Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fairchild. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fairchild. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 czerwca 2014

Kot Wędrowny!

Wędrowcy powracają, a raczej przemijają. Kończy się już termin, w jakim można je gościć, więc radzę się spieszyć... 

Imię: Lander
Płeć: Samiec
Wiek: 634 lata
Rodzaj: Kot Specjalny
Krótki opis: Mimo tego, że jego wzrok wydaje się mówić wszystko, Lander jest bardzo tajemniczy i opanował zdolność skrywana uczuć na wysokim poziomie. Łatwo go mylnie osądzić o wiele i kompletnie zgubić się w rozmowie z nim. Uwielbia polować, ale... boi się wody. Niby to takie oczywiste... Ale jednak - Lander nie boi się byle czego, chętnie wejdzie do jeziora, czy kałuży - gorzej, gdy zacznie padać...
Uwagi: 
- Gdy pada, zaczyna panikować.
Okres pobytu: 15 dni 
Pies: Fairchild

czwartek, 19 czerwca 2014

Od Fairchild - Quest III "Zupa"

Całą ostatnią noc patrolowałam granice Fallendeer w poszukiwaniu jakiś niepokojących sygnałów lub dziwnych kształtów, na szczęście nic takiego nie zobaczyłam. Szczęśliwa, że mój obchód zakończył się sukcesem, marząc o ciepłym posłaniu i czymś dobrym do zjedzenia, powlokłam się do domu. W połowie drogi usłyszałam, że ktoś mnie woła. Westchnęłam niezadowolona, ale odwróciłam się posłusznie i całe szczęście. Kilka kroków za mną stał Hockey.
-Co się stało? – zapytałam, uśmiechając się mimo beznadziejnego samopoczucia.
-Nie chcę przeszkadzać, chyba jesteś padnięta, ale jutro odwiedzę cię w domu. Musimy o czymś porozmawiać. – odpowiedział przyjaźnie, tak że nie mogłam na niego nakrzyczeć.
-Oczywiście. – mruknęłam.
Odczekałam aż Hockey odejdzie, a później z irytacją zaryłam łapami o ziemię. Nie chodzi o to, że nie lubię naszego Alfy, ani że nie chcę go przyjąć. Po prostu byłam tak zmęczona… Niestety, w moim domu panował tak straszliwy bałagan, że gdy tylko przekroczyłam jego próg, nawet nie zdążyłam zrobić sobie tak pożądanej drzemki. Odetchnęłam głęboko kilka razy, wypiłam kawę i zaczęłam przewracać dom do góry nogami. Zaczęłam od wystawienia wszystkich mebli, wyszorowałam dokładnie podłogę, umyłam ściany, później również zabrudzone okna. Nie mogłam zrozumieć, kiedy moje mieszkanie zmieniło się w taki chlew? Gdy nastał wieczór nie miałam zrobionej nawet połowy, a byłam brudna, lepiąca się od potu, zmęczona i potwornie bolały mnie łapy. Chciałam jednak zrobić jak najlepsze wrażenie i nie ustawałam w gruntownych porządkach. Godziny mijały, początkowy zachód słońca wkrótce zmienił się w noc i nawet się nie obejrzałam, a zobaczyłam pierwsze promienie słońca. Wraz z nimi wszystkie pokoje zalśniły niczym ogromne lustro. Odetchnęłam z ulgą, napawając się cudownym widokiem odmienionego domu. Zrobiłam sobie wreszcie coś do jedzenia, lecz nie dane było mi skosztować śniadania. Sekundę po tym jak siadłam na krześle trafiłam pyskiem w talerz i zasnęłam.
-Halo! – usłyszałam zniecierpliwiony głos za drzwiami, wybudzając mnie ze snu. Nie sprawiło to jednak, że poczułam się mniej zmęczona niż… no właśnie, która jest godzina? Po sprawdzeniu zegarka okazało się, że było koło 11. Spałam całe 20 minut! 
-Tak? – otwarłam drzwi. Stała w nich Sasza, merdając ogonem.
-Hej, nareszcie. Słyszałam, że ma do ciebie dzisiaj przyjść Hockey, a wiesz, słyszałam gdzieś, że podobno on lubi jakąś specjalną zupę i mam nawet na nią przepis. Możesz ją ugotować jeśli… Ale ty okropnie wyglądasz. Spałaś w ogóle? – zapytała nagle, przerywając swój słowotok 
Uśmiechnęłam się niemrawo i starałam się skinąć głową. Wywołało to u mnie lekkie zawroty głowy, tak że musiałam podeprzeć się ściany, więc zrezygnowałam z wysiłków. 
-To świetnie! – zakrzyknęłam z „ogromnym” entuzjazmem. – Podasz mi ten przepis? 
-Oczywiście. Więc notuj. – poleciła Sasza, nadal stojąc w drzwiach. – Ta zupa nazywa się Tom Ka Gai, jakaś taka orientalna. Potrzebujesz mięsa z kurczaka, sos rybny, rozgnieciony imbir, kurkumy, pieprzu cayenne, mleka kokosowego… - dyktowała, przyprawiając mnie o jeszcze silniejsze zawroty głowy.
Gdy pożegnałyśmy się, okazało się, że zostało mi mniej niż dwie godziny do przyjścia Hockeya, a ja mam na liście 20 składników, z czego pięciu nawet nie znam! Na szybko wepchnęłam w siebie zimną jajecznicę, na wszelki wypadek uprzątnęłam wszystkie talerze i walcząc z wrzechogarniającą sennością pobiegłam po składniki. Najpierw załatwiłam wszystkie roślinne składniki, o niektóre dopytując się przyjaciół ze sfory. Największy problem był ze znalezieniem pieprzu cayenne, czy jak on się nazywa. Nikt nie wiedział gdzie on może rosnąć, a ja bałam się sięgnąć po najzwyklejszy pieprz, aby nie zepsuć smaku zupy. Przeszłam wszystkie tereny i na żadnym z nich nie widziałam podobnego cuda. W końcu zrezygnowałam z poszukiwań, na rzecz zwykłej przyprawy. Kolejny problem nastąpił przy polowaniu na kurczaka. Oczywiście, że robiłam to już miliony razy, ale nigdy w takim stanie jak dzisiaj. Byłam tak potwornie zmęczona i rozkojarzona, że podczas pierwszego podejścia po prostu zasnęłam, czając się w krzakach, później albo nie zauważyłam ptaka przebiegającego tuż przy mnie albo po prostu za wolno rzucałam się na ofiarę. Po wielu, wielu próbach wreszcie udało mi się upolować… najmniejszego, najchudszego i najbrzydszego kurczaka jakiego w życiu widziałam. Westchnęłam zrezygnowana, lecz byłam jednocześnie zadowolona, że udało mi się zebrać wszystkie składniki. Z nową energią pobiegłam do domu, wstawiłam zupę i czekałam na gościa. Po pięciu minutach… no chyba każdy wie co się stało. Tak, dobrze myślicie. Zasnęłam. 
-Pozwoliłem sobie wejść. – usłyszałam głos przy swoim uchu i skoczyłam na równe nogi. Obok mnie stał Hockey, uśmiechając się przyjaźnie. 
-Przepraszam cię bardzo! Już wszystko przygotowuję, obyś nie był na mnie zły. Nie jesteś, prawda? – trajkotałam, równocześnie nakrywając do stołu i nalewając zupę.-
-Oczywiście, że nie. Przecież każdemu zdarza się czasem przysnąć. – zaśmiał się, rozładowując napiętą jak struna atmosferę.
-To jest zupa, którą podobno bardzo lubisz. – powiedziałam po chwili milczenia, stawiając miskę przed Alfą, a drugą kładąc po przeciwnej stronie, dla siebie.
Pies powąchał prawie niezauważalnie danie i uśmiechnął się z zadowoleniem. Odetchnęłam z ulgą. Bałam się, że ucieknie i zacznie mówić, że chcę go otruć. 
-Taak… Wspomnienia. – zamyślił się. – A więc, Fairchild, mam do ciebie ważną sprawę.

