Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vexon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vexon. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2015

Od Vexona - CD historii Another

 Nastał zmierzch. Po całym dniu, ba, nawet tygodniu, spędzonym w samotności, psu zaczyna odbijać. Nie kiwam pazurem w kwestii sfory. Wilków jest coraz mniej, z tego co mówił Fart, kiedy go widziałem po raz ostatni, zaczynają się wycofywać. Kiedy są w pojedynkę, mam z nimi duże szanse, nawet bym powiedział, że nie mogą marzyć o wygranej. Ale nie chcę tak żyć. Nie chcę w każdej chwili myśleć, czy nie nadejdzie kolejny wróg, którego trzeba zabić.
 Do tego ta samotność. Im bardziej o tym myślę, tym bardziej opuszczony się czuję. Zawsze byłem towarzyski, wesoły, szarmancki. Teraz się zmieniłem. Już dawno straciłem nadzieję na odnalezienie rodziny. O nowej nawet nie myślę. Nie jestem w stanie rozmawiać z innymi psami. Wariuję. Szaleję. Odbija mi. Dziczeję.
 Idę przez wrzosowy las. Kiedy odzyskaliśmy Navydeer? Nawet tego nie pamiętam. Ale teraz mogę przez nie iść wolno. Kiedy do mojego nosa dociera zapach jakże smakowitego kąska, jelenia, w jednej chwili ruszam jego tropem. Już nawet nie myślę o takich rzeczach. Pozwalam działać instynktowi.

 Mija noc. Dochodzę do granic Avendeer. Przez ten cały czas zdążyłem upolować jelenia i zjeść jego sporą część, po tym przedostać się do Fallendeer i tam zaznać odrobiny odpoczynku. Teraz idę dalej. Swoją norę porzuciłem już wieki temu. Wybrałem koczowniczy tryb życia. Tak jest ciekawiej. W końcu zupełnie stracę zmysły i nie będę się niczym różnił od tych cholernych jeleni.
 Nagle przede mną ktoś się pojawia. W tym blasku nie jestem w stanie rozpoznać postaci, ale raczej na pewno jest psem. Wiatr wieje z mojego boku, więc również mi nie sprzyja. Kieruję się jednak ku postaci. Na początku wolno, potem, zanim zdążę się choćby zorientować, przyspieszam. Pies lekko cofa się, po czym zaczyna powarkiwać. Przytomnieję i zwalniam. Słońce przysłania mi teraz drzewo, więc widzę już wyraźnie retrievera. On, albo raczej ona, zdaje się szybko trawić sytuację i zastanawiać, czy zaatakować. Podchodzę bliżej i wtedy suczka się uspokaja.
- Wybacz - odzywa się. - Myślałam, że jesteś wilkiem.
 No tak, myślę. Jestem owczarkiem, na dodatek brudnym, nawet choćby jeziora dawno nie widziałem.
- Rozumiem - odzywam się lekko skrzeczącym głosem. Od razu chrząkam kilkukrotnie. Tak dawno nie mówiłem... - Du... Ekh... Dużo ich tu widujesz, że jesteś tak zestresowana?
- Trochę ich tu jest.
- Ach, jasne... A już miałem nadzieję... Fart mówił... A co tam Fart... To było dawno - dopiero po chwili orientuję się, że mówię bardziej do siebie, niż do niej. Milknę. Suczka natomiast mówi:
- ...

Another? 

