Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hockey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hockey. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2015

Od Hockey'a - CD historii Vaniji

 Westchnąłem cicho. 
- Dzięki, Vanija... - Odparłem równie cicho, ale szczerze. 
 Pokiwała głową. Mimo wszystko była nastawiona dość entuzjastycznie. 
- Ech... - Odwróciłem pysk w stronę Navydeer. Było już prawie nasze... Prawie, bo tam wciąż toczyły się największe bitwy. - Czeka nas ogromna wojna. Wielu z nas zginie, nie ma co się oszukiwać - spojrzałem na nią. Stała przede mną, trawiąc, co mówię. - Ale i tak staniemy do walki. Ten ostatni raz.
 Suczka, po chwili milczenia odezwała się:

Vanija? Totalny brak weny 3:

sobota, 31 stycznia 2015

Od Hockey'a - CD historii Gerisa

Z jednej strony zdziwiło mnie, że Geris się zgodził. Ale nie znałem go najlepiej.
- Dziękuję. - Uśmiechnąłem się delikatnie. - Życzę ci powodzenia.
 Pokiwałem głową na pożegnanie i opuściłem jaskinię medyków. Jedno z głowy. Ktoś już miał nad tym pieczę. Najwyżej... Najwyżej z kimś się potem zamieni, albo znajdzie sobie Alfę... Głupio mi było się przyznać, nawet przed samym sobą, ale już podjąłem decyzję.
 W lesie panował mrok. Przemieszczałem się ostrożnie, modląc się wręcz, by nie spotkać żadnego wilka. Dokąd podążałem? Przed siebie. Nie znałem terenów poza sforą, jedyne co kojarzyłem jakieś krajobrazy sprzed dwóch, trzech lat, gdy tu przybywałem. Ale i to zdążyło osiedlić się w najdalszych zakątkach mojej pamięci. Czekała mnie przygoda, być może inna sfora, może zaadoptują mnie ludzie... A jest też szansa, że natura wybierze najprostszą ścieżkę i pozbędzie się takiego kaleki, jak ja. Miałem się tego przekonać już niedługo...
 Głupio mi było zostawiać sforę teraz, w czasie powstania. Ale właśnie teraz byłem tu najmniej potrzebny. Wilki i tak wykorzystałyby moje okaleczenia, by mnie stąd zmieść. Nie mogłem już być alfą. Nigdy.
 Granica była już blisko. Patrzyłem, jak ostatnie znane drzewa przemijają. Smutek towarzyszył mi do końca, ale ciekawość, co będzie dalej, była silniejsza. A coś mi cicho mówiło, że przyszłość nieźle mnie zaskoczy...
 Nagle, tak zupełnie niespodziewanie, coś mnie zatrzymało. Pozostawiałem za sobą dawne wspomnienia, czas spędzony w sforze. Zostawiałem tam moich rodzinę i przynależnych. Ale przede wszystkim moje myśli błądziły wokół jednej postaci...
- Hockey? A co ty tu robisz?
 Jak to możliwe? Jak to się stało, że akurat teraz, kiedy przywołałem myśli o niej, ta sama suczka pojawia się obok? Ucieszyłem się, że mogłem spojrzeć na nią jeszcze ten jeden raz, jednak wiedziałem, że nie może to potrwać zbyt długo...
- Casey? - Odwróciłem się. - Mógłbym zadać to samo pytanie tobie.
- Zbieram ziela, jak mówiłam. Hock...
 Podszedłem bliżej buhundki.
- Case... Nie mogę...
- Czego nie możesz? - Wyraz jej pyska nie był pewny. Jednak... Chyba się domyślała.
- Nie mogę tu dłużej być... Mój czas w sforze się skończył.
- O czym ty mówisz? Nie możesz tak po prostu odejść! Jesteś tu przecież Alfą!
- Nie. Nie jestem, Casey. Spój na mnie. Jestem kaleką i to bezsilnym. Nie nadaję się już do niczego. Nie zaznam tu spokoju. A świat czeka.
- Hockey... Chyba przesadziłam ze środkami przeciwbólowymi...
- To nie tak. Naprawdę muszę.
- Proszę, zastanów się jeszcze...
- Zastanowiłem się.
 Suczka bezradnie spuściła łeb. Wiedziała, że to tyle w tej kwestii.
- Naprawdę nic nie mogę zrobić?
- Naprawdę. Opiekuj się tylko Nageezi. Proszę, ona potrzebuje kogoś, kto jej pomoże...
- Będę. Nie musisz się o to martwić.
- Mianowałem Gerisa Betą. Prince zostanie Gammą. Pomagaj im, jeżeli będzie trzeba.
- Mhm...
- Pomóż też Nageezi stać się dobrą Alfą. I... i znajdź proszę informację o tym, kim jest. Chodzi mi o gatunek...
- Dobrze, rozumiem - uniosła wzrok, tak że nasze spojrzenia się spotkały. Przytknąłem swoje czoło do jej.
- Casey... Będę tęsknić...

Casey? Such a pity...

Od Hockey'a - CD historii Vaniji

- Słucham? - Spojrzałem na nią z niepokojem.
- 6x więcej. Nie liczyłam, co do jednego, ale..
- Dobra, rozumiem - potrząsnąłem głową, próbując to ogarnąć. Aż tyle? Przecież nie mamy żadnych szans... - Vanija, jesteś nowa, ale jako wojowniczka powinnaś wiedzieć, gdzie jest Fart. Mogłabyś go proszę zawołać? Albo najlepiej każ mu zebrać wojska. Ja muszę załatwić parę innych spraw... Zanim zacznie się... - Nie skończyłem. Ale jedno słowo zawisło w powietrzu, obciążając niemiłosiernie atmosferę.
 Rzeź.
 Vanija pokiwała głową. Sama nawet nie miała pojęcia, jak ważna dla mnie była teraz jej rola...
- Już biegnę - rzuciła krótko.

Vanija?

