Tollerowi zakręciło się w głowie. To miało wydarzyć się właśnie dzisiaj. Dzień, na który oboje czekali kilka tygodni. Szybko musiał się uspokoić - a raczej nie tylko siebie.
- Będzie dobrze. - wykrztusił. Na szczęście byli wyjątkowo blisko szpitala. Udał się tam jak najszybciej i, niewiele myśląc, krzyknął: - Roxo rodzi!
Lekarze widocznie byli przyzwyczajeni do widoku przerażonych młodych rodziców, ale nie zlekceważyli Nigera. Geris pobiegł za nim, towarzyszył mu jeszcze wysoki, silny pies, którego retriever nie znał. Przenieśli Roxo do groty Hospitallo. Tam się nią zajęli. Pies niestety musiał zostać na korytarzu. Przez kilka godzin krążył w tę i z powrotem. Od tylu dni nie mógł się doczekać tego dnia, ale zdecydowanie inaczej sobie to wyobrażał. Stres, przerażenie i niepewność znacząco różniły się od jego marzeń.
Teraz pozostawało mu tylko czekanie. Westchnął głęboko. Raz, dwa, trzy... Jak był mały, liczenie często pomagało mu zmniejszyć lub wyeliminować gniew. Może w tym przypadku też mu pomoże. Cztery, pięć, sześć, siedem...
Westchnął głęboko. Po tak długim oczekiwaniu ogarnęło go zmęczenie. Wystarczyło, że położył się gdzieś, zamknął oczy... i zasnął.
Obudził się po dwóch godzinach. Czuł, że chyba już jest po wszystkim. Już nawet nie liczył, jak długo tu siedział. Władało nim wyczerpanie, ale i nie do opisania strach.
Wreszcie z groty wyłonił się Alex. Niger niewiele mógł wyczytać z jego 'twarzy', ale wydawało mu się, że nie były to złe wieści.
Chyba się udało.
Roxo? Przepraszam, że tak późno...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niger. Pokaż wszystkie posty
piątek, 28 lipca 2017
niedziela, 25 grudnia 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Słowa wypowiedziane przez aussie rozbrzmiewały echem w głowie psa. Zostaniesz tatą... Nigdy wcześniej sobie tego nie wyobrażał. Spodziewał się wszystkiego, ale nie szczeniąt.
Ogarnęło go przerażenie. Nie poradzi sobie, nie ma szans. Nigdy w życiu nawet nie pilnował żadnego szczeniaka, no może poza Acartem, jednak był to już kilkumiesięczny psiak, dosyć obyty ze światem. Jak mialby temu podołać?
Ale jet przecież Roxo, powiedział sobie w duchu. Dobrze wiedział, że jego ukochana jest lepiej obeznana w tym temacie i powinna mu pomóc...
- Niger! - suczka niemalże krzyknęła. Pomachała tollerowi łapą przez oczami. Dopiero wtedy Niger zdał sobie sprawę, że od kilku minut stał z rozdziawionym pyskiem, wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w jakiś odległy punkt. W tym czasie wszyscy obecni zdążyli się spojrzeć się na niego z niepokojem. Wszyscy naraz.
- Aaa... Sorry. - wymamrotał pies. Zgromadzeni, udając, że nic się nie stało, zabrali się do jedzenia i dalszych rozmów.
Roxolanne uniosła podniosła jedną brew do góry.
- Cieszysz się? - spytała, a na jej pysku odmalował się niepokój.
- Tak. - dopiero odpowiadając partnerce, zorientował się, że to, co powiedział, jest prawdą. Mimo wszystko naprawdę się cieszył. - Aaa... wiesz, ile ich będzie?
Aussie spuściła wzrok i uśmiechnęła się pod nosem.
- Trzynaście. - odparła. Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się szeroko, na co on odpowiedział tym samym.
Trzynaście. Trzynaście piszczących, puchatych kuleczek, krzątających się po jaskini. Nie wyobrażał sobie tego, co miało nastąpić już niedługo. Przed oczami pojawił mu się obraz z dzieciństwa, kiedy sam był taką kuleczką.
Mimo, że powinny być do dobre wspomnienia, z powodów znanych bardziej doświadczonym członkom Sfory, nie chciał do tego wracać. Wojna zmieniła jego życie o sto osiemdziesiąt stopni. Był szczęśliwy, że jego dzieci wychowają się dopiero po zakończeniu tych walk.
Jeszcze długo zostali na wigilii. Rozmawiał chyba tylko z Roxo. Opowiadali sobie nawzajem o swoich planach związanych z taką ilością młodych. Był to szok dla ich obojga, ale i olbrzymi powód do radości... Niger nie mógł wymarzyć sobie lepszego prezentu.
Po zakończeniu "imprezy" wyszli na zewnątrz. Śnieg sypał mocno, obrzucając ich wyjątkowo wielkimi płatkami. Nagle tollerowi wpadł do głowy pewien szalony pomysł. Uśmiechnął się pod nosem.
- Ej! - wrzasnęła Roxo, gdy pies rzucił w nią śnieżką. Ulepiła z białego puchu dwa razy większą kulkę i rzuciła nią w Nigera. Przez prawie pół godziny bawili się jak szczeniaki, skacząc po śniegu i zanurzając się w nim. Na gwieździstym niebie wisiał księżyc oświetlający im drogę do domu.
Wybrali drogę na około. Ścigając się, dotarli nad Odbicie zimowe, gdzie zatrzymali się na wysokiej skale.
- Wygrałaś. - wydusił Niger.
- Wygrałeś. - wymamrotała w tym samym czasie Roxo.
Oboje wybuchli śmiechem.
Niger nachylił się do swojej partnerki i pocałował ją w nos.
- Wesołych świąt, Roxo. - wyszeptał jej do ucha. - Kocham cię.
Roxo? ♥ Wybacz, że takie krótkie i tak późno, naprawdę nie mam czasu...
Ogarnęło go przerażenie. Nie poradzi sobie, nie ma szans. Nigdy w życiu nawet nie pilnował żadnego szczeniaka, no może poza Acartem, jednak był to już kilkumiesięczny psiak, dosyć obyty ze światem. Jak mialby temu podołać?
Ale jet przecież Roxo, powiedział sobie w duchu. Dobrze wiedział, że jego ukochana jest lepiej obeznana w tym temacie i powinna mu pomóc...
- Niger! - suczka niemalże krzyknęła. Pomachała tollerowi łapą przez oczami. Dopiero wtedy Niger zdał sobie sprawę, że od kilku minut stał z rozdziawionym pyskiem, wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w jakiś odległy punkt. W tym czasie wszyscy obecni zdążyli się spojrzeć się na niego z niepokojem. Wszyscy naraz.
- Aaa... Sorry. - wymamrotał pies. Zgromadzeni, udając, że nic się nie stało, zabrali się do jedzenia i dalszych rozmów.
Roxolanne uniosła podniosła jedną brew do góry.
- Cieszysz się? - spytała, a na jej pysku odmalował się niepokój.
- Tak. - dopiero odpowiadając partnerce, zorientował się, że to, co powiedział, jest prawdą. Mimo wszystko naprawdę się cieszył. - Aaa... wiesz, ile ich będzie?
Aussie spuściła wzrok i uśmiechnęła się pod nosem.
- Trzynaście. - odparła. Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się szeroko, na co on odpowiedział tym samym.
Trzynaście. Trzynaście piszczących, puchatych kuleczek, krzątających się po jaskini. Nie wyobrażał sobie tego, co miało nastąpić już niedługo. Przed oczami pojawił mu się obraz z dzieciństwa, kiedy sam był taką kuleczką.