sobota, 25 października 2014

Od Vexona - CD historii Verony

- Huh - westchnął Dry, zatrzymując się obok nas - to, co tam się dzieje, trudno nawet opisać... Niezdolnych do walki jest paru, ale szczerze mówiąc... wszyscy walczą.
- Jak to? - Casey rzuciła mu niepewne spojrzenie.
- Takto. Mało kto jeszcze nie ma ran, a wielu z nich jest pożądnie skontuzjowanych. Puściłem w tłum informacje, coś o naborze rannych do "szpitala", może teraz przyjdą...
- Ale wszyscy wiedzą, że nie stacjonujemy w Grocie Medyków, tak? - Verona podkuliła ogon.
- Ech, tego nie wiem - przyznał się Dry ze spusznonym łbem. - Ale myślę, że Vexon zgodzi się pomóc mi w nakierowywaniu ich, co?
 W odpowiedzi pokiwałem lekko głową, nadal milcząc.
- Dobra, Verona! - Odezwała się buhundka. - Mamy sporo pracy, radziłabym już pozwolić psom działać i iść coś zrobić.
- Jasne... - Suczka odwróciła się i skierowała do najbliższego potrzebującego. Obie zajęły się swoją pracą.
- Dry? - Zacząłem, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Tak, Vexon? - Zapytał, nieco zdziwiony.
- Poradzisz sobie w tym sam?
 Zamrugał szybko.
- A... ale... no dobra! - Przeciągnął nieco "dobra", wyprostowując się. - A dlaczego? Nie idziesz ze mną?
- Wybacz stary, ale chyba pomogę tym pięknym damom - mówiłem to spokojnie, bez jakichś specjalnych ruchów, bez uczuć z przymrużonymi, jakby ze znudzenia, oczami.
- Nie chcę nic mówić, ale po pierwsze się nie znasz -
- Ależ nie tu, przyjacielu! - Odwróciłem się do wyjścia. - Zdobędę tu trochę wyposażenia.
 Husky rozejrzał się w milczeniu. W grocie medyków nigdy nie było zbyt dużo profesjonalnego sprzętu, ale tutaj nie było go w ogóle, zaledwie garstka bandaży itp..
Wytruchtałem spokojnie z pomieszczenia, kierując się na teren wroga. Nigdy nie byłem fanem tych dwunożnych istot, ale zobaczenie ich ponownie i tak było czymś niezwykle miłym. W końcu to wśród nich się wychowałem. Droga do miasteczka zajęła mi z dwie godziny. Po tym czasie mogłem już rozglądać się za jakąś kliniką weterynaryjną, bo nie uwierzę, że nie przetrzymują tu żadnych zwierząt. Po mieście chodziłem w sumie bez ładu, nie była to olbrzymia metropolia, taka jak ta, w której przyszedłem na świat. Trudno było się tu zgubić.
 Wyszedłem zza jednego z zakrętów, gdy do moich uszu dotarły krzyki i piski. Skierowałem w tym kierunku łeb, kiedy dostałem kamieniem w potylicę. Nie był to mocny rzut, ale bolesny. Dzieci stały kilka metrów ode mnie i zaczęły zmasowany atak. Cofnąłem się o parę kroków, kuląc się, a gdy to zadziałało tylko na jedną dziewczynkę z piątki urwisów - najeżyłem się i warknąłem. Matka miotu pojawiła się chwilę później i zaczęła zgarniać potomstwo z przerażeniem. Potem pojawiła się druga samica gatunku ludzkiego, pomagając ratować ludziątka tej pierwszej. A może ta pierwsza była opiekunką? Nie wiem, aż tak nie znam się na ludziach. Liczyło się to, że atak dobiegł końca. Obiegłem najzwyczajniej w świecie, co wyraźnie zdziwiło stadko. Pewnie wychowali się na stereotypach o groźnych psach ulicznych. Ojciec mi coś o tym mówił.
 Odetchnąwszy i lekko poraniony, usiadłem w zaułku. Postanowiłem chwilę odpoczącząć, ale tylko chwilę. W ogóle się tu nieorientowałem i trochę nudziło mi się to ciągle krążenie po mieście. Ziewnąłem. Gdzie jeszcze nie patrzyłem?
 W tym momencie dotarł do mnie dźwięk stawianych kroków. Odwróciłem łeb. Hycle!
 Rzuciłem się do ucieczki, nawet nie chciałem próbować dać się złapać. Pokonałem kilka zakrętów szaleńczym biegiem, a gdy się odwróciłem... Już ich nie było. Hah, spodziewałem się wielkiego pościgu, a tu nic. W sumie miło.
 Nabrałem powietrza, odwróciłem się i zobaczyłem... No właśnie. Przede mną widniał wyraźny symbol kliniki weterynaryjnej. Uśmiechnąłem się do siebie, rozejrzałem, po czym podeszłem do wejścia. Drzwi otwierały się do zewnątrz, więc nie miałem jak ich otworzyć. Poczekałem chwilę na jakiegoś człowieka, ale nikogo nie widziałem. Odszedłem budynek kilkakrotnie. Dopiero za trzecim razem zauważyłem otwarte okno. Jednak jestem ślepy...
 Wskoczyłem tam bezproblemowo. Gdy zobaczyłem puste pomieszczenie, zdałem sobie sprawę, jak głupi jestem. Przecież tu ktoś mógł być! Bah. Muszę zacząć najpierw myśleć, później robić.
 Szybko się rozejrzałem. Pojawił się nowy problem - w ogóle nie znałem się na tym wszystkim, a jak coś wyglądało przydatnie, było duże. Za duże.
 Zacząłem od worka, ktôry znalazłem pod stołem. Do niego zgarnąłem rzeczy wyglądające na przydatne. Potem dowaliłem jeszcze jakieś pierdółki... i to chyba wszystko. Najwyżej tu wrócę.
- Hola! - W przejściu stanęła jakaś przedstawicielka rodu ludzkiego. Ubrana była w kitel. Skąd to wiem? Bo Tamira (przybrana matka) mi pokazała na śmietnisku wieki temu, ale tak mnie rozbawił, że do dziś o nim pamiętam. Głupi jestem, wiem.
W każdym razie rozpoznałem w niej weterynarza. Rzuciła się do ataku, więc ja ruszyłem do wyjścia. Nie było szans wyskoczyć z tym przez okno, ale drzwi otwierały się od tej strony. Oparłem się tylko, przebiegłem przez korytarz pełen przerażonych ludzi, otwarłem kolejne drzwi i ruszyłem w stronę koron drzew wystających znad dachów. Biedni ludzie, nie mają pojęcia, co się u nas dzieje! Myślą, że jesteśmy głupimi zwierzaczkami! Pacany.
 Nie potrzebowałem wiele czasu by wejść na teren sfory, a tam od razu spotkałem Gabriela, który pomógł mi przetransportować wszystko w odpowiednie miejsce. Przywitałem się z Veroną.
- A gdzie Casey? - Spytałem.
 Odpowiedział mi Gabriel.
- Podzieliliśmy się, żeby pomóc większej ilości psów w krótszym czasie. Albo przynajmniej po to, by nie trzeba było tyle leźć do tej jaskini.
- Okay... A więc przyniosłem wam te rzeczy. Jak coś, mogę pójść jeszcze raz, jeśli czegos potrzebujecie.
 Verona i Gabriel zetknęli do wora.