środa, 28 stycznia 2015

Od Hockey'a - CD historii Vaniji

Zadziwiony jej nienaganną manierą, pokiwałem głową.
- Dzień dobry - odpowiedziałem. - Ale nie musisz odnosić się do mnie z takim szacunkiem. Jestem psem takim, jak ty, czy ktokolwiek inny - uśmiechnąłem się.
- Cóż, nie do końca. Jesteś alfą.
- Niby racja. Ale to tylko przywilej. Ktoś musi kierować grupą. Ja... Może nie jestem najlepszy na to stanowisko, ale przynajmniej się staram. I wciąż jestem jednym z was. Więc bądźmy na "ty".
- Dobrze. Skoro tak sobie życzysz.
- Vanija, tak? - Spytałem. Była nowa, niedawno dołączyła. Na pewno.
- Tak - pokiwała głową. - Hockey... Mogę się na coś teraz przydać?
- Teraz... Chyba nie. Jesli chcesz... No... Możesz pójść na jakieś zwiady... Wilki są wszędzie. Potem opisz mi, co i jak.

Vanija?

Od Hockey'a - CD historii Casey

 Wypuściłem głośno powietrze, po czym schowałem pysk w łapach. Naprawdę mnie to spotyka, czy to tylko koszmar? Chciałem się jak najszybciej z tego wybudzić. To nie mogła być prawda. Nie mogła. Ja leżałem teraz w jaskini, z całą nogą, Drin spał smacznie u siebie, otoczony rodziną. Wojny nie było, albo nie była tak zacięta. Zaraz miałem się wybudzić, cały zlany potem i z sercem próbującym wydostać się z klatki piersiowej. Już za krótką chwilę to wszystko miało się skończyć...
- Hockey? - Moją desperacką próbę wydostania się z tego świata przerywa Casey. - Przynieść ci coś może?...
- Nie... Wybacz, ale czy mogłabys... Zostawić mnie na chwilę samego?
- Tak, tak, jasne... Zielarze... Są zajęci, więc pójdę nazbierać trochę ziół potrzebnych opiekunom chorych... - Cofnęła się jeszcze wciąż mnie obserwując, po czym, ze smutkiem wymalowanym na pysku, odeszła ku wyjściu.
 Nie miałem się obudzić. Nie było mi pisane życie w spokoju. Jako alfa powinienem był być silny, pchać wszystkich do przodu, ku lepszemu życiu, a zamiast tego zawalam wszystko. Alfa... Dlaczego nim jestem? Właśnie, skoro i tak teraz nic nie robię... Teraz nie jestem tu potrzebny, tylko obciążam sforę. Przecież mogę...
 Trzepię głową, by pozbyć się tych myśli. Nie, nie mogę. Mimo wszystko jestem na górnym stanowisku. Potrzebują mnie. Muszę się podnieść.
 Ale Drin nie żyje. Nie zobaczę go już więcej. Ta myśl dociera do mnie z coraz większą siłą. Uświadamiam sobie ogrom strat. Straciłem cząstkę siebie i najlepszego przyjaciela. Nawet nie zauważam, kiedy mój pysk robi się mokry od łez.
 Po chwili troszkę się uspokajam. Zaczynam myśleć w inny sposób. Jestem tu już zupełnie sam. Drin... Nasz Beta jest wącha kwiatki od spodu, a jego partnerka... Bądźmy szczerzy, Chili była na tym stanowisku tylko przez Niego, wcześniej ledwo dźwigała te obowiązki. Straciła partnera, obciążają ją szczeniaki. Z byciem Betą może się pożegnać. Nie ma Gamm, Maybe nie będzie miała ochoty tam wrócić. Nageezi to jeszcze szczenię. Właśnie, Ezi... Moja mała Ezi! Co z nią? Musiałem ją jak najszybciej zobaczyc... Chociaż... Nie, to nie jest dobry pomysł. Nie powinienem się z nią widzieć zanim...
 Znowu odrzucam tę myśl.
 Teraz muszę tylko znaleźć Betę.
 Dźwigam się na nogach, krzywiąc się jednocześnie z bólu. Ostrożnie stawiam pierwszy krok. Nie jest to przyjemne, ale co poradzić, muszę się do tego przyzwyczaić. Powoli kieruję się do wyjścia. Prawda jest taka, że nie przeszkadza ból, tylko pustka. Zapominam się, że nie mam tej kończyny i odruchowo przerzucam tam ciężar ciała, co naturalnie źle się kończy. Niszczy mnie przyzwyczajenie. Byłem przystosowany do opierania się na nodze, a teraz tej nogi nie mam, jest tam pustka.
 Wychodzę na zewnątrz przez nikogo nie zauważony. Wszyscy są tak zajęci pracą, że nie rozglądają się już nigdzie tam, gdzie nikt ich nie woła. Dalej kuśtykam w las. Czy mogłem zrzucić na Jasona obowiązek Betowania? Jest zajęty walką o siebie i sforę, ale przede wszystkim o rodzinę. Kogo innego mogłem mianować więc Betą? Potrząsnąłem głową w nadziei, że to coś da. Ale nie dało nic. Chociaż... Nagle mnie olśniewa*. Stara sfora. Mamy tu przecież psy, ktore znały dawną sforę, mają doświadczenie... A nawet powiem wiecej, ktoś tu wspomniał, że miał być Gammą w starej SPG!
 Nie pamiętam, gdzie on mieszka. Coś mi się kojarzy, ale głowy bym nie dał. Będąc szczerym, nie miałem szans znaleźć go na tak ogromnym terenie. Wzdycham i odwracam się w stronę groty medyków, bo nic więcej mi nie pozostało. Wracam tam, powoli ogarniając sposób poruszania się na trzech łapach. Wchodzę do środka, a tam spotykam...
- Geris? - Jestem na wpół uśmiechnięty, na wpół zdziwiony. No tak! Przecież border jest lekarzem!
- Em... No tak, tak się nazywam... Coś się stało?
- Słuchaj, mam prośbę... Może nietypową, ale mimo wszystko...
- Tak? - Pyta z lekkim przestrachem w oczach.
- No więc... Mamy pewne problemy jakby... - Tak, tak, mam problemy z wysławianiem się. Sam jestem tak zagubiony, że cały dygoczę i na siłę powstrzymuję łzy. - Wiesz zapewne, co się stało. Chili nie da rady być dłużej Betą, a ja ledwo sobie radzę. Nageezi jest szczenięciem, jak i potomstwo Bet. Wiem, że byłeś w starej SPG...
- Chyba wiem do czego dążysz...
- I..? Geris, proszę, chociaż na chwilę. Znajdź sobie pomocników, poproś o to nawet Casey, czy też Jasona... Ale proszę, zgódź się, nie mam wyjścia...