Hockey?


PS Jestem nowym autorem SPG (Chili - Beta) i jeszcze niestety nie ogarnęłam wszystkiego, więc przepraszam ale musisz poczekać na Siwą z tym kotem wędrownym... 

Od Fairchild - CD historii Wilczura

Podniosłam obolałą głowę na dziwną rzecz, którą Wilczur określił mianem „panoramy”, cokolwiek by to mogło oznaczać. W każdym bądź razie, była piękna. Znajdowało się na niej wszystko to, czego pragnęłam, o czym śniłam i marzyłam. Widziałam bezkresne łąki, ciągłe słońce, wielu przyjaciół, duuużo błota. Ponad tym górowały miasteczka z licznymi dziećmi, śmiejącymi się i biegającymi po ulicach… Zaraz. Biegającymi? Ludzie na panoramie się ruszali. To nie było możliwe. Po chwili zobaczyłam też moją siostrę, Jessamine. Stała, taką jaką ją zapamiętałam, zanim umarła. Wpatrywała się we mnie swoimi wielkimi, piwnymi oczami, jakby dla przestrogi.
- Jessamine! – krzyknęłam, rzucając się w stronę panoramy.
- Stój, co ty wyprawiasz?! – złapał mnie za kark Wilczur, a w jego głosie słychać było nieznaną mi dotąd naganę. – To może być niebezpieczne.
Kiwnęłam głową zażenowana moim dziwnym zachowaniem, ale ten obraz był taki prawdziwy. Jessamine. Ludzie. Wtedy wpadła mi do głowy pewna myśl. Ja widziałam wszystko to, o czym marzyłam. Ale czy dla Wilczura obraz jest taki sam?
- Powiedz mi, co widzisz. – zażądałam.
Spojrzał na mnie dziwnie, pewnie wydawało mu się, że jestem wariatką. No cóż, niech tak myśli, dopóki nie dowie się prawdy.
- No więc, widzę jakiś komisariat policji… Strzałę… Trochę lasów. – odpowiedział lekko zażenowany.
- Ja widzę moją siostrę i wielu przyjaciół. Ten obraz pokazuje to, co chcemy widzieć! – wreszcie powiedziałam to, co chodziło mi po głowie od dłuższej chwili.

Wilczur?

Od Fairchild - CD historii Mize

Po tym jak zostałam owinięta różnego rodzaju łańcuchami jak mumia i wepchnięta do najgorszego, najciemniejszego i najbardziej śmierdzącego lochu, jaki mogłam sobie wymarzyć, miałam dużo czasu na przemyślenia. Oczywiście, starałam się nie zwracać uwagi na szczury dobierające się do mojej błyszczącej (jeszcze) sierści.
Mize była zdrajczynią… To niemożliwe. Nigdy nie sądziłam, że ona, ta niepozorna pudelka może mieć jakieś interesy z brudnymi wilkami. Ale co one planują? Na pewno nie mają zamiaru wydać imprezy z okazji urodzin Hockey’a, czy coś w tym rodzaju. Chcą zniszczyć w jakiś sposób sforę, a ja jestem zagrożeniem. Bo mogę ich wydać. Ah, gdybym tylko zdołała zdjąć te przeklęte kajdany!
- Psst. – usłyszałam głos w ciemności.
Przestraszona prawie skoczyłam pod sam sufit, a biorąc pod uwagę fakt, że nie mogę się ruszać, było to całkiem niezłe osiągnięcie. Zaczęłam gorączkowo rozglądać się w poszukiwaniu źródła tajemniczego głosu, wokół niestety było ciemno jak w grobie.
- Zaraz cię stąd wydostanę. Jestem po twojej stronie. – ponownie odezwał się nieznajomy, a po głosie poznałam, że to z pewnością pies. Szkoda tylko, że nie mogłam go dostrzec.
Czyjeś łapy zdjęły ze mnie łańcuchy, rzemienie i inne twory zapobiegające mojej ucieczce. Rozluźniłam spięte ciało, na którym zostały krwawe pręgi. Wzdrygnęłam się ze złości. Tymczasem mój wybawiciel zdążył otworzyć kraty i popchnął mnie w stronę wyjścia.
- Uciekamy. – zarządził.
Tępo pobiegłam za nim, zastanawiając się nad dwoma rzeczami. Jak my, do licha stąd uciekniemy i kim jest ten mój nieznany wybawiciel?