Gabi? Vercia? Mogę tak do was mówić? :P

wtorek, 7 października 2014

Od Vexona - CD historii Alison

Wojna nigdy nie była niczym miłym, przekonaliśmy się o tym dobrze jeszcze w starej SPG... Nie przeżyłem tego, ale słyszałem z opowieści. Teraz było tak samo. Niby mogliśmy odejść, rozbić się na małe cząstki, ale tego nie zrobiliśmy. Walczyliśmy dalej, do końca. Być może naszego.
Z każdą chwilą coraz więcej ciał upadało na ziemię. Coraz więcej psów i wilków ginęło. A końca walki nie było śladu.
Bitwa w Lawendowym lesie nie należała do największych. Nie było nas wielu, a wśród nas nie rzucał się w oczy ani Alfa, ani Beta. Psy zaczynały mieć przewagę. W końcu stwierdziłem, że uszczędzę sobie sił na większą bitwę i powoli, coraz bardziej wysuwając się z pola walki, dobiłem kolejnego wilka. Uważając, by następny mnie nie dostrzegł, uciekłem. Zdyszany już, odbiegłem kawałek i wziąłem głęboki oddech. Wtedy do moich nozdrzy doleciał zapach krwi. Nie psiej, ani wilczej, ale zapach ten bardzo mnie zainteresował. Udałem się więc za nim. Po chwili już ujrzałem sarnę. Martwą, ale niezaczętą. A zapach ciągnął się dalej, obok następnej i następnej padliny. Dalej było ich jeszcze więcej. Komuś musiało się bardzo nudzić. Już miałem zawracać, zostawiając to miejsce na bardziej stosowną chwilę, gdy gdzieś w tle tego wszystkiego dojrzałem ruch. Skupiłem się, przymrużając oczy i dojrzałem wilki. Przyczaiłem się, powoli zbliżając się do nich. Wyciągnąłem na chwilę wyżej głowę, aby ustawić się do wiatru. Gdy upewniłem się, że mnie nie wyczują, przyczołgałem się bliżej. Jeden coś trzymał, drugi przygniatał. Kolejną sarnę? Nie, coś większego. Jeszcze bliżej... Psa! A pierwszy trzymał nie kogo innego, jak samą Neli! Bez wahania rzuciłem się w ich kierunku. Nasze oczy na chwilę się spotkały. Zdąrzyłem odepchnąć od suczki rasy collie napastnika i wdać się w walkę. Z ukosa zerknąłem na drugiego, stojącego obok i myślącego co zrobić. Neli wisiała w jego pysku i mogła tylko próbować się wydostać. Mój przeciwnik okazał się być ciężki i naprawdę trudno było z nim wygrać. W końcu jednak, po dość krwawym rozegraniu, go powaliłem i przyczaiłem się na drugiego. On w końcu dosłownie rzucił Neli na bok i warknął. Rzuciliśmy się sobie do gardeł. Ten był wyraźnie młodszy i lżejszej postury, niezbyt doświadczony. Mimo zmęczenia, szybciej go pokonałem. Oba wilki odeszły, kuśtykając.
- Żyjecie, panie? - Odwróciłem się do suczek. Te spojrzały na mnie wdzięcznie, nadal z przerażeniem w oczach. Ostrożnie, wciąż zszokowane, pokiwały głowami. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi. - Więc, moje piękne, radziłbym się stąd ulotnić. Liczba martwych ciał nas otaczających nie wróży dobrze.
Suczki doskonale o tym wiedziały i nic nie mówiąc podążyły za mną. Ruszyliśmy przed siebie wolnym chodem. Idąc tak w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca, odwróciłem łeb w ich stronę.
- Neli już znam, ale pierwsze ciebie widzę - spojrzałem na collie. - Mogę poznać twe imię?
- Alison - odpowiedziała cicho.
- Ach, to doprawdy piękne imię. Ja zwę się Vexon, mów mi jak ci tylko wygodnie.
Suczka uśmiechnęła się nieśmiało.
- A... - zaczęła.
Razem z Neli spojrzeliśmy na nią.

Alison? 

wtorek, 30 września 2014

Od Vexona - CD historii Dry'a

 Walczyłem w sumie na kilka frontów. Wgryzałem się w gardło jednemu z przeciwników, gdy drugiego drapałem po pysku. Czułem pieczenie na całym ciele. Nie miałem żadnej wątpliwości, że jestem pokryty ciekłą substancją, jaką jest moja, i nie tylko, krew. Byłem świadom, że walczę już tylko dla Sfory. Na litość nie miałem co liczyć, a powoli opadałem z sił. Wtedy cała nadzieja, która już dawno mnie opuściła, pojawiła się na nowo. Znajomy zapach przedarł się do mych nozdrzy w tym samym czasie, w którym straciłem jedno z obciążeń na grzbiecie.
- Cześć Dry! - Krzyknąłem, gdy na chwilę zwolnił mi się pysk.
 Dry w tym czasie wgryzał się w grzbiet jednego z wilków, ale jego mina świadczyła o niemym przywitaniu.
 Z drugiej strony pojawił się następny przeciwnik. Walka wyraźnie nie zmierzała do końca...

   Bitwa wprawdzie nie była wielka, ale kosztowała mnie wiele sił. Udało się odnieść sukces, przez który nawet z pomocą wielkich medyków,  czy ludzi, ominie mnie następna bitwa. Od czasu, kiedy upadł ostatni walczący ze mną wilk, moje nogi sprawiały wrażenie galaretowatych patyczków. Byłem bardziej niż widocznie przemęczony. Gdy grunt zniknął mi nagle spod nóg, Dry szybko osłonił mnie przed wypadkiem. Oparłem się o jego bok.
- Może pomóc ci się dostać do medyków, co? - Husky nadal nie stracił choć tej krzty humoru.
  Nie potrzebował odpowiedzi. Zawlókł mnie tam, gdzie trzeba. Medycy oczywiście nie ucieszyli się na widok kolejnego klienta. Zanim usadowiłem się na specjalnym legowisku, rozejrzałem się po grocie. Krew i przemęczenie dało się wyczuć i bez patrzenia, ale obraz tych wszystkich zmaltretowanych psów przyprawiał o mdłości. Czy wygramy tę wojnę? Cała nadzieja w młodych.
- Dry, możesz nam wyświadczyć drobną przysługę? - Usłyszałem głos Verony.

