? Trochu nie wiedziałam, jak to dalej potoczyć...

sobota, 31 stycznia 2015

Od Nageezi - CD historii Mściciela

- Casey, powiesz mi w końcu gdzie jest Hockey? - Spytałam, stając obok suczki, która właśnie przyrządzała jakieś leki. Tłumaczyła, że zielarze mają teraz więcej roboty nawet od niej, a chce trochę odpocząć od widoku krwi i bólu.
 Gdy się pierwszy raz spotkałyśmy, wydawała mi się taka duża. A teraz patrzyłam na nią z góry. Wszystkich dziwił mój wzrost, nikt nie miał pojęcia, kim jestem. Prawda jest taka, że przez mój wygląd, wzrost i budowę w jednym, w niczym nie przypominałam reszty. Dlatego czułam się nieco wykluczona.
- Casey? - Spytałam ponownie. - Czy on... nie żyje?
 Suczka nie chciała mi powiedzieć, o co chodzi. Zawsze milczała, gdy o to pytałam, albo odpowiadała krótko. W każdym razie, upierała się, że żyje. Jednak jej smutek nie dawał mi spokoju. Coś musiał znaczyć.
- Ech... - Westchnęła i spojrzała na mnie. - Na pewno żyje.
 I powróciła do swoich zadań.
- Casey... - wyjrzałam przez otwór w ścianie, służący jako okno i wyjście ewakuacyjne, na wiosenny świat. Pierwsza wiosna w moim życiu. A przynajmniej pierwsza, jaką zapamiętam... Oby. - Idę na spacer.
- Nageezi, nie wiem, czy to...
 Nie dałam jej skończyć. Nieodwracając się za siebie, wyszłam. Dokładnie przez wyjście ewakuacyjne. Z trudem się przez nie przeciskając, wydostałam się z norki. Suczka nawet mnie nie zatrzymywała.
 Potruchtalam przed siebie. Znajdowałam się w części bezpieczniejszej, bo pilnie strzeżonej, a i tak po powstaniu (o ile można tak to nazwać...) wszystko trochę ucichło. Wilki pewnie szykowały się do ostatecznego starcia, podobnie do nas. Zwłaszcza po tej ich stracie. Ale to nie moja działka.
 Wojna trwała, więc mimo wszystko wszędzie było cicho. Wszyscy byli zajęci. Szczenięta w większości przesiadywały u opiekunów, czasem rodziców. Często też walczyły u ich boków. Ja, jako młoda samica Alfa, byłam pilnie strzeżona, póki nie miałam obejmować tego stanowiska w pełni. A to, że teraz się wyrwałam spod kontroli, to zasługa ciszy przed burzą. Niby wilki mogły w każdej chwili zaatakować, ale teraz byłby to najgłupszy moment.
 Las urwał się nagle. Nie biegłam już przez gęstwiny drzew, tylko znajdowałam się na otwartej przestrzeni. Zwolniłam od razu. Po pierwsze, bieg przestał mieć już sens, po drugie zaskoczyła mnie obecność kogoś na środku pola. Kogoś, a konkretnie szczenięcia. I to samego. Założyłam, że pewnie się zgubił. Podbiegłam do niego, ostatnie kroki stawiając wolniej. Ledwo zauważalnie spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział.
- Witaj - odezwałam się. Łypnął na mnie tylko okiem. - Nie przeszkadzam? - Położyłam się obok niego, po czym wyciągnęłam jak kot, niedając psu odpowiedzieć. - Oczywiście, że przeszkadzam. Ale mówi się trudno.
- Kim jesteś? - Zapytał cicho, prawie obojętnie. Mój nietypowy wygląd jednak robił swoje i mogłam zauważyć lekką niepewność w oczach mego towarzysza.
- Nageezi. To moje imię. - Postanowiłam darować sobie fakt, że jestem młodą Alfą. Jesli tego nie wie, niech tak pozostanie.
- Mściciel. - Odparł.
- Imię? - Uniosłam brew. Z trudem pohamowałam śmiech.
- Nie podoba się? - Odburknął.
- Cóż, mówi się, że trzeba uważać, jak nazywa się szczeniaka, bo to decyduje o jego późniejszym charakterze. Mściciel... ech, tu nie trzeba dużo mówić. Twoi rodzice mieli fantazję.
- Doprawdy? Cóż więc znaczy twoje imię? - Pytania nie zadał bynajmniej wykazując ciekawość. Olał po prostu ostatnią część mojej wypowiedzi i odpowiedział mi... no, po prostu mi odpowiedział.
- Nic. Dlatego jest bezpieczne. Albo... albo wyrośnie ze mnie "nic". Znając siebie obstawiałabym drugą opcję.
 Mściciel zerknął na mnie z ukosa. Moja obecność pewnie mu nie odpowiadała. Prawda jest taka, że ja sama też nie wiedziałam, dlaczego z nim rozmawiam. Może najzwyczajniej w świecie, trochę brakowało mi towarzystwa...? Kogoś, kto nie jest ode mnie starszy?