Wybawicielu? :3

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Od Fairchild - CD historii Mize

Wilki brutalnie wepchnęły mnie do jakiejś brudnej, zakurzonej celi, nawet nie wyjaśniając za co jestem więziona. Byłam wściekła. Miałam ochotę rozerwać te przeklęte kraty i nawet próbowałam, ale skończyło się na złamanym zębie. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego niepozorna dotąd Mize jest chorą psychopatką, która zadaje się z wilkami? W dodatku kazała mi nie mówić ani słowa. Czyżby ona i wataha szykowały jakąś napaść na Sforę? Na to pozwolić nie mogłam. Sprawdziłam wszystkie ściany, dokładnie przeszukałam podłogę, nigdzie nie było nawet małej szczeliny, która nadawałaby się do ucieczki. Mojej celi nie pilnował nikt, widocznie byli pewni, że nie dam rady im zwiać. Westchnęłam zrezygnowana, usiadłam (z pewnym wstrętem) na podłodze i jeszcze raz na spokojnie przeanalizowałam wszystko co się do tej pory dowiedziałam.
Wtedy usłyszałam ciężkie kroki, więc od razu rozpoznałam, że należą do tych ohydnych wilków. Nawet nie potrafią chodzić cicho, pomyślałam z pogardą.
-Jak mogliście jej nie zauważyć, durnie?! – usłyszałam skrzekliwy głos Mize i domyśliłam się, że zapewne chodzi o moją skromną osobę, która narobiła tyle zamieszania.
-Schowała się. – mruknął jeden z wilków.
Gdy zobaczyłam przy swojej celi moich oprawców, szybko skoczyłam do krat i zawołałam :
-Mize, co się tutaj dzieje?
Zostałam obdarzona zirytowanym spojrzeniem pudelki, którą widocznie rozzłościłam, tym bardziej że przeszkodziłam jej w wyżywaniu się na wilki.
-Siedź cicho, a może cię wypuścimy. – odpowiedziała łaskawie.
Zawarczałam cicho, ale pozostawiłam jej słowa bez komentarza. Położyłam się zrezygnowana na podłodze i zrobiłam jedyną rzecz, jaka przychodziła mi do głowy. Zaczęłam wrzeszczeć przeraźliwie, najgłośniej jak potrafię, mając nadzieję, że ktokolwiek ze Sfory mnie usłyszy.

Mize, ktokolwiek?

niedziela, 15 czerwca 2014

Od Fairchild

Gdy usłyszałam krople deszczu uderzające o mój dom od razu wiedziałam, że ten dzień będzie ponury, smutny i depresyjny. Nienawidzę kiedy pada, jest wtedy tak szaro i nikt nie ma ochoty na zabawę. Ledwo wywlokłam się z posłania i zwalczając chęć ponownego pójścia spać, postanowiłam, że dzisiaj zrobię coś szalonego, aby poprawić sobie nastrój. Może by zafundować sobie domowe spa? Szybko odrzuciłam tę myśl, to zbyt „dziewczyńskie”. A może wybrać się na wielkie polowanie, a później wyprawić ucztę w domu?
Odrzuciwszy około pięćdziesiąt propozycji wpadłam na najprostszy, ale najbardziej skuteczny sposób na świecie. Nie ma nic lepszego na lepszy humor niż poranny bieg w ulewnym deszczu! Do tego masa błota, trochę samotności i przepis na cudowny dzień gwarantowany. Uradowana swoim geniuszem rzuciłam się szybko do drzwi, a po chwili znalazłam się już daleko poza domem. Deszcz spływał mi strumieniami po przemokłej już sierści, krople rozmazywały obraz, błotnista ziemia kleiła się do łap. Nie widziałam kompletnie nic, a mimo to czułam się wspaniale. Pewnie ktoś obcy, gdyby mnie zobaczył, pomyślałby, że to psychopatka urwała się z psychiatryka. W sumie nie mijało się to bardzo z prawdą.
Deszcz nie słabł, a wręcz lało coraz bardziej. Po długim biegu byłam już trochę zmęczona, nie wiedziałam gdzie się znajduję, a poza tym zaczęłam się robić głodna. Zadecydowałam, że zrobię sobie mały postój na najbliższym terenie i gdy zaczęłam szukać dogodnego miejsca, moim oczom ukazało się wejście do jakiejś groty. Nie przypominałam sobie, aby gdzieś w Fallendeer były groty, lecz mimo to tak bardzo potrzebowałam odpoczynku, że z pewnym wahaniem weszłam do środka. Okazało się, że wcale nie znajduję się w malutkiej pieczarze, jak na początku sądziłam. Przede mną ciągnęła się ogromna jaskinia, pełna ostro zakończonych skał, stalagmitów i innych złowieszczo wyglądających form naciekowych. W jej środku było ponuro, można by powiedzieć przerażająco, z zewnątrz nie docierało tu żadne światło. Zadrżałam mimo woli, a wtedy usłyszałam głos: 
- Mize, to ty? – powiedział ktoś ochrypłym głosem, niepodobnym do żadnego znanego mi tonu.
Szybkim susem znalazłam się za jedną z ogromnych kolumn, rzucającą czarny cień na podłoże i dobrze zrobiłam, bo chwilę później z kierunku do którego byłam obrócona wyszło kilka postaci mrożących krew w żyłach. Były to straszne, mokre, ze złowieszczym wyrazem twarzy… wilki. Zaraz, stop. Zapomniałam o jednym ważnym szczególe, który dotarł do mnie dopiero teraz. MIZE? Ta Mize, słodka, niepozorna pudelka, która wygląda trochę jak szczur? Co ona robi z tymi strasznymi istotami, dlaczego się z nimi zadaje?
- Tak, jestem. – odpowiedziałam słodkim głosikiem, próbując naśladować Mize. Wykorzystywałam przewagę, że wilki mnie nie widziały.
- To wyjdź z tej swojej kryjówki, suko. Nie mamy na ciebie całego dnia. – warknął jeden z nich, tak że przeszły mnie dreszcze.
- Ale wiesz, był deszcz, a moje włosy… - zaczęłam.
- Wyjdź, albo cię wyciągnę. Nie musisz nam pomagać. – zaczął zbliżać się do kolumny, a gdy myślałam, że gorzej już być nie może, przy wejściu do jaskini pojawiła się Mize we własnej osobie. Zaklnęłam pod nosem.
- Jesteeeeeeem. – krzyknęła, przeciągając sylaby, charakterystycznym dla siebie głosem. Wilki momentalnie odwróciły głowy, spoglądając skonsternowane to na kolumnę, za którą chowałam się ja, to na Mize.