Dry? Verona?

piątek, 4 lipca 2014

Od Vexona

 Biegiem opuściłem jaskinię. Tuż za mną pędziła mała grupka wilków. To, że na nią trafiłem, było stuprocentowym przypadkiem... W końcu kto spodziewałby się wrogich wilków w Navydeer!? No dobrze, może to i moja wina, że wziąłem te jaskinie za grotę medyków, jednakże prawdopodobność tego zdarzenia wynosiła niemalże 0, mimo wszystko. Biegłem po mokrej ziemi, zapadając się w niej co chwila. Wataha licząca pięć wilków niemal deptała mi po ogonie. Skupiłem się na drodze, ostrożnie i w skupieniu mijając każdą przeszkodę. Liczyłem, że uda mi się zgubić pościg, jednak ten postanowił nie odpuszczać. Gdzie podążałem? Rozglądałem się, ale nie mogłem skojarzyć tego miejsca... Jak większości, zresztą. Zostało tylko mieć nadzieję, że albo nie trafię na nikogo, albo na jakiś miszczów woju. Jednakże jestem mistrzem wpadek, także...
- Uuuuuuuwaga! - Krzyknąłem, gdy ktoś pojawił się w małym przesmyku, gdzie nie miałem najmniejszych szans, by go wyminąć.
 Pies uniósł łeb i rozejrzał się pospiesznie, po czym rzucił się przed siebie. Co sił, dorównałem mu kroku. Husky, którego jeszcze nie miałem okazji poznać. Rzuciłem za siebie okiem, by upewnić się, że wilki nie odpuściły nawet tutaj, a następnie spytałem towarzysza:
- Dokąd biegniemy?
- Kierujemy się na Pole Marzeń! - Odkrzyknął, bym usłyszał.
 Pole Marzeń, Pole Marzeń... Byłem pewien, że znajduje się w Fallendeer, a przecież jeszcze chwilę temu byłem w Navydeer...
- Czy nawiedzamy właśnie Fallendeer? - Wolałem się upewnić.
- Owszem - rzucił krótko.
 Nagle przesmyk przestał być przesmykiem i wpadliśmy na jakąś polanę.
- To tu..? - Spojrzałem na rudego.
- Niet, Pole Marzeń zaczyna się za tymi drzewami - skinął głową w stronę kilku samotnych wyrośniętych krzaków. - Ale obawiam się, że zastaniemy tam nie tylko zboże...
- Raz kozie śmierć...
- Em.. No właśnie? - Mruknął, ale przyspieszył ze mną.
 Po krótkiej chwili wyskoczyliśmy spomiędzy roślin, prosto na tak zwane Pole Marzeń, a wzrok kilku psów przeniósł się na nas. Przebiegliśmy pomiędzy nimi.
- Coś się stało? - Rzucił w naszą stronę jakiś owczarek australijski.
- Wilki... - Zacząłem, ale uprzedził mnie Dry:
- Goniły nas wilki. Najwyraźniej je zgubiliśmy.
 Rzeczywiście, po odwróceniu się bestie zniknęły. Mogliśmy odetchnąć z ulgą. Owczarek pokiwał głową, a pozostałe psy lekko się zaniepokoiły, ale pozostały na swoich miejscach.
- Warto poinformować o tym Alfę - dodał aussie i zajął się sobą.
 Zerknąłem na husky'ego.
- Nie mieliśmy przyjemności.
- Dry - uśmiechnął się.
- Vexon - odwzajemniłem gest. - Nowy. - Dodałem.

Dry?

Od Vexona - CD historii Lisy


- Małże... - Mruknąłem. - To ty se je pożryj, a ja natomiast zjem sobie jakiegoś owocka - przewróciłem się na plecy, przeciągnąłem ziewając i skierowałem wzdłuż plaży, jak uczyniła moim śladem Lisa.
 Zerknąłem jeszcze przelotnie na niebo, wciąż niebieskie, niemalże pozbawione chmur. Pogoda jak na jesień była wyśmienita - ciepła i sucha. Nawet z rzadka wiejący wiatr jeszcze nie zdążył stać się zimny. Do tego lasy i wody wciąż były zaopatrzone w jedzenie, o które nie trzeba walczyć z innymi. Doprawdy, wiele mi do szczęścia już nie potrzeba.
 Łapy z każdym krokiem ryły w piachu, lepiącym się do wciąż mokrego futra. Zbliżyliśmy się do tej części plaży, w której od czasu do czasu podmywała je chłodna woda.
- Rozumiem, że za tymi owocami morza nie przepadasz? - Spytała Lisa.
- Nie za bardzo. Poza rybami wodne żarcie jest mi bardzo odległe.
 Pokiwała głową, po czym się zatrzymała, unosząc wysoko głowę i stawiając uszy.
- Co jest? - Spojrzałem w tę samą stronę, co ona. Drugi brzeg wyglądał nie inaczej, niż zwykle, nic ciekawego nie rzuciło mi się tam w oczy. - Nic nie widzę.
 Suczka nie raczyła odpowiedzieć. Podkuliła ogon, położyła uszy i wycofała się powoli z lekko uchylonym pyskiem oraz przestrachem w oczach. Pokręciła głową, szepcąc coś.
- Lisa? - Zapytałem niepewnie. - Lisa, co jest?
 Momentalnie się odwróciła, po czym zniknęła w lesie, wołając coś, chyba do mnie. Zerknąłem za siebie, przecinając płachtę wody wzrokiem, po czym rzuciłem się w pogoni za wilczycą, posługując się jedynie węchem. Od czasu do czasu wolałem również jej imię, licząc na odpowiedź.
- Gdzie, do licha, jest ta suczka? - Szepnąłem do siebie, wciąż w pędzie goniąc za tropem.
 Nadal niezbyt ogarniałem się w terenach Sfory, więc kompletnie straciłem orientację, poza tym, że znajduję się w jakimś lesie, co znowu było oczywiste. Nagle zapach stał się intensywniejszy...
- Lis? - Spytałem.