Mimo, że powinny być do dobre wspomnienia, z powodów znanych bardziej doświadczonym członkom Sfory, nie chciał do tego wracać. Wojna zmieniła jego życie o sto osiemdziesiąt stopni. Był szczęśliwy, że jego dzieci wychowają się dopiero po zakończeniu tych walk.
Jeszcze długo zostali na wigilii. Rozmawiał chyba tylko z Roxo. Opowiadali sobie nawzajem o swoich planach związanych z taką ilością młodych. Był to szok dla ich obojga, ale i olbrzymi powód do radości... Niger nie mógł wymarzyć sobie lepszego prezentu.
Po zakończeniu "imprezy" wyszli na zewnątrz. Śnieg sypał mocno, obrzucając ich wyjątkowo wielkimi płatkami. Nagle tollerowi wpadł do głowy pewien szalony pomysł. Uśmiechnął się pod nosem.
- Ej! - wrzasnęła Roxo, gdy pies rzucił w nią śnieżką. Ulepiła z białego puchu dwa razy większą kulkę i rzuciła nią w Nigera. Przez prawie pół godziny bawili się jak szczeniaki, skacząc po śniegu i zanurzając się w nim. Na gwieździstym niebie wisiał księżyc oświetlający im drogę do domu.
Wybrali drogę na około. Ścigając się, dotarli nad Odbicie zimowe, gdzie zatrzymali się na wysokiej skale.
- Wygrałaś. - wydusił Niger.
- Wygrałeś. - wymamrotała w tym samym czasie Roxo.
Oboje wybuchli śmiechem.
Niger nachylił się do swojej partnerki i pocałował ją w nos.
- Wesołych świąt, Roxo. - wyszeptał jej do ucha. - Kocham cię.
Roxo? ♥ Wybacz, że takie krótkie i tak późno, naprawdę nie mam czasu...
czwartek, 15 grudnia 2016
Roxolanne jest w ciąży!
Roxo i Niger spodziewają się szczeniąt. Akurat na święta. ;D
Roxooo... Nie zabij mnie za ilość szczeniąt, tyle się wylosowało... :o
Matka: Roxolanne
Ojciec: Niger
Liczba szczeniąt: 13 (4 pieski, 9 suczek)
Rasa szczeniąt: Mieszańce (50% owczarek australijski, 25% nova scotia duck tolling retriever, 25% border collie)
Data narodzin: 23 grudnia
Lekarz prowadzący: Geris
środa, 7 września 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Kątem oka zerknąłem na moją partnerkę, która wyraźnie odetchnęła z ulgą, jakby spodziewała się czegoś innego.
- To wspaniale. - odrzekłem. - Będzie nam bardzo miło gościć ciebie w naszej sforze.
Posłałem waderze ciepły uśmiech, na co ona odpowiedziała tym samym. Cieszyłem się, że dołącza do sfory. Naprawdę przyda nam się większa ilość członków, tym bardziej, że lekarze dopiero liczą tych, którzy nie przeżyli ostatniego starcia...
Roxo wyrwała mnie z zamyślenia, rozmawiając z przyszłą członkinią na temat jej stanowiska. Spojrzałem na Amirę jeszcze raz. Wyglądała o wiele lepiej odkąd ostatni raz ją widziałem. Nie miałem już przed sobą zmęczonej, słabej, niewyraźnie uśmiechającej się wilczycy. Teraz rozmawiałem z silniejszą Amirą, bardziej świadomą tego, co się dzieje wokół.
Następnie nasza rozmowa przekształciła się w luźne wymiany zdań, takie jak co każdy z nas jadł na śniadanie. Wadera wydawała się bardzo miła i szczerze ją polubiłem. Niestety, przerwał nam Alex. Wszedł do groty i stanął przed nami.
- Wybaczcie, że przerwę waszą miłą pogawędkę, ale naprawdę muszą zbadać Amirę. - westchnął. Nie musiał się tłumaczyć, gdyż każdy z nas zrozumiał, że przecież są rzeczy ważne i ważniejsze.
Pożegnaliśmy się z nią i wyszliśmy z groty Hospitallo, gdzie zostali przeniesieni wszyscy ranni. Ja z moimi obiema poranionymi łapami jakoś dawałem sobie radę bez tego, jednak czasami ból dawał o sobie znać. Raz na jakiś czas odwiedziałem lekarzy, gdyż była konieczna zmiana opatrunku. Jako że razem z nimi pracuje Geris, nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia.
Razem z Lanne udaliśmy się z powrotem na Romantyczną Łąkę. Usiedliśmy na kamieniu w pobliżu jeziora. Uwielbiałem widok, jaki mogłem podziwiać w tej okolicy.
Dłuższą chwilę spędziliśmy w milczeniu. Nagle naszła mnie myśl, która już od kilku dni krążyła mi po głowie.
- Lanne? - zwróciłem się do suczki.
- Tak, Niger? - uśmiechnęła się delikatnie.
- Skoro jesteśmy już parą, to możezorganizujemyjakieśwesele? - wymamrotałem. Zdałem sobie sprawę z tego, jak beznadziejnie zabrzmiała moja propozycja.
- Mógłbyś powtórzyć? - parsknęła aussie. - Nic nie dało się zrozumieć.
- Skoro jesteśmy już parą, to może zorganizujemy jakieś wesele? - powtórzyłem, tym razem dużo wolniej i spokojniej. - Albo coś w ten deseń? - Szczerze, nie miałem pojęcia, jak wygląda coś takiego. Nigdy w życiu nie byłem na weselu. Czekałem więc na jej odpowiedź.
Roxi? c;
Razem z Lanne udaliśmy się z powrotem na Romantyczną Łąkę. Usiedliśmy na kamieniu w pobliżu jeziora. Uwielbiałem widok, jaki mogłem podziwiać w tej okolicy.
Dłuższą chwilę spędziliśmy w milczeniu. Nagle naszła mnie myśl, która już od kilku dni krążyła mi po głowie.
- Lanne? - zwróciłem się do suczki.
- Tak, Niger? - uśmiechnęła się delikatnie.
- Skoro jesteśmy już parą, to możezorganizujemyjakieśwesele? - wymamrotałem. Zdałem sobie sprawę z tego, jak beznadziejnie zabrzmiała moja propozycja.
- Mógłbyś powtórzyć? - parsknęła aussie. - Nic nie dało się zrozumieć.
- Skoro jesteśmy już parą, to może zorganizujemy jakieś wesele? - powtórzyłem, tym razem dużo wolniej i spokojniej. - Albo coś w ten deseń? - Szczerze, nie miałem pojęcia, jak wygląda coś takiego. Nigdy w życiu nie byłem na weselu. Czekałem więc na jej odpowiedź.
Roxi? c;
niedziela, 21 sierpnia 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Nadeszła upragniona godzina piętnasta.
Rozległy się głosy psów, przepełnione szczęściem. Atmosfera znacznie się zmieniła, członkowie Sfory się zmienili. To nie były już psy, które na każdym kroku bały się o swoje życie. Stali się walcznymi wojownikami, którzy teraz mogli świętować swoje zwycięstwo.
Koniec bitew nadszedł wyjątkowo nagle. Wilki po prostu zaatakowały... ale tym razem my wygraliśmy i to nam udało się je przepędzić. Nadal nie mogłem w to uwierzyć. Wojna, która trwała przez całe moje życie (a to była tylko jej niewielka część...), wreszcie dobiegła końca. Sfora była wolna od wilków. Już nie będę budzić się z myślą, że dzisiejszy dzień ma być moim ostatnim. Już nie będę żyć w niepokoju. Już nie.
Sfora Psiego Głosu była wolna.