Mize?

Od Fairchild - Quest II "Dziecko"

Tak, tak, to był piękny, słoneczny, dzień, jak zawsze w sforze. Od rana wałęsałam się bez celu po okolicach, patrolowałam tereny Fallendeer, a gdy nie ujrzałam niczego, co mogłoby wzbudzić moją czujność, zaczęłam najzwyczajniej w świecie się nudzić. Wszystkie psy były czymś zajęte, miały coś do załatwienia lub po prostu nie chciały sobie marnować dnia na rozmowę z takim śmiertelnikiem jak ja. A wtedy wpadłam na genialny pomysł. Odkąd przybyłam do sfory zwiedziłam już prawie wszystkie tereny, ale jeszcze nie byłam w mieście. Co prawda większość psów odradzała mi wycieczkę w to miejsce, ze względu na panoszących się tam ludzi. Natomiast ja potrzebowałam trochę rozrywki, a przy okazji może wreszcie podglądnęłabym życie człowieka. To był zdecydowanie mocny argument, więc po chwili namysłu popędziłam jak strzała do swojego domu, aby się trochę przygotować. Sprawdziłam wysokość słońca – było jeszcze na wschodzie, co oznaczało, że nie ma nawet południa. Wypiłam dużo wody, nie wiadomo czy do wieczora będę miała okazję pić i wyruszyłam. Czułam się prawie jak pustelnik, przechodząc przez granicę na obcy teren. Rozglądałam się czujnie na boki, w poszukiwaniu zagrożenia, ogon lekko mi drgał. Wreszcie z ulgą zobaczyłam pierwsze budynki miasteczka, a później moim oczom ukazała się malownicza mieścina, pełna prawie jednakowych domków, jakże innych od wielkiego miasta w jakim się wychowałam. Poczułam przypływającą ekscytację, nie mogłam powstrzymać już się od machania ogonem. Mimo wszystko, nadal ostrożnie, chodziłam tylko po poboczach.
Widziałam ludzi… Tak wiele czasu minęło, niż któryś z nich mnie głaskał. Słyszałam śmiech dzieci, przebiegających beztrosko po ulicy, rozmowy tutejszych plotkarek, raz na jakiś czas również warkot samochodu. Czułam się prawie tak swobodnie, jakbym znów wróciła do rodzinnej miejscowości. 
A wtedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Najpierw zobaczyłam przed sobą ciemny zaułek, później krzyk dziecka, głośny pomruk psa. Momentalnie zjeżyły mi się włoski na karku, ogon znieruchomiał, wyostrzyły się zmysły. Teraz dziecko zaczęło wrzeszczeć, na pewno było małe. Dojrzałam je sekundę przed katastrofą. Kuliło się w samym kącie ciemnego zaułku, pod ceglaną, niszczejącą ścianą. A przed nim stały dwa dobermany, piekielne ogary, pałające nienawiścią, pragnące rozszarpać niewinną istotę.
- Stój! – krzyknęłam wskakując jednym długim susem między chłopczyka a psy. Przewagę dał mi element zaskoczenia. Tego „mordercy” się nie spodziewali. Mimo, że ich zdziwienie po chwili przerodziło się w rozbawienie, wcale mnie to nie rozproszyło. Już wiele razy wyśmiewano mnie z powodu rasy i niskiego wzrostu. 
- Czego tutaj, maleńka? – zapytał ten większy, prawdopodobnie przywódca, choć w jego pysku „maleńka” wcale nie brzmiało tak słodko. Warknęłam cicho.
- Zostawcie to dziecko, jest niewinne. A później radzę wam spieprzać. - doradziłam, czekając na kolejny wybuch śmiechu. Gdy po chwili go usłyszałam, byłam zadowolona z siebie, że wszystko szło po mojej myśli.
- Suń się, albo cię rozszarpię. Mamy tu porachunki. – odpowiedział, zdołając jakoś opanować swoją niespotykaną wesołość.
Starałam się nie myśleć o zagrożeniach, kulącym się do ściany dziecku, które w każdej chwili mogło zostać rozerwane na strzępy. Musiałam iść zgodnie z planem.
- Sądzę, że to ja pierwsza cię zagryzę. Jestem dość silna. – zawarczałam cicho, starając się jednak wypaść bardzo niewinnie. – Skoro w końcu jesteś taki groźny, to wyzywam się na pojedynek. W końcu ja mam już dość życia, a ty nie możesz przegrać. Jesteś alfą.
To przeważyło sprawę. Rozgryzłam go, a on zdecydowanie zdziwił się moim zachowaniem. Zerknęłam kątem oka na jego towarzysza, który właśnie z uwagą obserwował swojego przywódcę. 
- Dobrze. – prychnął. – Możesz sobie iść, Miguel. 
Doberman nawet nie zadał sobie trudu ustawienia się w pozycji obronnej, widocznie był bardzo pewny wygranej. Modląc się w duchu do boga, bogów, ktokolwiek sprawuje nad nami rządy, rzuciłam się do przodu, a gdy pies wysunął kły uskoczyłam w bok i ugryzłam go z całej siły w szyję. Krew trysnęła mi w pysk, zasłaniając cały obraz, jednak ugryzienie poskutkowało. Mój przeciwnik zatoczył się, klnąc siarczyście i nim zdążył zrobić kolejny ruch zrobiłam dwa uniki i rzuciłam się na niego z pazurami. Rozdrapując mu pysk, przewrócił się, a ja wylądowałam na jego grubym cielsku.
- Poddajesz się? – uśmiechnęłam się złowieszczo. Kocham walczyć, mimo że to niesie ze sobą wielkie ryzyko. 
Jeszcze raz zadrapałam go w pysk, a gdy wydyszał coś w rodzaju „tak”, puściłam go wolno. Wiedziałam, że już nie jest w stanie mnie zaatakować. Podbiegłam szybko do dziecka, które stało teraz wyprostowane, z otwartymi szeroko oczami. Z naszej psiej rozmowy zrozumiał tylko szczeki, także i w tej chwili nie było sensu go uspakajać. Zamiast tego starałam się wyglądać jak najbardziej przyjaźnie i mając nadzieję, że dziecko mnie rozumie, wyszłam z zaułku. 
Gdy znaleźliśmy się na słońcu dostałam najcudowniejsze podziękowanie w moim życiu. Nie potrzebne były zbędne słowa, wystarczył jeden dziecięcy, ufny gest. Chłopczyk podszedł do mnie, nachylił się, przytulił i pocałował w czoło. Spojrzałam mu w oczy i na chwilę zawarliśmy porozumienie. Człowiek i pies. Później odwróciłam się i starając się powstrzymać łzy napływające do oczu odbiegłam. Nie oglądałam się za siebie ani razu, aż dotarłam do domu. Byłam brudna, 
zdyszana, głodna, a przede wszystkim przeraźliwie zmęczona. W tej chwili marzyłam tylko o śnie, więc nie wahają się ani chwili rzuciłam się prosto na posłanie i momentalnie zasnęłam.