Geris? 

*Jest takie słowo?

wtorek, 20 stycznia 2015

Od Hockey'a - CD historii Casey

 Rozdzierający ból głowy górował nad wszystkim innym. Czułem tylko go. Nie było niczego poza nim. Dosłownie niczego. Nie było kolorów, uczuć, myśli... Nie myślałem, co się ze mną dzieje, zapomniałem nawet o myśleniu. Dopiero kiedy oślepiający blask zaczął przywracać mnie do rzeczywistości. Kiedy wśród tego wszystkiego pojawiły się kształty, ból stał się niewiarygodny. Zamknąłem oczy, czując go z coraz większą siłą.
- Hock?
 Lekko podciągnąłem nogi. Zwinąłem się w cierpieniu. Nie wiedziałem, co się działo.
- Ho-ock?
 Otworzyłem nagle oczy. Zobaczyłem wilka, Nageezi, drogę, samochód. Zorientowałem się, jak szybko oddycham. Usiadłem, a przed sobą ujrzałem Casey.
- Hockey? - Spytała. - Jak się czujesz?
- Chyba nieźle... - odpowiedziałem z lekkim wahaniem. Spróbowałem wstać, ale ból był niewiarygodny. Skrzywiłem się.
- Lepiej poleż... - W oczach Casey widoczna była troska.
- Może masz rację... - opuściłem się i dość mocno upadłem na bok.
 Nagle poczułem, że coś jest nie tak. Nie wiedziałem jeszcze co, ale coś było. Cas to zauważyła.
- Słuchaj, Hock... - Zaczęła. - Bardzo się baliśmy, ale ostatecznie się udało. To pierwszy taki zabieg w sforze...
 Zrozumiałem nagle, co jest nie tak. Spróbowałem poruszyć tylną łapą, ale jej nie czułem... Na chwilę mnie zmroziło, ale kiedy uniosłem łeb...
 Nie miałem nogi.
 Tylna prawa łapa nie była już łapą. To był tylko fragment uda.
- Samochód kompletnie ci ją pokiereszował. Nie mieliśmy wyjścia.
 Westchnąłem, kładąc łeb na podłodze. Musiałem... odpocząć i poukładać to sobie. Nie miałem nogi. Tylnej kończyny. Czy będzie tak samo? Jak miałem teraz walczyć? Jak być alfą? Jak żyć?
- Hockey?
- Daj mi... przemyśleć to wszystko.
 Zamknąłem oczy, ale słyszałem, jak odchodzi. Co ja miałem teraz zrobić...?  
 Nagle ktoś jeszcze wszedł do szpitala. Starał się być cicho, kiedy prosił Casey o chwilkę. Usłyszałem tylko ciche szepty, a potem jęk suczki. Nie wiedziałem wtedy, co się szykuje...

Casey? Mam nadzieję, że domyślasz się, o czyjej śmierci dostałaś wiadomość?

niedziela, 14 grudnia 2014

Od Hockey'a - CD historii Drina

 Patrząc na Drina poczułem ukłucie. Na sercu. Przez ten cały czas obserwowałem ich razem i cieszyłem się z nimi. Teraz jakby... Coś zabolało. Chyba w końcu poczułem, że Chili odbija mojego przyjaciela? Że po wojnie nie bedzie mieć czasu dla mnie, tylko dla swojej suczki i szczeniąt. Zresztą nie chciałem im przeszkadzać.
 Wtedy nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia, co się zdarzy. Jaki popełniłem błąd.
- Haha, naprawdę? - Usłyszałem śmiech. - Kurna, Pammelito, nie żartuj!
 Zamurowało mnie. Pammelito? To nie od nas. Stanąłem i przemyślałem to, co usłyszałem. Navydeer jest daleko, ale granica nie. Znajduję się w tej części Avendeer, która jest najmniej pilnowana. TUŻ PRZY GRANICY. Wilki to nic dziwnego. Ostrożnie więc postawiłem kilka kroków w tył. Wtedy jednak pojawił się inny zapach. Zapach mi tak dobrze znany, tak przeze mnie uwielbiany... Kto posadził tu te cholerne krzaki!?
- Pam?
- Załatwię to.
 Wrogowie ukazali się przede mną. Jeden z nich trzymał w pysku kogoś, z kim jestem tak blisko... Nageezi.
 Działałem pochopnie, ale to małe stworzenie jest dla mnie wszystkim. Nie mogłem pozwolić, by ktokolwiek ją skrzywdził! Rzuciłem się do ataku, wyrażając całym sobą agresję. Pierwszą ofiarą mojego ataku jest wilk bliżej mnie. Z rozpędu uderzam w niego przednimi łapami, zaciskając szczęki na jego gardle. Nic nie myśląc szarpię go, bez zastanowienia. Nie stosuję żadnej metody, jak zawsze, nie, teraz walczę o Ezi. Kątem oka zauważam drugiego napastnika, kładącego na ziemi moją córkę i dołączającego do walki. Odpycham tego pierwszego i, uderzając bokiem w drugiego, chwytam Nageezi w pysk.
 Bez zastanowienia ruszyłem przed siebie. Chyba pobiłem kilka rekordów, biegnąc na oślep. Kluczyłem między drzewami. Byle jak najdalej stąd.
 Krzaki kaleczyły moje nogi, kamienie opuszki, ostra kora drzew boki, gałęzie pysk. Pył i błoto osadzały mi się na sierści, kałuże pojawiały się nagle. Biegłem przed siebie, jak ofiara przed drapieżnikiem. Nie mając pojęcia dokąd, czułem tylko, że wilki depczą nam po piętach.
 Siła zaczęła ustępować zmęczeniu. Zapas energii się skończył, a ja musiałem zapewnić małej bezpieczeństwo. Jej piski dopiero teraz zaczęły docierać do moich uszu. Była padnięta i w bardzo złym stanie. Ledwo żyła. Chyba nie chciałem wiedzieć co się z nią działo. A ja już nie miałem sił, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo...
 Nagle wilgotny mech zamienił się w coś twardego i szorstkiego. Drzewa znajdowały się dopiero parę metrów przede mną. Po bokach, jak na ścieżce, nie było ich wcale. Znajdowałem się na dróżce, ale szerszej, twardszej i raczej na pewno nie tylko wydeptanej. Na środku miała wymalowane dwa białe, niekończące się pasy.
 Rozejrzałem się. Nie miałem wyjścia. Wziąłem zamach i przerzuciłem Nageezi na drugą stronę.
- Biegnij do domu! - Krzyknąłem. - Znajdź kogoś od nas, niech ci pomoże! Uciekaj!
 Mała z trudem wstała na nogi. Popatrzyła na mnie z przerażeniem, ale pobiegła dalej, znikając w gęstwinie. Westchnąłem i zawróciłem. Z wrogiem spotkałem się tuż przy drodze. Mogłem się tylko modlić, by Nageezi dotarła w bezpieczne miejsce.
 Żółte ślepia wpatrywały się we mnie z nienawiścią. Pełne czystej agresji, zbliżały się z przerażającą prędkością. Przeniosłem ciężar ciała na tylne nogi, by w ostatniej chwili rzucić się na stworzenie. Rozpoczęła się kolejna walka. Prowadziliśmy na przemian, raz ja, raz on.
 Chwyciłem go zębami za bok. Szybko wyrwał się, ale krew pociekła z miejsca, gdzie zacisnąłem szczęki. Wstał na tylne nogi i dwoma uderzeniami przepchnął mnie na twardą dróżkę. Basior był ode mnie dużo większy, więc dał radę powalić mnie na ziemię. Głową uderzyłem w twardą nawierzchnię. Reszta mojego ciała znajdowała się nadal w trawie. Leżałem na plecach, wilk przygniatał mnie. Patrzyłem na jego złowieszczy pysk, obarczony triumfalnym uśmiechem. Patrzyłem śmierci w oczy.
 Nagle dziwny, acz głośny szum, a moze raczej ryk, dobiegł zza zakrętu dróżki, czy tam raczej drogi. Nasze pyski powędrowały w tym kierunku. Oślepiające światło buhało z dwóch ślepi umieszczonych tuż nad ziemią i pędzących ku nam. Na początku nie rozpoznałem, czym to było. Jednak nie było to ważne. Coś tak potężnego mogło zabić, taranując ofiarę. Wykorzystałem chwilę nieuwagi wilka, i gdy potwór był już blisko, tylnymi nogami uderzyłem w jego brzuch, jednocześnie robiąc przewrót w tył i lądując na górze, tuż przed pędzącym monstrum. Odskoczyłem, zanim ten zdąrzył również mnie potrącić. Jednak nie zdążyłem... Rozległ się pisk, kiedy jeszcze byłem w powietrzu i coś szarpnęło mnie za nogę. Straciłem orientację. Wszystko przyspieszyło. Leciałem, obracając się wokół własnej osi. Przeturlałem się po mokrym od świeżo rozpoczętego deszczu grzbiecie potwora. Zdążyłem tylko zanotować, że za nim pędził drugi, taki sam, a także, z takiej odległości spostrzegłem w monstrach kształt wydłużonego, zniekształconego samochodu ludzkiego. Oba znalazły się niebezpiecznie blisko siebie, kiedy wilk znalazł się między nimi. Zanim usłyszałem trzask, wpadła tam też moja noga.
 W momencie uderzenia została tylko ciemność.