Jaskinia wypełniła się okrzykami radości, część płakała ze szczęścia.
- Wolnooość!
- Wygraliśmy!
- Niech żyje Sfora Psiego Głosu!
Spojrzałem na moją ukochaną, a w jej oczach dostrzegłem łzy. Wiedziałem jednak, że nie muszę jej teraz pocieszać. Uśmiechnęła się do mnie szeroko, a ja odwzajemniłem gest. Mocno przytuliłem suczkę.
- Ho-ri-zon! Ho-ri-zon! - zaczęliśmy wiwatować.
Alfa szczerzył się do nas, jakby sam nie wierzył jeszcze w dwie rzeczy - w to, że jest przywódcą oraz w to, że to koniec tych walk.
Gdzieś z boku dostrzegłem Amirę. Była w ciężkim stanie, ale mimo to uśmiechała się do nas słabo. Jakby cieszyła się z naszej wygranej. Było mi jej szkoda na sam jej widok oraz na myśl o tym, co musiała przeżywać w watasze.
Rozejrzałem się wokół. Byli tutaj wszyscy. To znaczy, wszyscy ci, którzy przeżyli... Z niepokojem próbowałem zorientować się, kogo brakuje. Nie miałem jednak na to czasu, gdyż poczułem się w obowiązku do dołączenia się do okrzyków.
Reszta dnia minęła wszystkim w podobnym nastroju. Do wieczora miałem w moich myślach krążyło słowo nareszcie...
Tak. Wstałem i szczerze nie miałem pojęcia, czym mogę się zająć. Mogłem... robić to, na co mam ochotę. Chyba po raz pierwszy odkąd byłem szczeniakiem.
Wyszedłem na polowanie. W pobliżu lasu dostrzegłem zająca. Zacząłem się skradać w jego kierunku, po czym w kilku susach znalazłem się na tyle blisko, by chwycić go swoimi kłami. Trzymalem tak przez chwilę, szarpiąc, aż w końcu przestał się ruszać.
Wróciłem z niewielką zdobyczą do jaskini, gdzie zastałem Roxo, która jak widać również wróciła z łowów i to z taką samą zwierzyną. Zjedliśmy wspólne śniadanie, po czym postanowiliśmy gdzieś pójść.
- Tylko gdzie? - spytała aussie.
- Wybieraj. - pocałowałem ją w nos.
- Może do Navydeer? - zaproponowała. - Teraz jest już w pełni nasze i nie jest zagrożone, A chyba nigdy nie byliśmy tam razem. - zauważyła.
- Dobra. - zgodziłem się, kiwając jednocześnie głową.
Ruszyliśmy w stronę wybranego sektoru. Minęliśmy Wrzosowy Las, następnie szliśmy Starymi Torami, które znałem dotychczas jedynie z opowieści. Zachwyciły mnie te tereny. Wyglądały jeszcze piękniej niż myślałem!
Dotarliśmy nad Mostek Wodospadowy. Usiedliśmy tak, by widzieć stąd wodospad.
Lanne? :3
Rozległy się głosy psów, przepełnione szczęściem. Atmosfera znacznie się zmieniła, członkowie Sfory się zmienili. To nie były już psy, które na każdym kroku bały się o swoje życie. Stali się walcznymi wojownikami, którzy teraz mogli świętować swoje zwycięstwo.
Koniec bitew nadszedł wyjątkowo nagle. Wilki po prostu zaatakowały... ale tym razem my wygraliśmy i to nam udało się je przepędzić. Nadal nie mogłem w to uwierzyć. Wojna, która trwała przez całe moje życie (a to była tylko jej niewielka część...), wreszcie dobiegła końca. Sfora była wolna od wilków. Już nie będę budzić się z myślą, że dzisiejszy dzień ma być moim ostatnim. Już nie będę żyć w niepokoju. Już nie.
Sfora Psiego Głosu była wolna.
Jaskinia wypełniła się okrzykami radości, część płakała ze szczęścia.
- Wolnooość!
- Wygraliśmy!
- Niech żyje Sfora Psiego Głosu!
Spojrzałem na moją ukochaną, a w jej oczach dostrzegłem łzy. Wiedziałem jednak, że nie muszę jej teraz pocieszać. Uśmiechnęła się do mnie szeroko, a ja odwzajemniłem gest. Mocno przytuliłem suczkę.
- Ho-ri-zon! Ho-ri-zon! - zaczęliśmy wiwatować.
Alfa szczerzył się do nas, jakby sam nie wierzył jeszcze w dwie rzeczy - w to, że jest przywódcą oraz w to, że to koniec tych walk.
Gdzieś z boku dostrzegłem Amirę. Była w ciężkim stanie, ale mimo to uśmiechała się do nas słabo. Jakby cieszyła się z naszej wygranej. Było mi jej szkoda na sam jej widok oraz na myśl o tym, co musiała przeżywać w watasze.
Rozejrzałem się wokół. Byli tutaj wszyscy. To znaczy, wszyscy ci, którzy przeżyli... Z niepokojem próbowałem zorientować się, kogo brakuje. Nie miałem jednak na to czasu, gdyż poczułem się w obowiązku do dołączenia się do okrzyków.
Reszta dnia minęła wszystkim w podobnym nastroju. Do wieczora miałem w moich myślach krążyło słowo nareszcie...
***
Następnego poranka obudziłem się... i nie wiedziałem co zrobić.Tak. Wstałem i szczerze nie miałem pojęcia, czym mogę się zająć. Mogłem... robić to, na co mam ochotę. Chyba po raz pierwszy odkąd byłem szczeniakiem.
Wyszedłem na polowanie. W pobliżu lasu dostrzegłem zająca. Zacząłem się skradać w jego kierunku, po czym w kilku susach znalazłem się na tyle blisko, by chwycić go swoimi kłami. Trzymalem tak przez chwilę, szarpiąc, aż w końcu przestał się ruszać.
Wróciłem z niewielką zdobyczą do jaskini, gdzie zastałem Roxo, która jak widać również wróciła z łowów i to z taką samą zwierzyną. Zjedliśmy wspólne śniadanie, po czym postanowiliśmy gdzieś pójść.
- Tylko gdzie? - spytała aussie.
- Wybieraj. - pocałowałem ją w nos.
- Może do Navydeer? - zaproponowała. - Teraz jest już w pełni nasze i nie jest zagrożone, A chyba nigdy nie byliśmy tam razem. - zauważyła.
- Dobra. - zgodziłem się, kiwając jednocześnie głową.
Ruszyliśmy w stronę wybranego sektoru. Minęliśmy Wrzosowy Las, następnie szliśmy Starymi Torami, które znałem dotychczas jedynie z opowieści. Zachwyciły mnie te tereny. Wyglądały jeszcze piękniej niż myślałem!
Dotarliśmy nad Mostek Wodospadowy. Usiedliśmy tak, by widzieć stąd wodospad.
Lanne? :3
piątek, 19 sierpnia 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Mój przeciwnik nagle padł martwy. Zszokowało mnie to, rozejrzałem się wokół, po czym zowu spojrzałem na niego. Jego głowa została przedziurawiona na wylot strzałą w łuku. Roxo. Uśmiechnąłem się w duchu, gdyż na prawdziwy uśmiech nie miałem już siły się zdobyć.
Usłyszałem krzyk.
- Easy! - wykrzyknął ktoś. Po głosie rozpoznałem, że to Devo. Ruszyłem w jego stronę, co chwila schylając się lub odpychając od siebie wilki. Stanąłem przed bratem mojej partnerki.
- Easy? - wydusiłem, prawie bezgłośnie. - Co z nią?