środa, 11 czerwca 2014

Od Fairchild - CD historii Hockey'a

Odeszłam od pary zakochanych… no w sumie chyba tylko jedna strona jest zakochana, ale wolę pominąć ten nieistotny szczegół. Samotność nawet trochę mi się przyda. Tak długo wędrowałam sama w poszukiwaniu nowej sfory, że prawie zapomniałam jak to jest wciąż przebywać z innymi psami. Rozmowy zaczęły mnie już trochę męczyć. 
Kiedy jest się bez rozpraszających uwagę przyjaciół, można dostrzec wiele szczegółów i tak też było teraz. Szłam po raz kolejny już przez las, a dopiero teraz zauważyłam, że promienie słońca przebijające się przez drzewa mają niezwykły, bladozielony odcień, tak jakby to księżyc oświetlał cały teren. Nie mogłam napatrzeć się na to osobliwe zjawisko, kiedy nagle usłyszałam głos tuż za sobą. Od razu rozpoznałam bardzo zdenerwowany głos Saszy.
- Gdzieś ty była?! Szukałam cię, dlaczego tak znikłaś? Mogło ci się przecież coś stać. – zaczęła mówić rozgorączkowana. 
Obudziła się we mnie moja znienawidzona cecha – duma. Ależ oczywiście, że duża suczka, która na pewno jest silna i wysportowana, może martwić się o taką małą i nieporadną, wystawową spanielkę jak ja. Wyprostowałam się, uniosłam wysoko głowę i starałam się nie denerwować. Przecież nie było po co! A jednak…
- Potrafię sama o siebie zadbać, naprawdę. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale jestem strażniczką, a to oznacza, że naprawdę poradzę sobie w niebezpieczeństwie. Nie musiałaś się aż tak o mnie martwić. – odpowiedziałam sztywno, ostatnie zdanie wypowiadając jadowitym głosem, aż sama siebie zaskoczyła. Po tym, odwróciłam się protekcjonalnie od osłupiałej Saszy i poszłam w drugą stronę. Wszystko było dobrze, dopóki jeszcze myślałam o swojej urażonej dumie. Ale wtedy przyszły wyrzuty sumienia. Przecież Sasza nie chciała zrobić nic złego! Jestem nowa w Sforze i mogła po prostu przestraszyć się, że się zgubiłam, lub uznała, że jestem nieporadna. 
„To źle myślała! Powinna cię przeprosić”, mówił mi mój umysł, chociaż ja już wiedziałam, która strona ma rację. Teraz to ja chciałabym prosić o wybaczenie Saszę. Przygnębiona własnymi myślami dowlokłam się do Kwiatowych Schodów, do mojego domu i położyłam się zrezygnowana. 
Wtedy zobaczyłam Saszę, razem z grupką innych psów. Była roześmiana, szczęśliwa, jakby zupełnie nie przejęła się tym incydentem, który wciąż zaprzątał moją głowę. Zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do niej. Gdy mnie zobaczyła, starała się odwrócić, ale szybko podchwyciłam jej spojrzenie i powiedziałam 
- Przepraszam… Czasami mam troszeczkę za duże mniemanie o sobie. 
Moja wypowiedź chyba ją zaskoczyła, ale uśmiechnęła się ciepło, tak jak robiła to już kilka razy podczas naszej znajomości, a ja wiedziałam, że wszystko będzie już dobrze. 
- Nic się nie stało. Pooglądamy razem zachód słońca? – zapytała.
Od razu zrobiło mi się lżej na duchu. Pokiwałam głową i poszłyśmy na szczyt schodów. Zachód naprawdę był oszałamiający! Słońce, jako wielka, jaśniejąca tarcza, chowała się za wzgórzami terenów, kolorując całe niebo. Barwy, poczynając od złotego, przechodziły w pomarańcz, czerwień, róż, a nawet fiolet! A my siedziałyśmy obok siebie, patrząc na to osobliwe zjawisko, ja i Sasza.