Lisa? Musiałam dodać jakąś akcję... Wysil wyobraźnię :3

niedziela, 29 czerwca 2014

Od Vexona - CD historii Lisy

Oceniłem bliżej nieokreśloną zdobycz Lisy.
- No, no - cmoknąłem z uznaniem. - Niezła ryba. 
Na pysku suczki pojawił się niewielki uśmiech. Rzuciła zwłoki na piach, sypiąc go przy okazji na pozostałe ryby. 
- Czyżbym wygrała? - Klapnęła na sypkiej skale z wesołym uśmiechem.
- Gdzieżby - mruknąłem wesoło. - Masz dużą, ale ja mam więcej.
- Czyli co?
- Stwierdzam remis.
- Okay...
Nachyliła się nad swą zdobyczą i powąchała ją. Z jej pyska można było wyczytać, że zapowiada się smakowicie. Ja sam szybko zgarnąłem jednego z okoni i równie szybko go pochłonąłem. Nie był to najlepszy pomysł, ze względu na ostry grzbiet ryby, jednak dało się wytrzymać. Smakowała całkiem nieźle. Oblizałem się ze smakiem i spojrzałem na towarzyszkę buszującą w swojej ofierze. 
- Warto było? - Zapytałem, podchodząc.
- Hm? - Uniosła łeb, żeby na mnie zerknąć.
- Smakuje? 

Lisa?

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Od Vexona - CD historii Lisy

- Nie, naprawdę - pokręciłem przecząco głową. - Jestem zmęczony, ale dam radę. Muszę jeszcze przyswoić niektóre informacje...
 Oczywiście, że byłem zmęczony. Średnio wiem, o czym mówiła Lisa, oprócz jej imienia i niektórych terenów. Coś tam jeszcze o SPG, co mnie zaintrygowało, ale w tej chwili musiałem odpocząć. Jednak nie wypadało tak po prostu odejść, a suczka wydawała się bardzo sympatyczna.
- Może pójdziemy nad jezioro? - Zaproponowała Lisa. Po tonie jej głosu słychać było, że widzi, iż padam z nóg. - Pewnie się trochę rozbudzisz...
- To może być dobry pomysł - powiłałem głową, mrugając szybko. - Tylko gdzie to było..?
 Lisa stłumiły śmiech.
- Za mną! - Rozkazała, obierając już odpowiedni kierunek. Ruszyłem za nią, dorównując jej kroku.
 Rzeczywiście, nie minęło wiele czasu, a przed nami ukazała się obszerna tafla wody. Chyba już mi je pokazała. To było to miejsce, przy którym ze zmęczenia prawie się na nią zwaliłem.
 Zapatrzony w cudowny krajobraz, nie zauważyłem, kiedy wilczyca zniknęła. Oczywiście była już w połowie drogi do wody. Nie mogłem być gorszy, to też szybko udałem się za nią. Wpadliśmy do orzeźwiająco zimnej wody niemal w tym samym czasie. Od razu poczułem się lepiej.
- Co ty na małe rybobranie? - Nie czekając na odpowiedź, zanurkowała w zbiorniku. Nabrałem dużo powietrza, po czym poszedłem w jej ślady.
 Chwilę kłapałem pod wodą, próbując pochwycić jakąś ofiarę, zanim rzeczywiście poczułem charakterystyczny smak w połączeniu ze słodką cieczą. Wypłynąłem ponad powierzchnię, ściskając rybę coraz mocniej. Jak się okazało, Lisie nie poszło gorzej. Również trzymała w pysku łopoczący posiłek. Uśmiechnęliśmy się do siebie i skierowaliśmy na płyciznę. Tam zamachnąłem się, rzucając martwą, bądź też nie, rybę na brzeg. Wilczyca poszła w moje ślady.
- Proponuję zawody - na moim pysku pojawił się tajemniczy uśmieszek.
- Coś się za tym kryje? - Zmrużyła oczy.
- Zwykły konkurs. Nothing more.
- A więc... Start!
 Oboje rzuciliśmy się na głębiny, gdzie ryb było najwięcej i kłapcąc oraz chlapiąc się wzajemnie, rozpoczęliśmy małą konkurencję...