Kto chce znaleźć zmasakrowanego wilka i Hockey'a? (Proszę o nie uzdrawianie Alfy.)

piątek, 28 listopada 2014

Od Hockey'a - CD historii Sarabi

Słowa Sarabi w pewnym sensie mną wtrząsnęły. Nie spodziewałem się zaprzyjaźnić z nią, nie wyglądała na kogoś, z kim potrafiłbym się zaprzyjaźnić. Jednak po tych paru tygodniach rzeczywiście się przybliżyliśmy. A nie ma wielu psów, z którymi spędziłbym tyle czasu... Będąc szczerym, jestem tu Alfą, niby znam wszystkich, o każdym coś nie coś powiedzieć potrafię, ale nie mam tu jakoś wielu przyjaciol, jest ich zaledwie paru... To przykre, ale prawdziwe... Spoglądałem właśnie na jedną z nielicznych przyjaciółek, która na prawdę udowodniła, że nią jest, ratując mi życie, jednocześnie poświęcając swoje. Musiałem coś zrobić, zanim będzie za późno. Jaskinia medyków jest spory kawałek stąd, bo nie da się ich rozstawić wszędzie.
- Wszystko będzie dobrze - szepnąłem, gdy łeb suczki upadł na ziemię. - Wytrzymaj jeszcze chwilę.
 Rozejrzałem się w poszukiwaniu pomocy. Na polu walki był też Camper. Był cały, wprawdzie poraniony, ale cały. Szybko go zawołałem, a on równie szybko zareagował i znalazł się obok mnie. Obiecał, że zaraz wraca, ale powiedział też, żebym już zabrał Sarabi do medyków, mieliśmy się spotkać po drodze. Jak powiedział, tak zrobił. Ja ostrożnie wziąłem suczkę na grzbiet i powoli udałem się do groty. Droga się dłużyła, miałem wrażenie, że z każdą chwilą ją tracę. Myślałem, że minęła wieczność, nim Camper i Gabriel ukazali się na widoku. A pewnie minęły zaledwie minutki...
- Hockey! - Krzyknął husky. - Biegnij, przydasz się gdzie indziej, my weźmiemy Sarabi. Przyjdź po prostu później.
 Pokiwałem głową. Camper jeszcze szepnął coś pod nosem i odeszli. A ja stałem jeszcze chwilę, nim zdołałem się ruszyć. Wtedy otrzepałem się i skierowałem do lasu.