- Walczy z jakimś wilkiem. - odparł, nawet na mnie nie patrząc. Spojrzałem w tym samym kierunku. Moja siostra siłowała się z wysoką waderą, o wiele wyższą i masywniejszą od niej. Devo pobiegł prosto do nich, a ja bezmyślnie ruszyłem za nim.
Ogólnie to od początku byłem przeciwny temu, żeby Easy walczyła. Była wyjątkowo drobna i niska, a wybrała sobie stanowisko obrońcy. Wiedziałem, dlaczego to zrobiła, ale mogłaby sobie darować i czasami ocenić swoje możliwości poprawnie. Na oślep biegłem za border collie, ale jakiś wilk odepchnął mnie. Przygniótł mnie swoim ciężarem, jedną łapę położył na moim gardle. Kaszlnąłem kilka razy, poczułem, że brakuje mi powietrza.
Po kilku intensywnych próbach ucieczki, udało mi się wyślizgnąć spod niego. Wybiłem się z miejsca i wskoczyłem na niego. Wgryzłem się w kark przeciwnika i zacząłem szarpać. Resztkami sił trzymałem się na łapach. Z trudem utrzymałem równowagę i nie spadłem z niego. Czułem, jak basior ciężko oddycha. Padł, ale wciąż żył.
Dobiłem go.
Cofnąłem się o kilka kroków. Stałem w kałuży krwi, otoczony martwymi i rannymi. Po raz pierwszy tego dnia naszła mnie następująca myśl: co ja tutaj robiłem?
Następnie, niewiele myśląc, rzuciłem się w wir walki. Kłapnięciem szczęki zabiłem kolejnego młodego wilka. Zbyt młodego, by walczyć. Pobiegłem dalej, gdy nagle poczułem silne uderzenie z tyłu głowy. Spotkałem się z ziemią.
Miałem śmierć przed oczami. Kręciło mi się w głowie, nie miałem siły, by wstać. Ujrzałem Roxolanne, chociaż wiedziałem, że pewnie jest teraz w zupełnie innym miejscu na bolu bitwy. Następnie resztę Sfory, wszystkich tych, których zdążyłem poznać.
Moim ostatnim wspomnieniem przed utratą przytomności był rozlegający krzyk.
- Niiigeeeer!
Obudziłem się i ujrzałem biel. Wszędzie krzątały się psy, słyszałem jęki i uspokajające głosy.
- Witaj w świecie żywych. - powitał mnie ciepły głos. Zwróciłem swój wzrok w kierunku, z którego dochodził. Była to...Verona?
- Gdzie ja jestem? - wymamrotałem.
- Na Olimpusie. - odparła suczka. - Rozwaliłeś sobie dwie łapy. - oznajmiła.
- Świetnie. - wetschnąłem, a moja głowa opadła z powrotem na poduszkę.
- Nie są złamane, ale mocno poranione. Nie będzie ci wygodnie chodzić. - uprzedziła, jakbym sam tego nie wiedział. Jednak powstrzymałem się od zbędnych komentarzy i kiwnąłem głową.
Rozejrzałem się wokół. Był tutaj Geris, Casey, kilka nieznajomych psów, jakaś wadera... Właśnie! Jakaś wadera!
Zmarszczyłem czoło. Nie znałem jej, ale coś mi mówiło, że nie należała do Sfory. Co ona tu robiła?
Moje rozmyślania przerwał znajomy głos.
- Niger?
Lanne?
Usłyszałem krzyk.
- Easy! - wykrzyknął ktoś. Po głosie rozpoznałem, że to Devo. Ruszyłem w jego stronę, co chwila schylając się lub odpychając od siebie wilki. Stanąłem przed bratem mojej partnerki.
- Easy? - wydusiłem, prawie bezgłośnie. - Co z nią?
- Walczy z jakimś wilkiem. - odparł, nawet na mnie nie patrząc. Spojrzałem w tym samym kierunku. Moja siostra siłowała się z wysoką waderą, o wiele wyższą i masywniejszą od niej. Devo pobiegł prosto do nich, a ja bezmyślnie ruszyłem za nim.
Ogólnie to od początku byłem przeciwny temu, żeby Easy walczyła. Była wyjątkowo drobna i niska, a wybrała sobie stanowisko obrońcy. Wiedziałem, dlaczego to zrobiła, ale mogłaby sobie darować i czasami ocenić swoje możliwości poprawnie. Na oślep biegłem za border collie, ale jakiś wilk odepchnął mnie. Przygniótł mnie swoim ciężarem, jedną łapę położył na moim gardle. Kaszlnąłem kilka razy, poczułem, że brakuje mi powietrza.
Po kilku intensywnych próbach ucieczki, udało mi się wyślizgnąć spod niego. Wybiłem się z miejsca i wskoczyłem na niego. Wgryzłem się w kark przeciwnika i zacząłem szarpać. Resztkami sił trzymałem się na łapach. Z trudem utrzymałem równowagę i nie spadłem z niego. Czułem, jak basior ciężko oddycha. Padł, ale wciąż żył.
Dobiłem go.
Cofnąłem się o kilka kroków. Stałem w kałuży krwi, otoczony martwymi i rannymi. Po raz pierwszy tego dnia naszła mnie następująca myśl: co ja tutaj robiłem?
Następnie, niewiele myśląc, rzuciłem się w wir walki. Kłapnięciem szczęki zabiłem kolejnego młodego wilka. Zbyt młodego, by walczyć. Pobiegłem dalej, gdy nagle poczułem silne uderzenie z tyłu głowy. Spotkałem się z ziemią.
Miałem śmierć przed oczami. Kręciło mi się w głowie, nie miałem siły, by wstać. Ujrzałem Roxolanne, chociaż wiedziałem, że pewnie jest teraz w zupełnie innym miejscu na bolu bitwy. Następnie resztę Sfory, wszystkich tych, których zdążyłem poznać.
Moim ostatnim wspomnieniem przed utratą przytomności był rozlegający krzyk.
- Niiigeeeer!
***
Czy ja już umarłem?Obudziłem się i ujrzałem biel. Wszędzie krzątały się psy, słyszałem jęki i uspokajające głosy.
- Witaj w świecie żywych. - powitał mnie ciepły głos. Zwróciłem swój wzrok w kierunku, z którego dochodził. Była to...Verona?
- Gdzie ja jestem? - wymamrotałem.
- Na Olimpusie. - odparła suczka. - Rozwaliłeś sobie dwie łapy. - oznajmiła.
- Świetnie. - wetschnąłem, a moja głowa opadła z powrotem na poduszkę.
- Nie są złamane, ale mocno poranione. Nie będzie ci wygodnie chodzić. - uprzedziła, jakbym sam tego nie wiedział. Jednak powstrzymałem się od zbędnych komentarzy i kiwnąłem głową.
Rozejrzałem się wokół. Był tutaj Geris, Casey, kilka nieznajomych psów, jakaś wadera... Właśnie! Jakaś wadera!
Zmarszczyłem czoło. Nie znałem jej, ale coś mi mówiło, że nie należała do Sfory. Co ona tu robiła?
Moje rozmyślania przerwał znajomy głos.
- Niger?
Lanne?
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Zalała mnie fala ciepła. Nie była to jednak odpowiednia pora - musieliśmy dalej walczyć.
Powoli liczba wilków malała. Wojownicy walczyli dzielnie, mimo wielu ran nie poddawali się. Mnie przypadł do walki jakiś młody wilk, który wyraźnie nie wiedział, co tutaj robi. Znaczyło to, że Watasze Braterskiej Krwi brakowało już wilków do walki, co dawało nam przewagę.
Po kilku próbach powaliłem swojego przeciwnika, przegryzając mu gardło. Zabijałem bez wahania. Tak wpłynęła na mnie wojna.