Od Fairchild - CD historii Saszy

Poszukiwania znajomości czas zacząć!
Tym celu poprawiłam moją jak zawsze nie ułożoną sierść, wpadłam do jeziorka, chociaż to nie było zamierzone, przećwiczyłam chód i sprawdziłam, w jakiej formie jest mój odwieczny humor. Gdy zdołałam rozśmieszyć sama siebie kilka razy, pewna swego ruszyłam na małe „polowanie” . Mimo, że starałam się być jak najbardziej miła i czarująca, większość psów po prostu omijało mnie, lub oburkiwało coś w stylu „muszę gdzieś iść”. Widocznie uznali mnie za jakąś psychopatkę, która rozdaje cukierki małym szczeniakom, lub po prostu są tak zapracowani. Stawiam na tą pierwszą opcję.
Wreszcie, ktoś zainteresował się moją skromną osobą. Była to suczka rasy Husky, o „zwykłym”, że tak powiem umaszczeniu, co wcale nie oznacza, że była brzydka. W każdym bądź razie rozmawiałyśmy. Suczka miała na imię Sasza, a nie dość, że była całkiem miła, to jeszcze okazało się, że mieszkamy w tym samym miejscu, czyli przy Kwiatowych Schodach! Nie powiem, dzisiejszy dzień naprawdę był udany. Poznałam już kilka miłych psów, a przecież moja kariera w Sforze Psiego Głosu dopiero się zaczynała.
- Zaprowadzić cię do alfy? – zapytała w pewnym momencie Sasza, przerywając zwykłe przełamywanie lodów i wymianę uprzejmości. Zmarszczyłam brwi. Po co miałabym iść do alfy? Przecież widziałam się z nim... no cóż, całkiem niedawno. Może musiałam załatwić jakieś formalności, albo starszyzna wypali mi jakieś dziwne znaki na skórze? Każda sfora ma swoje różne obyczaje, dlatego trochę się przestraszyłam. Kiedyś słyszałam nawet, że członkom sfory wyrywano wszystkie zęby. Przeszły mnie dreszcze.
-Tak… - odpowiedziałam niepewnie.
Zdawało mi się przez moment, że mojej towarzyszce rozbłysły oczy, jakbym oznajmiła, że wygrała jakiś konkurs, czy że dostanie darmowy podarunek. Humor w mgnieniu oka jej się poprawił, a gdy szłyśmy w stronę alfy, zaczęła gadać jak najęta.
- Bo wiesz, Hockey to najlepszy przywódca jaki mógł się zdarzyć. Jest taki mądry i umie nami zarządzać i zawsze ma dla wszystkich czas, no i jest przystojny… - rozmarzyła się, a jej monologu nie było końca. Uśmiechałam się tylko pod nosem, ukradkiem ziewając. Mam nadzieję, że tego nie zauważyła.
- No, jesteśmy. – oznajmiła wreszcie z uśmiechem, patrząc się ubóstwieniem w stronę psa. – Cześć Hockey! – krzyknęła, podchodząc do niego.
Hockey odwrócił się i uśmiechnął przyjaźnie, utwierdzając mnie w przekonaniu, że jest naprawdę miły i nie muszę się bać wyrywania zębów.
-Witajcie. Fairchild, tak? – zapytał, chcąc się upewnić, a mnie zdumiało, że zapamiętał moje imię. W końcu spotkaliśmy się tylko raz, a w Sforze jest masa psów. Kolejny plus. – Co was do mnie sprowadza?
Tym razem zdążyłam prześcignąć Saszę w odpowiedzi.
- Nie wiem, to ona mnie tu przyciągnęła. - powiedziałam szybko, zgodnie z prawdą i zaraz po tym wybuchnęłam śmiechem, orientując się jak to strasznie zabrzmiało.
- No, bo ja… - Sasza zmieszała się, potęgując mój dobry humor. Znów zwróciła swój wzrok na Hockeya, a po chwili gdy znów zaczęli rozmawiać, byłam już dla niej jakby niewidzialna. Mrugnęłam z uśmiechem do Hockeya i powoli wycofałam się z pola rażenia.

Hockey, Sasza, chcecie to dokończyć?

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Od Fairchild - CD historii Wilczura


-Heh, ja też tak mówię, że sam sobie poradzę. –powiedział mój towarzysz, ciągle idąc za mną. No cóż, nie sądziłam, że mój ulubiony tekst jest tak popularny. – Też jestem nowy i tak czy siak zwiedzam tereny, to przynajmniej byłoby nam raźniej. – dodał.
Szliśmy przez chwilę w milczeniu, ponieważ ja zastanawiałam się nad jakąś sensowną odpowiedzią. Przy okazji wreszcie odwróciłam głowę i przypatrywałam się mojemu towarzyszowi wędrówki po terenach. W sumie, nawet nie był taki zły. Wyglądał jak zwykły kundel, jedynie sierść nie była szaro-bura, jak to bywa u kundli. Miał ładne ciemne oczy, a poza tym był pierwszym psem, naprawdę przyjaźnie do mnie nastawionym, w tej sforze. Nie było sensu robić sobie wrogów.
-No dobra, nie mam zamiaru łazić tutaj sama. Jestem Faichild, a ty? – zapytałam, przystając na chwilę, tak abyśmy mogli się zrównać. Gdy stanęliśmy pyskiem w pysk zorientowałam się, że jest ode mnie wyższy. Oczywiście. Jak zawsze. KAŻDY musiał być ode mnie wyższy.
-Wilczur. – odpowiedział, a mi wydawało się, że przed wypowiedzeniem tego imienia zawahał się o sekundę za długo. A może mi się tylko wydawało. Po tak długiej podróży pewnie mam już majaki.
-To jak, gdzie idziemy? Ja jestem z Fallendeer i chętnie bym je zwiedziła.
-Jestem z Avendeer, ale w sumie możemy pójść do Fallendeer. Wynagrodzisz mi później podwójną podróż do dwóch sektorów. Możesz na przykład zafundować mi jakiś masaż łap… - zaczął Wilczur, a ja pacnęłam go w twarz.
-No jasne, a może jeszcze do tego tydzień w spa? – zachichotałam, a zawtórował temu donośny śmiech mojego towarzysza. Zaczynało mi się tutaj coraz bardziej podobać. Dwa psy, które do tej pory poznałam, nie dość że były dla mnie miłe, to nawet nie nazywały mnie „mała”.
Nawet nie zdążyłam się zorientować, kiedy las ustąpił miejsca ogromnej łące, której różnobarwność zapierała dech w piersiach. Nigdy wcześniej nie mogłam sobie wyobrazić, że na jednym terenie znajduje się tyle kwiatów, o tylu odcieniach! Stałam nieruchomo, wpatrując się w to niezwykłe zjawisko, a Wilczur robił dokładnie to samo.
-No dobra, to gdzie teraz idziemy? – pierwszy otrząsnął się ze zdumienia, a po chwili i ja wyrwałam się z tego dziwnego letargu. Bez zastanowienia pokiwałam głową w stronę słońca, czyli najprawdopodobniej na zachód i obydwoje szybkim krokiem ruszyliśmy we wskazanym przeze mnie kierunku.
A potem nagle poczułam, że spadam. Chyba zahaczyłam łapą o konar, zdążyłam jeszcze pomyśleć, zanim uderzyłam z całą siłą w coś dziwnego…