Lisa? 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Od Vexona

Błąkałem się po lesie już dość długo. Nie liczę czasu, to nic nie zmieni. Na pewno widziałem już kilka wschodów i zachodów, ale zawsze w końcu mogłem tak łazić dużo dłużej.
 Słońce usilnie próbowało przebić się przez korony drzew, jedynie nielicznymi promieniami stykając się z ziemią. Wiatr już dawno zaprzestał prób dotarcia tak głęboko i nisko. Temperatura była definitywnie za wysoka, jedyne co, to cień dawany przez drzewa. Każdy skrawek okolicy zwiastował zbliżającą się burzę.
 Nabrałem powietrza pełną piersią. Nie było to tak proste, jak zwykle - tak to bywa przed burzą, że jest duszno. Miałem już dość tej duchoty, zdecydowanie wolę zimniejsze klimaty, jednak nikt mnie o zdanie nie pytał...
- Biegnij!
 Zatrzymałem się, unosząc wysoko pysk.
- To do... - nie zdąrzyłem skończyć, ani nawet w pełni się odwrócić. Mała grupka psów przebiegła koło mnie, krzycąc coś niezrozumiałego.
 Dopiero po chwili zorientowałem się o co chodzi. Moim oczom ukazała się nieco większa wataha wilków. Nie mogły mieć dobrych zamiarów, zresztą nie chciałem sprawdzać. Rzuciłem się dzikim biegiem przed siebie, goniąc pozostałych psowatych.
 Mimo iż wilki dreptały im po piętach, nie zdawały się specjalnie tym przejmować. Wydawało się, jakby psy doskonale wiedziały, co robią i skupione rozglądały po okolicy, jakby czegoś szukając. Podłoże zmieniło się z miękkiego, nadal lekko wilgotnego mchu w suchą i kłującą trawę. Światło na chwilę mnie zamroczyło, a upał od razu dał się we znaki. Zanim udało mi się odzyskać wzrok, towarzysze rozbiegli się na różne strony, odpychając mnie na bok. No tak, wciągnęły pościg w pułapkę. Wilki wybiegły na polanę w ten sam sposób, co ja, czyli początkowo straciły orientację, za późno zdając sobie sprawę z obecności olbrzymiej sfory tuż przed nimi. Nim zawróciły, moi pobratymcy ruszyli na nich, otaczając z każdej strony. Pod rozkazami czarnego owczarka, formowanych idealne grupy, zgrywając się ze sobą niemal tak idealnie, jakby prezentowały przedstawienie, ćwiczone na długo przed wystawieniem. Wataha nie miała szans, każdy z jej członków został rozczłonkowany. Krawe widowisko skończyło się sukcesem i szerokim uśmiechem przywódcy.
 Nie do końca przekonany, dołączyłem do zwartego szeregu, wystawiając lekko przed siebie głowę, żeby obejrzeć każdego z osobna. Nie liczyłem, ale na pewno było ich ponad pół setki. Miło by było być pod ochroną takiej grupy. Przy okazji mogła to być niezła zabawa i... Szansa na odnalezienie mojej kochanej... W końcu gdzie indziej znajdzie się lepsze miejsce do przeczekania? Ta sfora jest tak liczna, że zaraz ktoś wpadnie zwabi ją tutaj! Uśmiechnąłem się do swoich myśli.
- Ekhem - z zamyślenia wyrwało mnie chrząknięcie jakiegoś psa. A jakżeby inaczej... Tego samego owczarka, który przed chwilą poprowadził walkę. - Nowy?
 Schyliłem lekko łeb. Sfora wyglądała na dosyć "królewską", więc nie miałem pojęcia, co zrobić. Psy popatrzyły na mnie wymownie. Tylko czy "Boże, ale dureń. To jest ukłon?", czy może "Co on wyrabia..? Z zamku się urwał?". No cóż, mniejsza o to.
- Tak - odpowiedziałem, niestety dość niepewnie. - Nazywam się Vexon.
- Co tak sztywno - szturchnął mnie w bok z uśmiechem. - Chciałbyś tu dołączyć?
Podniosłem łeb i nastawiłem uszy. "No jasne!"
- A mogę? - Poczułem się już pewniej.
- Vexonie, witaj w rodzinie! - jakiś inny pies stanął obok i szeroko się wyszczerzył. Na zębach nadal miał krew wilków.
- Jestem Hockey - czarny owczarek kontynuował. - Alfuję tutaj. Drin jest betą, jakbyś chciał wiedzieć, to ten rudy saluki, na końcu rzędu. Obok mnie stoi Fart, morderca.
 Słowo "morderca" pozostawiłem bez komentarza. Lepiej niektórych rzeczy nie wiedzieć...
- Dzięki za powitanie - uśmiechnąłem się.
- Poczekaj, zwolnij... Najpierw usadowię cię na jakimś stanowisku. - Zlustrował mnie wzrokiem. - Wojownik? Obrońca? Strażnik? A może coś zupełnie innego?
- Wojownik - odpowiedziałem pewnie. - Mi to pasuje.
- Niech więc będzie. A teraz może niech ktoś cię oprowadzi?
 Uśmiechnąłem się.
- Jeśli ktoś jest chętny.
- Ja bardzo - rozległo się zza alfy.

Ktoś?

piątek, 6 czerwca 2014

Nowy pies w Sforze - Vexon!

Długość tego formularza nieco mnie zniszczyła wewnętrznie... Jednocześnie - super, z drugiej strony... To wszystko teraz czytać... No ale cóż, to w końcu $HODOWCZYNI$*****. Już nie ta, z którą mieliśmy do czynienia jako Jason, bo tamta powróciła na swoje stare konto - Neli. To Nasza stara Hodowczyni$, z poprzedniej edycji. Znana jako Ekler. Tym razem mamy do czynienia z Vexonem, dość wyjątkowym.. Dlaczego? Dowiecie się. Może niektórzy się domyślą. Ale i tak milczeć! :P