Mściciel? Trochu się rozpisałam :P

niedziela, 25 stycznia 2015

Od Nageezi - CD historii Filipa

 Patrzyłam na Filipa beznamiętnie. Powinnam cierpieć, zwłaszcza niewiedząc nic o własnej przeszłości. Powinnam teraz podkulić ogon i zalać się łzami. Powinien mnie oblecieć strach. A jednak tak nie było. Uniosłam się i nadal patrzyłam przed siebie, na siedzącego tam dalmatyńczyka. Mogłabym tak patrzeć nadal, ale mimo tego, że przerażenie zaczęło mnie opuszczać, że zadomowiłam się już tutaj, pragnęłam wiedzieć co było przedtem. Zanim obudziłam się w rzecze i spotkałam Hockey'a. 
- Skąd to wiesz? - Odezwałam się w końcu.
- Że Hockey to nie twój prawdziwy tata? Słysz... -
- Nie. Że rodzice mnie porzucili.
 Filip popatrzył na mnie zdezorientowany. Być może to tylko mój obojętny ton go zadziwił, jednak czułam, że chodziło o coś więcej. 
- To oczywiste. Jak inaczej byś się tu znalazła?
 Patrzyłam na niego dłuższą chwilę. Może miał rację? Może to rzeczywiście tak oczywiste? Porzucili mnie gdzieś w lesie, a ja wpadłam do rzeki, albo moze raczej zostałam wrzucona... 
- Mimo wszystko pozbyli się ciebie. A ty musisz sobie radzić sama. Co z tego, że masz Hockey'a, skoro nie jest z tobą nawet spokrewniony?
- Nie musi - odpowiedziałam krótko, po czym odwróciłam się i zrobiłam coś, czego bym się po sobie nigdy nie spodziewała - dołączyłam do zabawy w ganianego dwóch suczek z miotu Jessy.

Filip?

sobota, 17 stycznia 2015

Od Nageezi - CD historii Filipa

 Nie jestem towarzyska. Mogę to zgóry przyznać. Nie czuję się pewnie w towarzystwie nowych psów, zawsze panikuję, a jesli jestem spokojna, to tylko pod nogami Hockey'a. On jest jedyną osobą, której ufam. Oprócz niego, w sforze są jeszcze dwa psy, które toleruję. Nie ufam im, ale je toleruję, bo i one, i Hockey, pokazali mi, że nie muszę się ich obawiać. Zresztą, jak Hockey gdzieś idzie, a idzie bardzo często, bo tutaj jest przywódcą, to zostaję w ich towarzystwie. Tymi osobami są Casey i Jessy. Jedynym minusem Jessy jest fakt, że ma rodzinę. Wiem, jak to brzmi, ale to naprawdę nie jest nic dobrego. Zawsze gdy u niej przebywam, muszę spędzać czas z jej potomstwem, którego jest troszkę za dużo. Jessy pomaga mi jak może, choć często i ona musi zrobic coś innego. Wtedy zostaję z Jasonem. Z nim i maluchami. On niby też mi stara się pomóc, ale nie czuję się przy nim bezpiecznie.
 Wśród szczeniąt są te, z którymi czasem poprzeciągam sznurek, te które tylko widuję i te, przed którymi chronię się jak mogę, a jak na nie wpadnę, to zaczyna się wojna. Jednym z tych ostatnich jest właśnie Filip. Nie lubię go i nigdy nie lubiłam. Zawsze gdy nadarza się okazja, wykorzystuję to i robię mu psikusa. Mogę wykorzystać fakt, że jestem większa. Tak zazwyczaj robię.
- Wojna się jeszcze nie skończyła... - szepnął, przechodząc obok.
 Zmroziłam go wzrokiem.
- Dopiero się zaczyna - odpowiedziałam.
 Irytował mnie całym sobą. Tym jak się zachowywał, jak się śmiał, tym co mówił. Był, i to było najgorsze.
 Poczłapał do Jasona, a Hockey stojący obok spojrzał na mnie wymownie. Jego wzrok zdecydowanie mówił, że pora iść. Nie to że coś, ale właśnie na to czekałam. Zamerdałam ogonkiem, podbiegając do niego, nawet bez pożegnania. On natomiast pokiwał do Jasona głową, a do szczeniaków rzucił "cześć" z dużym uśmiechem. Potem wyszliśmy. Szliśmy w ciszy, ale nie była ona niezręczna. Tak po prostu lubiliśmy. Z uśmiechem rozglądaliśmy się po okolicy, co jakiś czas zerkając na siebie. Tak niby po kryjomu, niby nic... A potem któreś zaczyna chichotać. Drugie z nas mu zaczyna wtórować, aż z śmiechem ruszamy biegiem i zaczynamy się bawić. Trochę się przepychamy, turlamy, wpadamy w liście, w kałuże, kwiatki, śnieg. Zależy. Tym razem też tak było. Wybuchliśmy śmiechem i ruszylismy przed siebie szybciej. Zberkowałam Hockey'a, a on pobiegł za mną. Chwilę się poganialiśmy, poturlaliśmy się po kałużach, liściach... Było fajnie, jak zawsze. Gdy się przewróciłam w liście, a on spojrzał na mnie z taką miłą miną... Pomyślałam, że to dobra okazja.
- Mogę... - zaczęłam - mówić do ciebie "tato"?
 Hockey uśmiechnął się szczerze.
- Tak, jasne... - był jakby lekko zdziwiony, ale wesoły.
 Od tej pory staliśmy się rodziną. Taką prawie prawdziwą. Nigdy wcześniej nie byłam tak szczęśliwa...

 Następnego dnia rano Hockey musiał wyjść dużo wcześniej niż zwykle. Dzisiaj miał być "wielki dzień", jak to wszyscy dorośli mówili. Więc ja jak zwykle musiałam iść do Jasona i Jessy, a także szczeniaków...
 - Cześć, Nageezi - uśmiechnęła się suczka.
 Kiwnęłam głową. Szczeniaki były zajęte zabawą... ale mina Filipa świadczyła o tym, że mnie zauważył. I coś planował...

Filip?