Nagle usłyszałem pisk. Kątem oka zobaczyłem, jak jakaś suczka odpycha wilka, rzucającego się w moją stronę. Samiec przygniótł ją do ziemi bez większego trudu, po czym chwycił jej szyję w swoje kły i rzucił nią o drzewo, zanim zdołałem cokolwiek zrobić. Spadła na ziemię i znieruchomiała.
Przeżyłem kosztem życia innej osoby. Nawet nie znałem jej imienia.
Nie miałem dużo czasu na rozmyślenia. Kolejny wróg mnie zaatakował. Miał liczne zadrapania i rany, w tym głębokie, więc nie spodziewałem się po nim wiele siły, mimo że był dużo większy ode mnie (co tu dużo mówić, nie należałem do wysokich psów). Nie mogłem bardziej się pomylić. Wilk jednym silniejszym ruchem łapy przewrócił mnie. Zanurzyłem pyskiem w ziemi. Wstałem, lecz o wiele wolniej niż na początku. Musiałem stawić czoła temu wilkowi. Musiałem przeżyć. Chociaż dla Roxo.
Z przymkniętymi ze zmęczenia oczami rzuciłem się w jego kierunku. Zatopiłem w nim kły, lecz ze zdziwieniem odkryłem, że na języku nie czuję znajomego smaku krwi. Wyczułem tylko grubą warstwę sierści. I jeszcze więcej sierści. Udało mi się ją wyrwać, lecz wilk wcale się tym nie przejął. Odsłonił swe zęby, śliniąc się przy tym. Zakręciło mi się w głowie, wzrok przesłoniła mgła.
Przeszło mi przez myśl, że to będzie ostatni pojedynek w moim życiu.
Lanne? Jak ci idzie? :p
Powoli liczba wilków malała. Wojownicy walczyli dzielnie, mimo wielu ran nie poddawali się. Mnie przypadł do walki jakiś młody wilk, który wyraźnie nie wiedział, co tutaj robi. Znaczyło to, że Watasze Braterskiej Krwi brakowało już wilków do walki, co dawało nam przewagę.
Po kilku próbach powaliłem swojego przeciwnika, przegryzając mu gardło. Zabijałem bez wahania. Tak wpłynęła na mnie wojna.
Nagle usłyszałem pisk. Kątem oka zobaczyłem, jak jakaś suczka odpycha wilka, rzucającego się w moją stronę. Samiec przygniótł ją do ziemi bez większego trudu, po czym chwycił jej szyję w swoje kły i rzucił nią o drzewo, zanim zdołałem cokolwiek zrobić. Spadła na ziemię i znieruchomiała.
Przeżyłem kosztem życia innej osoby. Nawet nie znałem jej imienia.
Nie miałem dużo czasu na rozmyślenia. Kolejny wróg mnie zaatakował. Miał liczne zadrapania i rany, w tym głębokie, więc nie spodziewałem się po nim wiele siły, mimo że był dużo większy ode mnie (co tu dużo mówić, nie należałem do wysokich psów). Nie mogłem bardziej się pomylić. Wilk jednym silniejszym ruchem łapy przewrócił mnie. Zanurzyłem pyskiem w ziemi. Wstałem, lecz o wiele wolniej niż na początku. Musiałem stawić czoła temu wilkowi. Musiałem przeżyć. Chociaż dla Roxo.
Z przymkniętymi ze zmęczenia oczami rzuciłem się w jego kierunku. Zatopiłem w nim kły, lecz ze zdziwieniem odkryłem, że na języku nie czuję znajomego smaku krwi. Wyczułem tylko grubą warstwę sierści. I jeszcze więcej sierści. Udało mi się ją wyrwać, lecz wilk wcale się tym nie przejął. Odsłonił swe zęby, śliniąc się przy tym. Zakręciło mi się w głowie, wzrok przesłoniła mgła.
Przeszło mi przez myśl, że to będzie ostatni pojedynek w moim życiu.
Lanne? Jak ci idzie? :p
czwartek, 18 sierpnia 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Horizon roześmiał się, słysząc moją propozycję.
- Porę sobie znaleźliście! - próbował przekrzyczeć hałas wywołany walką.
- To jak? - zapytałem.
- Tak! - zawołał, już na mnie nie patrząc, gdyż rzucił się na niego wysoki, brązowy wilk. Ich walka wyglądała groźnie, jednak Alfa powalił swojego wroga. Dalej już go nie widziałem, gdyż moją uwagę przykuł czyiś wrzask. Odwróciłem się do kierunku, z którego dochodził. Moim oczom ukazała się Freiheit, atakująca jakiegoś wilka. Wiedziałem, że nie muszę jej przy tym pomagać.
Nagle poczułem uderzenie. Ciemność pojawiła mi się przed oczami, po chwili odsłaniając obraz wielkiego, kruczoczarnego basiora o złotych ślepiach, w których dostrzegłem nienawiść. Z jego pyska cieknęła ślina, a po sierści miejscami spływały strużki krwi.
Odepchnąłem go od siebie. Wstałem, ledwo opierając się na prawej przedniej łapie. Skoczyłem na mojego przeciwnika, wbijając kły w jego kark, mocno szaprniąc. Wilk warknął ostrzegawczo, po czym przewalił się ze mną do tyłu, przygniatając mnie. Powoli traciłem oddech i siłę do dalszego pojedynku. Dopiero po chwili udało mi się spod niego wydostać. Z coraz większym trudem nabierałem powietrza, mimo to z powrotem rzuciłem się na niego. Wskoczyłem na jego grzbiet, ponownie wgryzając się w jego gardło. Zacząłem szarpać jeszcze mocniej. Wilk nie wytrzymał padł na ziemię razem ze mną. Podniosłem się i rozejrzałem wokół. Bitwa trwała dalej. Jedno mnie martwiło. Liczba wilków znacznie przerastała liczbę naszych, zwłaszcza, że część już nie dawała rady.
Przegrywaliśmy.
- Wyślijcie więcej psów! - wrzasnął Bring, widząc Veronę i Saszę, które przybiegły, by ocenić sytuację i liczbę rannych.
- Horizon, cała reszta to lekarze, ranni lub niedoświadczeni i szczeniaki! - wykrzyknęła Verona.
- Niech ci, którzy zajmują się sztuką, też walczą. Mają wystarczającą wiedzę. - odkrzyknął. Nawet jeśli nie był przekonany do swojego pomysłu, nie było tego po nim widać.
Lekarka kiwnęła głową. Razem z Madeline pobiegły w przeciwną stronę, znikając mi z oczu.
- Nie mamy szans. - usłyszałem głos jakiejś suczki. Tak bardzo chciałem się z nią nie zgodzić.
Na najwyższej części góry wojny przybiegło kilka innych wilków. Rozległ się głos Farta.
- Niger, Camper, Dry, Napoleon i... Roxolanne? - był wyraźnie zdziwiony jej obecnością. Ja sam nie wiedziałem, czy miała walczyć, czy nie. - Nieważne. Z tamtej strony atakuje większa ilość wilków. Idźcie tam. Już!
Wszyscy pobiegliśmy w tamtą stronę. Zostaliśmy wystawieni na śmierć. W biegu utykałem na jedną łapę, tę, którą zmiażdżył wilk. Dotarliśmy na miejsce. Nikt na nic nie czekał - rzuciliśmy się do ataku. Nasi przeciwnicy znowu mieli przewagę, a my byliśmy już osłabieni.
Wiedziałem, że tej akcji możemy już nie przeżyć. Żadne z nas.