http://www.tapeta-owczarek-niemiecki.na-pulpit.com/zdjecia/owczarek-niemiecki.jpeg
 Imię: Vexon
Płeć: Pies
Wiek: 7 lat
Rasa: Owczarek niemiecki
Głos: Snow Patrol - Chasing Cars
Stanowisko: Wojownik
Partnerka: Poza Sforą. Ale ma nadzieję, że kiedyś, dzięki tej sforze, odnajdzie ją.
Młode: Monoly, Freya,Vivat
Rodzina: Poza sforą.
Urodziny: 19 dzień wiosny
Sektor: Fallendeer
Cechy: Energia. Nigdy niekończący się zapas energii przyprawia niektórych o szał, zwłaszcza, gdy organizuje nim ktoś taki, jak Vexon. Ten pies ma dystans do siebie, ale wymaga tego również od innych. Nie lubisz, gdy ktoś się z ciebie nabija, nawet tylko dla fanu i sam nie wierzy w swoje słowa - trzymaj się od niego z daleka. Ma swoje własne zasady, sam sobą rządzi. Dusza towarzystwa, najchętniej przebywająca z innymi psami o podobnym usposobieniu. Prawdopodobnie inne po prostu z nim nie wytrzymują... Na świat patrzy optymistycznie, a każdą chwilę traktuje jako odpowiednią do zabawy. Jest w sumie dużym szczeniakiem. Do maluchów go nie ciągnie, ale mu nie przeszkadzają. Swoje wychowywał z pasją. Zawsze dotrzymuje obietnic danych samemu sobie, niekoniecznie innym. Wbrew pozorom jest dość leniwy, ale, choć nie wydaje się to możliwe, i pracowity. Gdy wyznaczy sobie cel, dąży do niego, nic go nie zniechęci. Ma lekką awersję do zwierząt mniejszych, to jest kotów, i ludzi. Do tego drugiego nawet przywykł, mimo to nie lubi mieć z nim kontaktu. Jego inteligencja jest ponad przeciętna, jednak na pierwszy, a nawet i dziesiąty rzut okiem tego nie widać - zazwyczaj zachowuje się jak głupek, z własnego wyboru oczywiście. Jest odważny, zawsze stara się przezwyciężyć swoje lęki. Wiele zrobi dla innych, pomaga słabszym w trudnych sytuacjach. Wyzwania to jego kotek, jeśli w jego wypadku można tak powiedzieć. Ryzyko... To jest to. W kwestii kultury... ma ją gdzieś. "Powiedz "dziękuję", przeproś - po co? Jeśli zrobiłem to przypadek, to nie moja wina, jeśli specjalnie, to nie ma sensu przepraszać." Tajemnic nie ma, sam nie potrafi ich przechować. Sekrety zaledwie kilku osób są u niego bezpieczne. Słucha innych, chociaż tego po nim nie widać. To przez podzielną uwagę. Jednocześnie skupia się na słowach danego psa, a jednocześnie rozgląda się za następnym zajęciem. Jest wariatem. Każdy mu to wypomina. I jest z tego powodu dumny. Jego logika jest co najmniej porąbana. Nie ufa nikomu, poza sobą. Jeśli trzeba potrzymać coś kruchego, musi zrobić to on, bo komuś innemu wypadnie. Utrudnia sobie życie na każdy możliwy sposób, oczywiście niechcący. Wesoły uśmiech prawie nigdy nie znika z jego pyska. Ciekawość, rozwinięta u niego na zdecydowanie zbyt wysokim poziomie, kilka razy prawie go nie zgubiła. Spryt to jego atrybut. Często korzysta z tej "umiejętności". Lubi podkradać się do ludzkich osad i je okradać. Nie boi się. System odwagi i wyznaczania granic ma zaburzony.
Jego typowo psia cecha nie zniknęła - nadal jest flirciarzem. No cóż, tak to bywa, że niektóre rzeczy się nie zmieniają, nawet jak ma się już partnerkę. Na szczęście potrafi wyczuć przesadę. No i znalazł suczkę, która mimo to go nie rzuci...
Wierzy w rzeczy pozbawione sensu, umiejętności, stworzenia i wszytko inne, co nadprzyrodzone. Może nie w takim stopniu, żeby wszystko im przypisywał, po prostu twierdzi, że wszystko jest możliwe. To pobudza jego kreatywność, która i tak jest już na wysokim poziomie. Lubi wymyślać niestworzone historie i opowiadać je innym. Zwłaszcza wieczorem... Zawsze marzył o wspólnym spotkaniu, w jakiejś dużej grupie i opowiadaniu sobie nawzajem niezwykłych historii.
Vexon jest mimo wszytko typem marzyciela. Przed snem przeżywa swoją własną, indywidualną historię, o której nikt nie wie. Zapatrzony w gwiazdy, leży i śni na jawie. Oczywiście najchętniej w ogóle by nie spał, ale potrzebuje tego. Wyłączenia się. Wtedy dopiero zaczyna wszystko doceniać.
Vexon ma charyzmę. Potrafi stać na podwyższeniu i nawijać godzinami, a obok zawsze znajdzie się ktoś, kto go wysłucha. Żarty zazwyczaj mu nie wychodzą, ale samym sobą sprawia, że stają się śmieszne. Jego optymizm po prostu się udziela.