Wilczur, uratujesz biedną Fairchild?

niedziela, 8 czerwca 2014

Od Fairchild

Dasz radę. Będziesz silna. Pokażesz na co cię stać. Tym razem cię nie wyrzucą.
Przez całą drogę do kolejnej sfory dodawałam sobie otuchy, jednocześnie próbując różne miny, które mogłyby zrobić wrażenie na alfach. Gdy jednak uświadomiłam sobie, że wojownicza mina w moim wykonaniu wygląda idiotycznie, zrezygnowałam ze zbytnich przygotowań i postanowiłam się zaprezentować taką jaka jestem naprawdę. Trudno przecież, żebym udawała kogoś całkiem innego. Mimo to, nadal denerwowałam się jak mi pójdzie. Łapy trochę mi się trzęsły, gdy przechodziłam ponad konarem drzewa, tak że omal się nie przewróciłam. Bałam się, że znów zostanę wyśmiana i poniżona, tak jak gdzie indziej.
Wreszcie dotarłam do przejścia, które jak zdążyłam wywnioskować po jego urządzeniu, było granicą sfory. Z pewnym wahaniem przekroczyłam ją i gdy nic nie spadło mi na głowę pewnie ruszyłam naprzód. Przy okazji rozglądałam się trochę po mijanych terenach i musiałam stwierdzić, że były to jedne z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam na świecie. Niektóre tajemnicze, pełne uroku, zapierające dech w piersiach. Musiałam tutaj zamieszkać.
Wtedy zobaczyłam jakiś cień. Poczułam, że włoski jeżą mi się na karku, a zmysły się wyostrzyły. W razie zagrożenia byłam gotowa w każdej chwili skoczyć na wroga, nie ważne jakiej byłby wielkości. Pomijam oczywiście fakt, że najprawdopodobniej zostałabym przez niego rozerwana jednym kłapnięciem szczęk. I tak, pogrążona we własnych irracjonalnych rozmyślaniach nie zauważyłam, że przede mną stał czarny pies, chyba jakiś owczarek, o podejrzliwym wyrazie twarzy. Wzięłam głęboki wdech i starając się przybrać jak najbardziej poważny ton głosu odezwałam się pierwsza :
-Eee, witam. – przeklnęłam się w duchu za nieszczęsne „eee” - Kim pan jest? – zapytałam uprzejmie psa, starając się wypaść jak najlepiej.
Ku mojemu zdziwieniu, nieznajomy zaśmiał się ledwie słyszalnie.
-To raczej ja powinienem zapytać ciebie kim jesteś. Nie wiem czy zauważyłaś, ale jesteś na terenie Sfory Psiego Głosu, a ja jestem Hockey, alfa.- odpowiedział, a ja wywnioskowałam z tonu jego głosu, że wcale nie zamierza wyrzucić mnie jednym kopnięciem łapy. 
-Całe szczęście, bo właśnie szukałam jakiejś sfory. Jestem Fairchild, przyjęlibyście mnie? – zapytałam po raz drugi.
Nastała chwila ciszy, podczas której moje napięcie sięgało zenitu. Ryłam delikatnie pazurami w ziemi, ledwie zauważalnie machałam ogonem, wszystko byleby tylko czymś zająć prawie eksplodujący umysł.
-Oczywiście, że znajdzie się dla ciebie miejsce. – powiedział dobrodusznie. Miałam ochotę krzyczeć, skakać, piszczeć i rzucić mu się na szyję, zamiast tego stałam w bezruchu, jakby ktoś przykleił mnie klejem do podłoża. – Pytanie tylko, czy chciałabyś mieszkać w Fallendeer, Navydeer czy Avendeer. Jeśli chcesz możesz najpierw obejrzeć tereny, a później…
- Nie. Chcę mieszkać w Fallendeer. –przerwałam mu dość ostro, za co w duchu się później skarciłam. Nie wolno było się tak odnosić do alfy. 
Poprzedzając pytanie odpowiedziałam szybko, że spodobała mi się nazwa, czemu zawtórował kolejny delikatny uśmiech mojego rozmówcy.
-I chciałabym być strażniczką. – dopowiedziałam szybko, zanim Hockey zaproponowałby mi równie bezsensowne dla mnie stanowisko jak fryzjerka czy projektantka mody. – Jestem silną suczką i nie mam zamiaru bawić się w jakieś dziewczyńskie rzeczy. Potrafię obronić sforę przed niebezpieczeństwem, przekonasz się. – zapewniłam go, a kiedy już ujrzałam na jego twarzy coś w rodzaju zaufania uśmiechnęłam się pod nosem.
-Dobrze, w takim razie możesz obejrzeć sobie z kimś tereny. Ja muszę już iść. – oznajmił i nim zdążyłam mrugnąć już go nie było. Nie zdążyłam nawet mruknąć mojego ulubionego „sama sobie poradzę”!
Wzruszywszy ramionami ruszyłam przed siebie, zastanawiając się w którą stronę iść. Na szczęście, lub nieszczęście, wyręczył mnie kolejny nieznajomy, który nagle wyrósł przed moimi oczami.
-Cześć, jesteś nowa? – zapytał.
Mruknęłam coś ze zniecierpliwieniem. Przecież to oczywiste, że jestem nowa, skoro nie zna mojej twarzy!
- Mogę cię oprowadzić. – dodał dobrodusznie, dając mi tym samym szansę do wypowiedzenia mojego słynnego :
- Sama sobie poradzę. – odburknęłam i tym samym ruszyłam przed siebie. Pies jednak nie dawał za wygraną.