Sarabi? Żyjesz jeszcze?

niedziela, 16 listopada 2014

Od Hockey'a - CD historii Arashi

- Arashi - szepnęła krótko i niewyraźnie. Czułem i słyszałem, że schodzi. Nawet po fakcie, że już wspominała o swojej tożsamości na początku.
- A więc, Arashi, witaj a Sforze Psiego Głosu. Liczę, że długo tu zabawisz - to mówiąc, ostrożnie położyłem ją na ziemi. - Casey! - Krzyknąłem na wejściu. Zamiast niej, wyszedł Geris. Nie musiałem tłumaczyć.
- Casey! - Krzyknął opanowany, ale z lekkim przerażeniem malującym się na pysku. Kiedyś byłoby inaczej, byłby spanikowany, ale już zdążył się przyzwyczaić. Wojna... - To coś poważnego, na serio!
 Chwilę później przebiegła buhundka z Gabrielem. Szybko zabrali Arashi i zanieśli ją na stanowisko.
- Kto to? - Zapytał collie, patrząc, jak jego współpracownicy przenoszą owczarka.
- Arashi. Nie znasz, ja też nie. Przed chwilą ją znalazłem.
- A wiesz co...? Myślisz że to wilki?...
- Ech... Pożar. Wilki raczej nie miały z tym nic wspólnego.
- Rozumiem - ruszył żeby pomóc przy ciężkich ranach suczki, a ja za nim. - Wybacz, Hock - zatrzymał mnie - ale lepiej by było, gdybyś został tu...
- Dobra, wybacz... - Szepnąłem i wyszedłem. Na początku usiadłem na jakimś głazie przy jaskini. Siedziałem tak chwilę, ale nie mogłem pozbyc się widoku ran Arashi. Były okropne. Ja nie miałem do czynienia z czymś takim, ale lekarze pewnie tak.
 Później poddałem się tej walce i poszedłem nad jezioro. Przemyłem pysk zimną wodą, ale i to nic nie dało. Mimo wszystko dużo czasu spędziłem w wodzie. Następnie wróciłem do tymczasowej jaskini medyków, aby czarować pod nią. Minęło parę minut, a wyszedł Gabriel.
- Możesz już wejść. - Powiedział. - Przynajmniej do Arashi, jeśli chcesz zobaczyć, co z nią.
 Pokiwałem głową. Chciałem zobaczyć, na co stać naszych medyków.
- O, hej Hock - uśmiechnęła się Casey. - Kolejna uratowana istota. Jest jeszcze nie do końca świadoma i nie doszła do siebie, ale najgorsze już za nią.
 Spojrzałem na suczkę. Nadal brudna od krwi i błota, ale już nie krwawiąca, a nawet poparzony bok wyglądał ciut lepiej.
- Hej - powiedziałem cicho - Arashi? Jak się czujesz?
 Suczka uniosła lekko łeb i spojrzała na mnie lekko nieobecnym wzrokiem.

Arashi?

sobota, 15 listopada 2014

Od Hockey'a - CD historii Darena

 Uśmiechnąłem się na widok nowej suczki w Sforze. Zwłaszcza z tak pozytywnym nastawieniem. Bałem się, że wojna ją zniszczy, ale może uda się tego nie dokonać.
- Witaj! - Uniosłem głowę w akcie powitania. - Cieszę się, że postanowiłaś dołączyć do naszej sfory.
- Gracias, to dla mnie prawdziwa przyjemność.
- Gra... wybacz, nie dosłyszałem?
- Hera mówi w obcym języku - wyjaśnił Daren.
- To prawda - potwierdziła suczka. - Hiszpański.
- Ach, języki to dla mnie obcy temat - zaśmiałem się. - Obejrzałaś już tereny?

Hera lub Daren?

sobota, 8 listopada 2014

Od Hockey'a - CD historii Drina

Siedziałem wgapiony w niebo. Niecierpliwiłem się. Punkt kulminacyjny był tak blisko...
- O co chodzi? - Głos Drina wybił mnie z zamyślenia. Odczułem w nim stres.
- A tobie co? - Odpowiedziałem pytaniem. Ale wciąż się nie odwróciłem.
- Spodziewamy się potomstwa - odpowiedział szybko. - A teraz do rzeczy.
 Odwróciłem głowę w jego stronę i powiedziałem spokojnym głosem: Drin. Zaczyna się, mamy mało czasu.
- O czym ty...? O, nie...
- Zbieraj psy.
- Nie, Hock, to nie jest dobry moment...
- Nie będzie lepszego.
 Zamilkł. Wiedział to doskonale. Spuścił nieznacznie łeb, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął.
- Wybacz, przyjacielu... - szepnąłem.

Drin?

czwartek, 6 listopada 2014

Od Hockey'a - CD historii Feawen

 Potrzebowałem chwili odpoczynku. Wojna nie służyła moim nerwom, ani w ogóle całemu mnie. Sierść nie była już puszysta, cała posklejana czerwoną posoką, do której widoku, choć niegdyś tak okropnego, zdążyłem się już przyzwyczaić. Sfora malała, Fallendeer było pod zagrożeniem. Mieliśmy mało czasu, bo wkrótce mogło nas nie być. Powstanie w Navydeer, a następnie atak na siedzibę wilków zbliżał się do realizacji, a ja padalem z nóg. Musiałem chwilę odpocząć, do tego Nageezi mnie dobija. Uwielbiam ją, mimo iż sprawia duzo problemów i trudno się z nią dogadać...
 Tak więc zostawiłem ją na chwilę pod opieką lekarzy, a sam udałem się trochę pomoczyć. Zależało mi na odświeżeniu wyglądu i umysłu, odpoczęciu od wszystkiego.
 W wodzie przebywał już inny pies, ale nie przeszkadzało mi to. Miałem nadzieję na miłe towarzystwo, więc powolnym krokiem zbliżyłem się to nieskazitelnej wody. Niespiesznie zamoczyłem łapy i idąc płycizną ustawiłem się na wysokości psa. Z tej odległości nabrałem pewności co do tożsamości towarzysza - to Feawen. Suczka uniosła uszy, kierując głowę w moją stronę. Z jej pyska kapała woda, zabarwiona lekko krwią. Nie potrafiłem rozpoznać, czy jest wilcza, czy może należy do zwierzyny łownej. Podszedłem bliżej, uśmiechając się blado. Fea przyglądała mi się w milczeniu. Musiałem odezwać się pierwszy.
- Hej - rzuciłem, nie wiedząc za dobrze, się jak przywitać, ani co powiedzieć. W końcu samica nie należał do mojego małego grona przyjaciół, ale nie powinienem jej też traktować z gôry. Nikogo tak nie traktuję. - Żyjesz jakoś?