Historia: Jego matka, Safe, była typową uliczniczką. Życie traktowała tak, jakby miała jego niekończące się zapasy. Próbowała wielu rzeczy, nie chciała niczego stracić. Na wiele rzeczy była obojętna. Na psy natomiast bardzo łasa... Dlatego też Vexon nie był jedynym jej potomkiem. Ten samczyk przyszedł na świat z jedynego związku Safe z psem tej samej rasy. W rzeczy samej, suczka o imieniu kompletnie nieodpowiednim dla siebie była owczarkiem alzackim. Pies, z którym się wtedy związała był jak zwykle jednym z wszystkich i służył głównie do opowieści dla przyjaciółek. Jedyne, co go wyróżniało to to, że mu zależało. Naprawdę myślał, że ma szansę. Tred, bo tak na niego wołali, był psem mieszkającym w sforze. Miejskiej, ale sforze, czyli przeciwnie do Safe. Jego charakter był też bardziej stonowany. Kulturalny, ale waleczny i bardzo, ale to bardzo przystojny. Gdy jego potomstwo przyszło na świat bardzo się ucieszył. Do tego czasu Safe był bardzo bliski. Pomagał jej. Nie zorientował się, że ona go wykorzystuje. Wtedy jednak opuściła go. Zabrała ze sobą dwie suczki, dwa samce zostawiła mu. Planowała wychować tamte w sposób podobny do tego, jak ona się wychowała. Jej matka porzuciła ją, zanim skończyła rok. Safe natomiast chciała je puścić wolno przed 6 miesiącami, nadal utrzymując z nimi kontakt. Dlaczego więc zostawiła synów? Bo taka już była. Nie potrzebowała ich do zabawy.
Tred się niemal załamał. Gdyby nie Vexon i Gremmy, zapewne rzuciłby się pod samochód. Gdy było blisko poznał Temirę. Stała się przyrodnią matką jego szczeniąt i najlepszą przyjaciółką Vexona. Prawdopodobnie Tred wybrał ją, bo przypominała Safe również swoim charakterem, jednak była milsza i nie chciała go zostawić.
Tamira pochodziła ze śmietniska. To był jej dom. W końcu było tam pełno wszystkiego! Tam też zabrała nową rodzinę. Miejsce to stało się ulubionym Vexona. Często dokuczał ludziom, rozwalał sterty opon i innych śmieci. Kiedy pewnego dnia bawił się z bratem, zauważyli go ludzie. Sytuacja o mało nie potoczyła się za daleko. Gremmy prawie stracił życie. Niewiele brakowało, a nie wybaczyłby bratu. Jednak zrobił to. Mimo wszystko Vexon chciał żyć na własną rękę. Opuścił "swoje" śmietnisko i wyruszył w drogę. Najpierw miasto, potem las i góry. Było wspaniale, zwłaszcza że wybrał niezwykłą trasę, pełną psów i miast, wręcz przepsionych. Tam wiele suczek uległo jego urokowi. Żadna z nich nie zdobyła jego serca. Był podrywaczem, więc czy mógł z kimkolwiek związać się na dłużej..?
Odpowiedź o dziwo brzmiała "Tak". Gdy podróżował na zachód, trafił na małą sforkę psów. Jedna z suczek była wyjątkowa. Zakochał się. Pierwszy raz.
Trzymał się grupki stworzonej z kilku małych rodzin. Ponoć wszystkie niegdyś należały do jednej sfory psów. Z opowieści wynikało, że była całkiem spora.
W tym składzie spędzili rok. Vexon nadal nie odkochał się w białej szwajcarce. Jak się okazało po tych 12-stu miesiącach spędzonych obok niej, on również nie był jej obojętny. W końcu stworzyli parę. Niemal idealną... Ale w pewnym momencie jego partnerka zaszła w ciążę... Zawahał się. Czy mógł ją opuścić?
Zrobił to. Zostawił ją samą. Wprawdzie z przyjaciółmi, ale on odszedł. Nie chciał potomstwa. Tamta suczka po prostu była świrnięta. Tak jak on. I piękna.
Chciał wrócić do miasta. Do swojej rodziny. Na swoje ukochane śmietnisko, miejsce, gdzie może zdarzyć się wszytko. Marzył o spotkaniu matki i sióstr, o poznaniu ich. Dlatego tam też obrał swój kurs, a przynajmniej miał nadzieję, że dobrze idzie. W końcu chwilę go tam nie było...
Ale suczka, z którą spędził tyle chwil, na zawsze wryła mu się w pamięć. Na każde wspomnienie przeszywał go dreszcz. Chciał ją jeszcze zobaczyć. Chociaż jeden jedyny raz. Znalazł więc trop, podążył nim i nie przestał, dopóki tamta nie ukazała się w jego widnokręgu.
Początkowo go nie zauważyła. Stanął wysoko i wpatrywał się w nią. W tejże chwili z wilczycą, jej najlepszą przyjaciółką. Rozmawiały. Suczka o jasnym ubarwieniu, od którego wzięło się również jej imię, zdawała się płakać. Była załamana.
Szepnęła coś do przyjaciółki, która z niechęcią odeszła. Wtedy się odwróciła i ujrzała go. Jej mina była niejednoznaczna. Ale mówiła, że go chce. Nie mógł odmówić.
Jej reakcja była oczywista - znaczyła, że potrzebuje Vexona. On znowu czuł, że uczucie jest odwzajemnione. Razem wychowali szczeniaki, które przyszły na świat kilka dni po ponownym zejściu. Pies trafił idealnie. Sforą trzymali się przez jeszcze długi czas. Co później? Para opuściła resztę. Ponieważ sfora składała się z rodzin, każda poszła w swoją stronę. Było to dość trudne, ale nie abstrakcyjne. Vex i jego ukochana jednak mieli pecha. Minął rok. Szczeniaki były już duże i samodzielne. Psy były w okolicach pomiędzy lasem, a miastem. Trafiły na jakieś stado wilków. Tamte nie wiadomo dlaczego uznały je za wrogów, krzycząc coś o Sforze Psiego Głosu. Vexon próbował walczyć, ale jasną towarzyszkę coś rozproszyło. Szybko ich rodzina się podzieliła. Uciekali w walce, wykorzystując każdą okazję.
Po ciężkiej walce, owczarek został sam. Stracił partnerkę i młode. Żyły, był tego prawie pewien. Wtedy spotkał jakieś psy. Gdy dowiedział się, że to sfora, i to całkiem liczna, dołączył. Po pierwsze dawała schronienie i pożywienie, po drugie zwiększała szansę na odnalezienie swojej paczki. W końcu to Sfora Psiego Głosu!
Nick na howrse.pl:  $HODOWCZYNI$*****