- Lanne, kocham cię. Czy zechcesz zostać moją partnerką? Teraz... i już do końca? - zapytałem na tyle głośno, by w ferworze walki mnie usłyszała.
Wiedziałem, że to nie najlepszy moment, ale... drugiej okazji mogłem już nie mieć...
Lanne? :')
- Porę sobie znaleźliście! - próbował przekrzyczeć hałas wywołany walką.
- To jak? - zapytałem.
- Tak! - zawołał, już na mnie nie patrząc, gdyż rzucił się na niego wysoki, brązowy wilk. Ich walka wyglądała groźnie, jednak Alfa powalił swojego wroga. Dalej już go nie widziałem, gdyż moją uwagę przykuł czyiś wrzask. Odwróciłem się do kierunku, z którego dochodził. Moim oczom ukazała się Freiheit, atakująca jakiegoś wilka. Wiedziałem, że nie muszę jej przy tym pomagać.
Nagle poczułem uderzenie. Ciemność pojawiła mi się przed oczami, po chwili odsłaniając obraz wielkiego, kruczoczarnego basiora o złotych ślepiach, w których dostrzegłem nienawiść. Z jego pyska cieknęła ślina, a po sierści miejscami spływały strużki krwi.
Odepchnąłem go od siebie. Wstałem, ledwo opierając się na prawej przedniej łapie. Skoczyłem na mojego przeciwnika, wbijając kły w jego kark, mocno szaprniąc. Wilk warknął ostrzegawczo, po czym przewalił się ze mną do tyłu, przygniatając mnie. Powoli traciłem oddech i siłę do dalszego pojedynku. Dopiero po chwili udało mi się spod niego wydostać. Z coraz większym trudem nabierałem powietrza, mimo to z powrotem rzuciłem się na niego. Wskoczyłem na jego grzbiet, ponownie wgryzając się w jego gardło. Zacząłem szarpać jeszcze mocniej. Wilk nie wytrzymał padł na ziemię razem ze mną. Podniosłem się i rozejrzałem wokół. Bitwa trwała dalej. Jedno mnie martwiło. Liczba wilków znacznie przerastała liczbę naszych, zwłaszcza, że część już nie dawała rady.
Przegrywaliśmy.
- Wyślijcie więcej psów! - wrzasnął Bring, widząc Veronę i Saszę, które przybiegły, by ocenić sytuację i liczbę rannych.
- Horizon, cała reszta to lekarze, ranni lub niedoświadczeni i szczeniaki! - wykrzyknęła Verona.
- Niech ci, którzy zajmują się sztuką, też walczą. Mają wystarczającą wiedzę. - odkrzyknął. Nawet jeśli nie był przekonany do swojego pomysłu, nie było tego po nim widać.
Lekarka kiwnęła głową. Razem z Madeline pobiegły w przeciwną stronę, znikając mi z oczu.
- Nie mamy szans. - usłyszałem głos jakiejś suczki. Tak bardzo chciałem się z nią nie zgodzić.
Na najwyższej części góry wojny przybiegło kilka innych wilków. Rozległ się głos Farta.
- Niger, Camper, Dry, Napoleon i... Roxolanne? - był wyraźnie zdziwiony jej obecnością. Ja sam nie wiedziałem, czy miała walczyć, czy nie. - Nieważne. Z tamtej strony atakuje większa ilość wilków. Idźcie tam. Już!
Wszyscy pobiegliśmy w tamtą stronę. Zostaliśmy wystawieni na śmierć. W biegu utykałem na jedną łapę, tę, którą zmiażdżył wilk. Dotarliśmy na miejsce. Nikt na nic nie czekał - rzuciliśmy się do ataku. Nasi przeciwnicy znowu mieli przewagę, a my byliśmy już osłabieni.
Wiedziałem, że tej akcji możemy już nie przeżyć. Żadne z nas.
- Lanne, kocham cię. Czy zechcesz zostać moją partnerką? Teraz... i już do końca? - zapytałem na tyle głośno, by w ferworze walki mnie usłyszała.
Wiedziałem, że to nie najlepszy moment, ale... drugiej okazji mogłem już nie mieć...
Lanne? :')
środa, 10 sierpnia 2016
Od Nigera - CD historii Acarta
Wracając, zjedli królika upolowanego przez Acarta. Rozmawiali ze sobą, śmiali się. Toller miał wrażenie, że mały poczuł się tutaj dużo pewniej niż wczoraj. Szczeniak był bardzo poważny, ale miły. Niger czuł, że coraz bardziej lubił tego shibę. Odprowadził go do jaskini. po czym pożegnał się z nim i ruszył w stronę swojego domu.
Tym razem był pewien, że Ac sobie poradzi.
Kilka dni później odbyła się bitwa większa niż te, jakie były ostatnio. Wilki zaatakowały z zaskoczenia, z przeciwnej strony - musiały więc obejść terytorium Sfory i dopiero wtedy rozpoczęły atak.
Niger i Easy otrzymali rozkaz, by zaprowadzić wszystkie szczeniaki w bezpieczne miejsce - a był to Olimpus, gdzie obecnie pracowali lekarze. Szczerze, tollerowi nie bardzo podobał się pomysł, że Easy będzie walczyć. W ogóle nie był wielkim fanem tego, żeby została obrońcą. Nie była wystarczająco silna oraz należała do bardzo naiwnych - nie zdziwiłby się, gdyby podczas walki zaprzyjaźniła się z jakimś wilkiem i pozwoliła mu wprowadzić się do siebie. Czasami aż za bardzo próbowała wszystkim pomagać.
Niger westchnął cicho.
- Easy, idziemy. - zwrócił się do niej. Borderka kiwnęła głową i ruszyła za nim. Wybrali długą, ale najbezpieczniejszą możliwą drogę by dostać się do jaskini Acarta. Z jego domu do Olimpusa niesetety było dosyć daleko...
Pies miał nadzieję, że mały nie będzie miał żadnych głupich pomysłów ani wizji ratowania całego świata, jakie on miał, będąc w jego wieku.
Dotarli na miejsce. Gdzieś w ich pobliżu krążył Ross, obrońca Bet.
Acart?
Tym razem był pewien, że Ac sobie poradzi.
Kilka dni później odbyła się bitwa większa niż te, jakie były ostatnio. Wilki zaatakowały z zaskoczenia, z przeciwnej strony - musiały więc obejść terytorium Sfory i dopiero wtedy rozpoczęły atak.
Niger i Easy otrzymali rozkaz, by zaprowadzić wszystkie szczeniaki w bezpieczne miejsce - a był to Olimpus, gdzie obecnie pracowali lekarze. Szczerze, tollerowi nie bardzo podobał się pomysł, że Easy będzie walczyć. W ogóle nie był wielkim fanem tego, żeby została obrońcą. Nie była wystarczająco silna oraz należała do bardzo naiwnych - nie zdziwiłby się, gdyby podczas walki zaprzyjaźniła się z jakimś wilkiem i pozwoliła mu wprowadzić się do siebie. Czasami aż za bardzo próbowała wszystkim pomagać.
Niger westchnął cicho.
- Easy, idziemy. - zwrócił się do niej. Borderka kiwnęła głową i ruszyła za nim. Wybrali długą, ale najbezpieczniejszą możliwą drogę by dostać się do jaskini Acarta. Z jego domu do Olimpusa niesetety było dosyć daleko...
Pies miał nadzieję, że mały nie będzie miał żadnych głupich pomysłów ani wizji ratowania całego świata, jakie on miał, będąc w jego wieku.
Dotarli na miejsce. Gdzieś w ich pobliżu krążył Ross, obrońca Bet.
Acart?
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Sam nie do końca wierzyłem w to, co właśnie powiedziałem. Przecież nie byliśmy parą.