Feawen?

wtorek, 4 listopada 2014

Od Hockey'a - CD historii Elaine

  Westchnąłem. Byłem zmęczony i osłabiony, a sa... Nageezi to kolejny problem. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, może przynieść olbrzymie zagrożenie i w ogóle, ale... Ale nie wiedziałem co innego mam z nią zrobić.
- Wybacz - powiedziałem. - Obiecuję, że już cię z nią nie zostawię. Nie musisz się o to martwić.
 Elaine uniosła uszy. Wyglądała, jakby dotarły do niej jakieś ważne wieści.
- Znalazłeś jej rodziców? - Zapytała. - A może wilki chcą ją przygarnąć?
- Nie, nie pozbywam się jej. Nic nie znalazłem, nie mam pojęcia co z nią było, ani co będzie. Ale sam się nią zajmę.
- Chcesz ją... zaadoptować? - Popatrzyła na mnie jak na wariata. - Sarnę? Wiesz, w co się pakujesz?
- Tak, sarnę i nie, nie wiem. Ale czas pokaże.
- Dobrze, nie moja sprawa. Ale jak cię zatłuką za to, że wykradłeś im dziecko, to nie moja sprawa.
 I tak wyszła. Cóż poradzić?
 Skierowałem się do młodej. Leżała skulona i przestraszona, ale na mój widok nieco się uspokoiła. Wiedziałem już, że będzie nam ciężko, ale przynajmniej będę miał kogoś bliskiego. Może...

Jeśli ktoś z Navydeer, zwłaszcza Elaine, Verona bądź Casey, chce kontynuować - droga wolna.

Od Hockey'a - CD historii Sarabi

- Tak. Wojownicy, wszyscy i do tego niektórzy pełniący inne stanowiska.
 Suczka pokiwała głową.
- Rozumiem, że powinnam iść walczyć?...
- Dobrze by było... Teraz jesteśmy w krytycznej sytuacji, każdy się przyda... - Sarabi spuściła łeb, ale powoli ruszyła szukać jakiejś bitwy. - Nah - szepnąłem do siebie i podbiegłem do niej. - Pójdę z tobą - dodaję przy niej.
 Sarabi zerknęła na mnie z miną, której nie potrafiłem rozszyfrować. Ale mimo wszystko uśmiechnęła się. Nic nie mówiła, jak ja. Szliśmy powoli przez dłuższy czas. Dopiero odgłosy walki zachęciły nas do zmienienia tempa. Spojrzeliśmy na siebie jeszcze raz, po czym wskoczyliśmy w środek walki. Cóż, takie życie...

 Sarabi? Tak, to się nazywa brak weny :P

piątek, 17 października 2014

Od Hockey'a - CD historii Elaine

 Chwilę musiałem przetrawić to, co usłyszałem. Teoretycznie Elaine miała rację - po pierwsze, zazwyczaj maluchy nie błąkają się samotnie po lesie. Zwłaszcza tak wyjątkowe. Po drugie, powinno mnie obchodzić bezpieczeństwo Sfory i to bardziej niż nieznanego pochodzenia zwierzę. Zerknąłem kątem oka na Nageezi. Było w niej coś... coś, co kazało mi się nią zaopiekować. Ale... co jeśli to pułapka? Albo jej rodzice jej szukają?
- Casey teraz je ze wszystkimi - odezwałem się. Elaine spojrzała na mnie jak na idiotę.
- Co? - Spytała z przymrużonymi oczami.
- Powiedz jej, że przez chwilę ona rządzi. Idę sprawdzić okolice, w których ją znalazłem.
- Co? - Powtórzyła. - Zwariowałeś do reszty? Najpierw przygarniasz sarnę...
- Nageezi.
- ...Nageezi, a potem jeszcze bez obstawy w środku wojny chcesz sprawdzić skąd w ogóle ją wziąłeś!? To nie może poczekać? Albo wyślij tam kogoś!
- Dobra. Więc idź.
- Ale czy ja powiedziałam, że mnie? - Spiorunowała mnie wzrokiem. - A zresztą... To jak się ta suczka miała nazywać?
- Casey.
 I husky odwrócił się, kierując się w kierunku reszty. Ja tymczasem obrzuciłem młode zwierzątko szybkim spojrzeniem, aby upewnić się, że mocno śpi, po czym wybiegłem z nory. Lucky byłby przydatny, ale dawno go nie widziałem. Jason natomiast zajmuje się pewnie teraz Jessy. Zostałem póki co sam i nie zamierzałem oddawać się pod obronę dowolnemu psu. Nie, to by było głupie...
 Podążając za zapachem, dotarłem do polanki, na której po raz pierwszy widziałem małą samiczkę. Stanąłem na środku i nabrałem powietrza. Niestety, oprócz rozmytej woni Nageezi nie podchwyciłem niczego ciekawego. Chwilę jeszcze połaziłem po okolicach, omiatany zimnym wiatrem. Spojrzałem w górę. Białe chmury wróżyły śnieg. Jednocześnie tak chciałem, aby zaczęło prószyć! Ale z drugiej strony nie chciałem, abyśmy musieli walczyć zimą.
- Hah, kogo tu mamy? - Rozległo się z tyłu. Obróciłem się momentalnie. - Alfa? - Wilk uśmiechnął się szeroko. - Czyżbym miał przed sobą tego groźnego, potężnego Alfę Sfory Psiego Głosu?
 Warknąłem w odpowiedzi. Najeżyłem grzbiet ostrzegawczo.
- Ty ich prowadzisz, co? - Zaśmiał się. - Nie macie szans, kochasiu. Z tobą na czele...
 Już chciałem się odgryźć, gdy wiatr zmienił kierunek. Dobiegł do mnie nowy zapach, ale już za późno. Zostałem przygnieciony do ziemi przez innego wilka. Wgryzł się w moją szyję. Usłyszałem własny pisk. Mogłem już tylko miotać nogami, ale nic poza tym.
- To koniec - mruknął pierwszy - mamy już ciebie, tego salukiego nie będzie trudno dobić.
- Cóż, nie byłbym tego taki pewien - poznałem ten głos od razu.
 Jason zdążył odepchnąć ze mnie napastnika, po czym rzucił się na pierwszego. Wstałem, zachwiałem się i wgryzłem w tchawicę napastnika. Szybko pokonaliśmy oba wilczki.
- Jason, jak miło cię widzieć - uśmiechnąłem się.
- A co? - Stanął dumnie. - Obrońca Alfy gotowy do pracy!
 Spojrzałem na niego wdzięcznie.
- Kuzynie, idziemy do ciebie. Tam jest główny medyk, co? - Spojrzał na mnie krytycznie.
 Nie potrzebował słów potwierdzenia. Krwawiłem mocno i słabłem, musiałem wracać.
 Na miejscu wszyscy dopytywali się, co się zdarzyło. Jason próbował odepchnąć atak, ale przegrywał. Casey natomiast najpierw na mnie nakrzyczała, że odbiegłem ryzykując życie, że na nią zwaliłem odpowiedzialność, a potem przejęta swoimi obowiązkami, szybko mnie opatrzyła. Suczki...
- No, zdobędę później Veronę i zszyjemy to lepiej - stwierdziła - a teraz idź odpocząć. I ta nowa kuleczka się zbudziła...
 Od razu się zerwałem z miejsca. Nageezi! Wybiegłem szybko, ale po drodze zatrzymała mnie Elaine.