Nieznajomy psie?

piątek, 6 czerwca 2014

Nowa suczka w Sforze - Fairchild!

Jak dobrze - niemal bezbłędny i długi formularz! Po ciężkim tygodniu tego potrzebowałam. Nie mówię, że inne były złe, gdyby każdy był taki długi chyba by mnie już tu nie było xD 
Do tego Cavalier, czyli spaniel, a ja spaniele bardzo lubię :3
Fairchild jest idealnie taką suczką, jaką mam w wyobraźni, gdy myślę o swoim pierwszym, w stu procentach własnym psie. Właścicielką jest smoczajama20, kolejna nowa twarzyczka na SPG.


http://fc05.deviantart.net/fs70/f/2011/235/2/f/cavalier_in_italy_by_cavalierkaa-d47k591.jpg
Imię: Fairchild
Płeć: Suczka
Wiek: 1,5 roku
Rasa: Cavalier King Charles Spaniel
Głos: Lenka - Everything At Once
Stanowisko: Strażniczka Fallendeer
Partner: Na razie nie ma ochoty na wiązanie się z kimkolwiek.
Młode: Brak
Rodzina: Matka: Mirabelle, Ojciec: Meredith, starsza siostra Jessamine
Urodziny: 19 dzień lata
Sektor: Fallendeer
Cechy: Fairchild jest tym typem, którego każdy zna. Mimo, że dzieckiem już nie jest, uwielbia wszelkiego rodzaju zabawy, a szczególnie te, przy których można się śmiać. Nie będzie błędem stwierdzenie, że Fairchild po prostu uwielbia się być wesoła. Choć sama nigdy nie potrafi opowiedzieć żadnego żartu bez „spalenia” go, to chętnie słucha innych. Uwielbia nawiązywać kontakty i choć nie przepada za romansami, zawsze otacza się psami. Nie lubi być typową suczką, rozmawiać o delikatnych sprawach i zajmować się swoim wyglądem. Chce za wszelką cenę udowodnić, że małe pieski o długiej sierści, kiedy chcą, też potrafią być waleczne, zadziorne i wcale nie uciekną z piskiem z bitwy. Stara się być jak najlepszym wojownikiem, chętnie wykonuje prace przeznaczone dla płci przeciwnej, nie narzeka gdy musi spać w bardzo niedogodnych warunkach, a kiedy trzeba staje się surowa i przerażająco spokojna. Ustanawia sobie dyscyplinę jak w wojsku i do niej się dostosowuje. Ma to jednak swoje wady. Fairchild nie zna granic, a żeby wykazać swoją „męskość” może dokonać bardzo nieprzemyślanych decyzji i gdyby nie przyjaciele pewnie wiele razy by już nie żyła. I choć nie chce się do tego przyznać, w rzeczywistości jej życie jest prawie całkowicie uzależnione od innych.
Historia: Życie Fairchild było jednocześnie piekłem i niebem. Z jednej strony należała do bardzo słynnej rodziny psów wystawowych, już jako szczeniak była rozchwytywana przez wiele różnych agencji wystawowych, miała kochających rodziców, którzy wręcz puszyli się z dumy nad swoją młodą córeczką. Z drugiej strony, Fairchild po prostu tego nienawidziła. Nienawidziła karmy z jagnięciną, aksamitnych poduszek, zamkniętej przestrzeni, a najbardziej udawania spokojnej suczki, którą nie była. Podczas gdy spędzała godziny w fotelu, oczami wyobraźni widziała siebie hasającą po bezkresnych łąkach, wolną od wszystkich formalności. Jednym słowem, Fairchild była niepoprawną księżniczką.
A wtedy, pewnej gwieździstej nocy, kiedy tarcza księżyca górowała nad uśpionym miasteczkiem, pod oknem Fairchild pojawił się kształt. Ów kształt zaczął stukać łapą w okno, próbując je otworzyć, a sparaliżowana strachem suczka pomogła mu w tym. Nie miała jeszcze doświadczenia z włamywaczami. Okazało się, że nieokreślonym „czymś”, była bardzo zaniedbana, ubłocona suczka rasy Cavalier King Charles Spaniel.
Zaczęły rozmawiać. Fairchild dowiedziała się kilku najważniejszych rzeczy, od których po chwili rozbolała ją głowa. Po pierwsze, nieznajomą była zaginiona córka Mirabelle i Mereditha – Jessamine. I, wbrew temu co mówili rodzice Fairchild, wcale nie uciekła z własnej woli. Jessamine nie była dość piękna, aby startować w wystawach, dlatego została najzwyczajniej w świecie wyrzucona z własnego domu. Fairchild, jak przystało na uczuciową suczkę bardzo przejęła się historią siostry, bez chwili namysłu po prostu wyskoczyła przez okno i po długich kłótniach stała się włóczęgą, tak jak Jessamine.
Przez pewien czas jej życie było sielanką. Wreszcie spełniły się szczenięce marzenia o taplaniu w błocie i wędrowaniu zgodnie z ruchem słońca. Lecz wszystko co dobre szybko się kończy. Pewnego, najgorszego dnia w życiu Fairchild, Jessamine wybrała się do miasta po zapasy. Miała wrócić za godzinę. Minęły dwie doby. Trzy, a potem cztery. Jessamine nie wróciła i choć Fairchild szukała jej, płakała, wyła, nic się nie zmieniło. Tak mijały dni, aż w końcu jakby otrząsnęła się ze snu. Postanowiła poszukać sfory, w której odnajdzie nową rodzinę. Ale nie było to takie łatwe. W każdej z nich, w której chciała zamieszkać, była wykpiwana i wyśmiewana z powodu niskiego swojej rasy i pochodzenia . Mimo licznych walk, które odbyła z dorosłymi, nieraz pokaźnej wielkości psami, z każdego miejsca była wyrzucana. Aż znalazła Sforę Psiego Głosu.
Nick na howrse.pl i/lub mail: smoczajama20, smoczajama200@gmail.com