- To znaczy... - zacząłem się tłumaczyć. Gdyby nie sierść, pewnie byłbym teraz cały czerwony. - Oficjalnie jeszcze nie jesteśmy parą. - Chciałem podkreślić słowo 'jeszcze', lecz ze stresu chyba mi nie wyszło.
Roxo wpatrywała się we mnie z szeroko otwartymi oczami. Spojrzałem jej w oczy.
- Lanne... - odezwałem się półgłosem. - Czy...
Nagle ktoś wpadł do jaskini, gdzie odbywał się nasz obiad. Wszyscy tutaj zebrani przenieśli wzrok ze mnie na niego. Był to zdyszany i wyraźnie przerażony pies. Zaraz...
Seth. Oczywiście, że Seth.
Cholerny Seth.
- Co się stało? - zwrócił się do niego Devo.
- Wilki. - zdołał wydusić. Kilka psów poderwało się z miejsca, ruszając pędem do drzwi. Zatrzymał ich Alex.
- Gdzie? - spytała Easy, patrząc ze strachem do na niego, to na swojego pół-partnera.
- Na Górze Wojny "Despera"! - za Sethem do środka wbiegła wadera. Była to Brook. - Horizon... - spojrzała na niego z nadzieją. No tak. Teraz wszelkie prośby były kierowane głównie do niego, nie do moich rodziców.
Border jakby przez chwilę nie wiedział co zrobić, ale tylko przez krótką chwilę.
- Wyślij tam wszystkich wojowników, obrońców, morderców i poinformuj o tym Farta. - rozkazał. - I niech nie wysyła lekarzy, poza tymi, którzy nie zajmują się bezpośrednio leczeniem ran, psychologów i psychoterapeutów. Spośród nich niech zostanie tylko Prince. - kontynuował. Atmosfera była coraz bardziej napięta. Seth i Brook kiwnęli jednocześnie głowami i natychmiast ruszyli w tamtą stronę.
Wstrzymałem oddech. Ja i Roxo zostaliśmy wysłani do walki.
Roxo? Musiałam, nie bardzo wiedziałam, jak to rozegrać. :P
- To znaczy... - zacząłem się tłumaczyć. Gdyby nie sierść, pewnie byłbym teraz cały czerwony. - Oficjalnie jeszcze nie jesteśmy parą. - Chciałem podkreślić słowo 'jeszcze', lecz ze stresu chyba mi nie wyszło.
Roxo wpatrywała się we mnie z szeroko otwartymi oczami. Spojrzałem jej w oczy.
- Lanne... - odezwałem się półgłosem. - Czy...
Nagle ktoś wpadł do jaskini, gdzie odbywał się nasz obiad. Wszyscy tutaj zebrani przenieśli wzrok ze mnie na niego. Był to zdyszany i wyraźnie przerażony pies. Zaraz...
Seth. Oczywiście, że Seth.
Cholerny Seth.
- Co się stało? - zwrócił się do niego Devo.
- Wilki. - zdołał wydusić. Kilka psów poderwało się z miejsca, ruszając pędem do drzwi. Zatrzymał ich Alex.
- Gdzie? - spytała Easy, patrząc ze strachem do na niego, to na swojego pół-partnera.
- Na Górze Wojny "Despera"! - za Sethem do środka wbiegła wadera. Była to Brook. - Horizon... - spojrzała na niego z nadzieją. No tak. Teraz wszelkie prośby były kierowane głównie do niego, nie do moich rodziców.
Border jakby przez chwilę nie wiedział co zrobić, ale tylko przez krótką chwilę.
- Wyślij tam wszystkich wojowników, obrońców, morderców i poinformuj o tym Farta. - rozkazał. - I niech nie wysyła lekarzy, poza tymi, którzy nie zajmują się bezpośrednio leczeniem ran, psychologów i psychoterapeutów. Spośród nich niech zostanie tylko Prince. - kontynuował. Atmosfera była coraz bardziej napięta. Seth i Brook kiwnęli jednocześnie głowami i natychmiast ruszyli w tamtą stronę.
Wstrzymałem oddech. Ja i Roxo zostaliśmy wysłani do walki.
Roxo? Musiałam, nie bardzo wiedziałam, jak to rozegrać. :P
niedziela, 7 sierpnia 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Natychmiast spoważniałem. Wszystkie pary oczu przy tym stole wpatrzone były we mnie i w moją przyjaciółkę. Parsknąłem nerwowym śmiechem. Lanne spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
- Błagam, zrób coś. - pisnęła tak cicho, że chyba tylko ja ją słyszałem.
- Próbuję. - syknąłem, choć tak naprawdę nie robiłem nic w tym kierunku.
Dopiero po chwili wszyscy, łącznie z nami, z powrotem zabrali się do jedzenia. Mimo wszystko czułem, że jednak nie udają, że nic się nie stało i w swoich cichych rozmowach pod nosem wspominają również coś o nas. Najbardziej denerwowali mnie Devo i Horizon, którzy zerkali na nas co jakiś czas, wymownie poruszając brwiami. Siedząca obok mnie Easy chyba też zaczynała coś podejrzewać.
- Z czego się tak cieszysz? - burknąłem, gdy zauważyłem, że patrzy na mnie zdecydowanie za długo, cały czas głupio się uśmiechając.
- Nic. - zaśmiała się głośniej niż powinna. Wiedziałem, że zrobiła to specjalnie.
Jakiś czas później wszyscy zaczęli rozmawiać ze sobą dużo pewniej niż wcześniej. Rozmowy, jakie prowadziły zebrane tu psy były bardzo luźna, a jednak atmosfera napięta. Wtedy nachyliłem się do Roxo i szepnąłem jej do ucha:
- Wszyscy o nas rozmawiali. Wiesz, tak szeptali o nas. - W moim głosie sam usłyszałem gorycz.
- Wiem. - westchnęła suczka. - Udawajmy, że nic się nie dzieje.
- Dobra. - zgodziłem się.
Oboje wiedzieliśmy, że to nic nie da.
Ach, te rodzinne obiady.
Lanne? :P Wybacz długość.
Lanne? :P Wybacz długość.
sobota, 6 sierpnia 2016
Od Nigera - CD historii Acarta
Obudziłem się wcześnie rano z myślą, że coś zrobiłem źle. Miałem wrażenie, że o czymś (a może o kimś?) zapomniałem. Udałem się na małe polowanie. Na łące, gdzie mieszkałem, było pełno drobnej zwierzyny, więc bez trudu złapałem młodego zająca, który dzisiaj miał posłużyć mi jako śniadanie.
Wróciłem do jaskini ze zdobyczą w zębach. Zjadłem ją szybko i jeszcze przed pracą udałem się na codzienną przechadzkę po Avendeer.
I wtedy sobie przypomniałem. Wczoraj zostawiłem szczeniaka samego na pastwę losu w jakiejś jaskini.
Nie mogłem uwierzyć w swoją głupotę. Czy ja aż tak bardzo nie potrafiłem postępować ze szczeniakami?
Ruszyłem w kierunku tej jaskini. Był to zupełnie inny sektor - Navydeer. Panował tam inny klimat, do którego nie byłem przyzwyczajony, gdyż rzadko tam się pojawiałem. Navydeer co prawda było już nasze odkąd w jednej z bitwej zginął Sam Sao, jednak nadal nie było tam tak bezpiecznie jak kiedyś. Tak tylko słyszałem - SPG straciła ten sektor jeszcze długo przed moimi narodzinami.
Pogrążony w swoich rozmyślaniach zdążyłem zapomnieć, w jakim celu zmierzam w tym kierunku. Właśnie. Acart! On zamieszkał w Navydeer!