Elaine?

niedziela, 12 października 2014

Od Hockey'a - CD histori Elaine

 Przekrzywiłem głowę w krótkim zamyśleniu.
- Jakby się tak zastanowić, to masz rację.
- Tylko nie przyprowadź nam tu żadnej sarny - mruknęła żartobliwie.
- A dlaczego? Jeść będzie co. 
 Uniosła głowę, by zobaczyć dokładniej szczenię.
- Jakby się zastanowić, to ona też wygląda sarnowato.
- Nawet o tym nie myśl - powiedziałem krótko, ziewając już. - Nie zjesz Nageezi.
- Nageezi? Nazwałeś ją?
  Gabriel przekręcił się na drugi bok, strzygąc uszami. Nie był już w fazie REM*.
- Dobra, jutro porozmawiamy - przerwałem więc. - Teraz już śpij.
- Jasne - zmroziła mnie wzrokiem.
- Dobranoc - nie zwróciłem na nią szczególnej uwagii. 

Elaine, chcesz nadal kontynuować? Ew. ktoś inny z Navydeer?


*REM lub sen paradoksalny – faza snu, w której występują szybkie ruchy gałek ocznych (ang. Rapid Eye Movement). Najgłębsza faza snu, w której pojawiają się marzenia senne.

Od Hockey'a

 Dzień wcześniej rozmawiałem z Fartem. Mówił mi, że rozpoczyna szkolenie do walk. Zaproponowałem mu pewien układ, na który przystał.
 Tego dnia mieliśmy zacząć. Potrzebowaliśmy już nowych wojowników.
- Grave! - Krzyknąłem wpadając do jaskini. - Idź walczyć!
 Pies uniósł łeb w zdziwieniu.
- Ale co zrobię z młodymi? Jeszcze przecież nie są zbyt duże, a Sasza jest u wrogów.
- Grave... One mają już praktycznie rok -
- Ale same sobie jeszcze nie poradzą, gdy ktoś zaatakuje.
- Słuchaj... Fart jest w drodze. Jako że malce już nie są do końca malcami, przejdą szybki trening.
 Szczeniaki popatrzyły na Grave'a w zdumieniu. Wyglądały już niemal jak dorosłe psy, ale duszą były wciąż małe i bezradne.

Grave? Szczeniaki?

Od Hockey'a - CD historii Drina

 Pies na chwilę zamilkł. Jego oczy zdawały się powiększyć kilkukrotnie, po czym nagle potrząsnął łbem.
- Ale... - Szepnął. - Ale jak!? - Spojrzał mi prosto w oczy. Nie dowierzał, nie wiedział co się dzieje. Tak jak ja wcześniej, nie mógł uwierzyć, do czego doszło. Wilki zawładnęły Navydeer!? Jak to możliwe? Nie wiedział, co się dzieje. Jak ja wcześniej. - A co z członkami?
- Większość z nich została ewakuowana. Niektórzy mają problem ze schronieniem. Chciałem się też zwrócić o pomoc... Przyjąłem już paru, ale jest ich za dużo.
- Jasne... Znaczy, spytam jeszcze Chili, ale na pewno się zgodzi w takiej sytuacji.
- Dzięki - uśmiechnąłem się blado. - Drin... - Dodałem po chwili.
- Hm?
- Musimy to wygrać.
- Wygramy - odpowiedział, a jego wargi lekko zadrżały. Być może z szoku, być może chciał się uśmiechnąć dla otuchy. Zerknął na mnie ponownie, po czym oboje, jak jeden mąż, odwróciliśmy się i skierowaliśmy we własne strony.
 Nie powinienem był się błąkać po lesie bez obrońców, ale w tej sytuacji nie chciałem nikogo przy boku. Starałem się stąpać jak najciszej, żeby nie zwrócić czyjejść uwagi. Póki co jednak Olimpus jest chyba bezpiecznym miejscem, więc niezbyt musiałem uważać na wilki.
 Idąc tak, uniosłem głowę. Światło księżyca cudownie oświetlało gałęzie drzew. Liście cicho szeleściły na wietrze, a pierwszego śniegu nie było nam dane jeszcze zobaczyć. Owszem, wiatr był już bardziej niż chłodny, a drzewa wyłysiały, mimo wszystko do zimy było wciąż za daleko. Ta zimowo-jesienna atmosfera była upiorna sama w sobie, wycie wilków w oddali zdecydowanie nie pomagało poczuć się bezpieczniej.
 Wciąż rozmyślałem o utracie sektora Maybe. Może i nie była już Gammą, ale nadal kojarzy się z tymże miejscem. Nadal była dla mnie ważna... ale czy aż tak? Nie, nie o tym teraz pora myśleć. Straciliśmy sektor. Drin miał o tym teraz powiedzieć Chili. Jutro już wszyscy będą wiedzieli. I co to zmieni? Czy nas zdołuje na tyle, byśmy stracili całego ducha walki, czy może zmotywuje do sprawdzenia nowych rozwiązań, żeby pognać ku zwycięstwu?
 Powietrze było dość ostre, ale zapachy wspaniałe. Uwielbiam zapach zimy w lesie. Zamknąłem oczy, by na chwilę się nim rozkoszować, gdy do nozdrzy dotarł mi kolejny, obcy zapach. Niby psi, ale jakby nie. Coś w nim było z wilka, ale czy aby napewno? Odwróciłem głowę w kierunku, z jakiego przybył. Przyniósł go mocniejszy podmuch wiatru, więc mógł przyjść z daleka. Nie powinienem się nim przejmować, nie teraz, nie bez jakiejkolwiek ochrony. Jestem silny, ale jako Alfa muszę o siebie dbać. Poszedłem więc dalej. Ale tylko kilka kroków, po czym skręciłem. Walczyłem z sumieniem, nakazywało mi się zatrzymać, zanim wpadnę w jakąś pułapkę. Ale silna wola wygrała. Chęć poznania tej rzeczy, tego, co rozpowszechniło zapach... Musiałem to znaleźć i dowiedzieć się, czymże było.
 Przedzierałem się przez zarośla szybko, ale nie biegłem. Wciąż zachowałem rozsądek. A zapach, mimo zmniejszenia się siły wiatru, tylko rósł w siłę. Do tego doszły dźwięki. I znajomy zapach wilka, ale bardzo delikatny. Zwolniłem, ale tylko na chwilę. Cel był blisko.
 Nagle ujawniła się ruda kulka, od której znacząco odbijało się światło księżyca. Szybko wskoczyłem za dużego dęba. Ostrożnie wychyliłem łeb zza pnia, modląc się przy tym, by nie zmienił się kierunek wiatru. Moim ślepiom ukazała się mała, długonoga postać, pięknie oświetlona naszą ziemską satelitą. Czymże była? Wyglądała z tej odległości trochę jak pies, a trochę jak wilk. Miała też coś z sarny. Dziwna kreatura z kimś mi się kojarzyła, ale gdy leżała tak, zwinięta w kłębek i cała się trzęsąc, zrobiło się jej przede wszystkim szkoda. Wyjrzałem bardziej zza drzewa, rozglądając się przy tym, czy w okolicy nie ma nikogo, głównie żadnego wrogiego wilka. Podszedłem bliżej małego stworzenia. Widać było wyraźnie, że jest to szczenię jakiegoś psowatego. Maleństwo szybko uniosło łeb i zerknęło mi swoimi malutkimi ślepiami w oczy. Było w nich widać strach i zmęczenie. Przełknęło ślinę, jednocześnie spinając mięśnie. Szykowało się do ucieczki.
- Spokojnie - szepnąłem. We wszechogarniającej ciszy słychać mnie było aż nazbyt wyraźnie. - Nic ci nie zrobię. Jestem Hockey.
 Postawiłem krok w przód. Piesowaty wstał pospiesznie. Zatrzymałem się.
- A ty? Potrzebujesz pomocy?
 Kreatura zlustrowała mnie wzrokiem, trzęsąc się przy tym niemiłosiernie.
- Gdzie twoja rodzina? - Spróbowałem ponownie.
- Nageezi - rozległ się jej wysoki, cichy głosik. Nic więcej nie odpowiedziała, a przybliżyła się ostrożnie. Tylko kawałek, by spróbować coś zwęszyć.
 Zawiał zimny wiatr. Oboje z nas przeszedł zimny dreszcz. Mała skuliła się. Marzła, i to porządnie.
- Choć ze mną - uśmiechnąłem się delikatnie. Wszystko inne przestało się liczyć.
 Nageezi uniosła pyszczek, patrząc na mnie nieufnie.
- Nic ci nie zrobię. Mam przytulne mieszkanko.
 Ona jednak została w miejscu. Szkoda mi jej było, ale co zrobić? Postawiłem krok w kierunku nory. Gdy ona nie reagowała, szedłem dalej. Gdy odwróciłem pysk w kierunku domu, usłyszałem ciche kroczki. Uśmiechnąłem się do siebie.
 Gdy już byliśmy tuż przy moim mieszkanku, paleta zapachów z niego dobiegająca przypomniała mi o gościach z Navydeer. Jak mam tam wprowadzić Nageezi? Jeszcze jeśli ona wygląda tak obco? Mimo wszystko stanąłem obok wejścia i uśmiechając się najserdeczniej jak tylko potrafiłem, spojrzałem na małą istotkę. Ona, z przednią łapą zawieszoną w powietrzu, zerknęła najpierw na mnie, potem na otwór. Gdy pokiwałem głową, ona wbiegła do środka. Cicho podążyłem za nią.
 Na ziemi leżało kilka psów. Gdy nieśmiała samiczka przeszła obok nich, niektóre strzygnęły uszami; ale nikt się nie obudził. Na szczęście. Zaprowadziłem nowego gościa do swojego prowizorycznego pokoju i pozwoliłem jej umościć się na moim legowisku. Sam położyłem się w "kącie", by jej nie przeszkadzać. Wciąż trzęsąc się, Nageezi zasnęła. Tu przynajmniej było ciepło.
- Do jutra - szepnąłem. Ale już nie mogła mnie usłyszeć.

Ktoś z Navydeer miałby ochotę dokończyć?

czwartek, 9 października 2014

Od Hockey'a - CD historii Nixy

- Co do... - Obróciłem się w stronę Nixy. Suczka zawsze budziła we mnie jakiś respekt, w końcu urodziła się w poprzedniej Sforze i była ode mnie starsza. Jednak tym razem mnie zadziwiła, jesli nie zirytowała. O czym mówi jednak zorientowałem się dopiero po chwili. - Ach, to Carmen. Nie przejmuj się nim, teraz lepiej bać się wilków.
- Ale on... jest różowy.
- Trudno. Nie jestem rasistą. Może ci wytłumaczy dlaczego, jeśli go poprosisz.
 Suczka uniosła głowę i przechyliła ją. Nie miałem pojęcia, co siedzi w jej głowie.
- A... wiesz co?
- Słucham. Byle szybko.

Nixa?

poniedziałek, 15 września 2014

Od Hockey'a - CD historii Sas Vegasa

- Wiesz, Sas... Oni się bardziej kierują węchem, więc nie bardzo się wmieszasz... - Pies spuścił głowę w zrozumieniu. - Ale... Na odległość mógłbyś ich trochę poszpiegować... - Olśniło mnie. Przedstawiłem Vegasowi plan. Psu wyraźnie podpasował. Delikatny uśmieszek na jego pysku pojawił się momentalnie.
- Wojny dzięki temu nie wygramy, ale technikę wroga rozpracujemy - uśmiechnąłem się. - Powodzenia.
 Sas pokiwał nam głową na pożegnanie, po czym obiegł przygotować się do misji...

Sas Vegas? Liczę na kreatywność ;)