A ja mu na to pozwoliłem.
Ogarnij się, Niger, pomyślałem. Tam jest już bezpiecznie. Navydeer należy do nas.
Dotarłem do Opuszczonej stacji metra kilkanaście minut później. Od razu rzuciła mi się w oczy obecna jaskinia Acarta. Podszedłem bliżej i zapukałem do drzwi.
Chwilę później usłyszałem ciche kroki. Drzwi się otworzyły, a za nimi stanął mały shiba.
- Cześć, Acart. - przywitałem się. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie.
- Cześć. - odparł szczeniak.
Zapadła cisza.
- Przyszedłem sprawdzić, jak sobie radzisz. - rąbnąłem bez namysłu.
- Dobrze. - mruknął.
Znowu cisza.
- Eee... - zawiesiłem się na moment. - Może oprowadzę cię po terenach Sfory? - zaproponowałem.
Acart? xd c;
Wróciłem do jaskini ze zdobyczą w zębach. Zjadłem ją szybko i jeszcze przed pracą udałem się na codzienną przechadzkę po Avendeer.
I wtedy sobie przypomniałem. Wczoraj zostawiłem szczeniaka samego na pastwę losu w jakiejś jaskini.
Nie mogłem uwierzyć w swoją głupotę. Czy ja aż tak bardzo nie potrafiłem postępować ze szczeniakami?
Ruszyłem w kierunku tej jaskini. Był to zupełnie inny sektor - Navydeer. Panował tam inny klimat, do którego nie byłem przyzwyczajony, gdyż rzadko tam się pojawiałem. Navydeer co prawda było już nasze odkąd w jednej z bitwej zginął Sam Sao, jednak nadal nie było tam tak bezpiecznie jak kiedyś. Tak tylko słyszałem - SPG straciła ten sektor jeszcze długo przed moimi narodzinami.
Pogrążony w swoich rozmyślaniach zdążyłem zapomnieć, w jakim celu zmierzam w tym kierunku. Właśnie. Acart! On zamieszkał w Navydeer!
A ja mu na to pozwoliłem.
Ogarnij się, Niger, pomyślałem. Tam jest już bezpiecznie. Navydeer należy do nas.
Dotarłem do Opuszczonej stacji metra kilkanaście minut później. Od razu rzuciła mi się w oczy obecna jaskinia Acarta. Podszedłem bliżej i zapukałem do drzwi.
Chwilę później usłyszałem ciche kroki. Drzwi się otworzyły, a za nimi stanął mały shiba.
- Cześć, Acart. - przywitałem się. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie.
- Cześć. - odparł szczeniak.
Zapadła cisza.
- Przyszedłem sprawdzić, jak sobie radzisz. - rąbnąłem bez namysłu.
- Dobrze. - mruknął.
Znowu cisza.
- Eee... - zawiesiłem się na moment. - Może oprowadzę cię po terenach Sfory? - zaproponowałem.
Acart? xd c;
poniedziałek, 1 sierpnia 2016
Od Nigera - CD Roxolanne
Retriever nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Już myślał, że wczorajszy wieczór na plaży był tylko snem!
- Lanne, ja też cię kocham. - szepnął. Nachylił się do suczki, po czym pocałował ją. Zamknął oczy, napawając się jej obecnością. Był tak blisko niej, że mógł usłyszeć każdy jej oddech i każde uderzenie jej serca.
I nagle wszystko inne przestało dla niego istnieć.
Nie wiedział, ile czasu tu spędzili. Kilka minut? Kilka godzin? Dni? Jednak teraz nie to było dla niego najważniejsze.
Kiedy się od siebie odsunęli, otworzył oczy. Lanne wyglądała tak pięknie... Stali nad jeziorem na Romantycznej Łące (już nawet nie pamiętał, jak się tu znaleźli).
Niger jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy.
Tylko... Co teraz?
Lanne? :3 Przepraszam, że tak krótko, ale mam słaby internet
- Lanne, ja też cię kocham. - szepnął. Nachylił się do suczki, po czym pocałował ją. Zamknął oczy, napawając się jej obecnością. Był tak blisko niej, że mógł usłyszeć każdy jej oddech i każde uderzenie jej serca.
I nagle wszystko inne przestało dla niego istnieć.
Nie wiedział, ile czasu tu spędzili. Kilka minut? Kilka godzin? Dni? Jednak teraz nie to było dla niego najważniejsze.
Kiedy się od siebie odsunęli, otworzył oczy. Lanne wyglądała tak pięknie... Stali nad jeziorem na Romantycznej Łące (już nawet nie pamiętał, jak się tu znaleźli).
Niger jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy.
Tylko... Co teraz?
Lanne? :3 Przepraszam, że tak krótko, ale mam słaby internet
sobota, 30 lipca 2016
Od Nigera - CD historii Acart'a
Kątem oka zerknąłem na martwego wilka. Był młody, może nawet młodszy ode mnie, ale jednak dużo większy od tego szczeniaka. Mały mógłby sobie nie poradzić nawet z tak młodym wilkiem.
- Miło poznać. - odparłem bez zastanowienia. Szczerze? Nie wiedziałem, jak rozmawiać z Acart'em. Miałem traktować go jak szczeniaka, czy bardziej dojrzale? W końcu był niewiele młodszy ode mnie...
Zapadła niezręczna cisza. Szczeniak wpatrywał się we mnie poważnym wzrokiem.
- Eee... Chyba nie należysz do Sfory, prawda? - spytałem nerwowym głosem. Chyba jeszcze nigdy nie przyjmowałem nikogo do SPG.
- Sfory? - powtórzył Acart. - Nie należę.
- To może chciałbyś do nas dołączyć? - zaproponowałem.
Acart?
- Sfory? - powtórzył Acart. - Nie należę.
- To może chciałbyś do nas dołączyć? - zaproponowałem.
Acart?
wtorek, 26 lipca 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Toller wracał z polowania. W pysku niósł wciąż ciepłego zająca. Dotarł na plażę. Chłodna woda morska musnęła jego przednie łapy. Spojrzał w stronę wysepki, gdzie jeszcze wczoraj siedział z ukochaną Lanne...
I zamurowało go.
Roxo nigdzie nie było.
Ze zdziwienia otworzył pysk, a jego zdobycz upadła na ziemię. Rozejrzał się wokół, ale nie dostrzegł suczki. Ogarnęło go przerażenie.
- Lanne! - zawołał. - Lanne! - powtórzył zduszonym głosem. Nie otrzymał odpowiedzi.
Nagle poczuł się tak, jakby połknął kamień. A jeśli teraz, gdy zostawił ją samą, wróg przyszedł tutaj i porwał aussie? Niger nie darowałby sobie tego...
Odrzucił tę myśl. To nieprawda, powtarzał sobie, gdy szedł w stronę Romantycznej Łąki, gdzie mieszkał. Ona nie dałaby się tak łatwo zaatakować.
A jeśli to wszystko, co wydarzyło się między nimi tej nocy, tylko mu się przyśniło...?
"Jeśli tak jest, musi nam się śnić to samo. A wtedy przyjdę do ciebie i wszystko ci opowiem".
Jednak Roxolanne nigdzie nie było.
Nagle poczuł uderzenie, a po chwili został przygnieciony do ziemi. Zobaczył nad sobą znajomą suczkę.
- Jak mogłeś mi to zrobić? - wrzasnęła Lanne.
Lanne? B) Przepraszam, że tak późno i że takie beznadziejnie krótkie...
I zamurowało go.
Roxo nigdzie nie było.
Ze zdziwienia otworzył pysk, a jego zdobycz upadła na ziemię. Rozejrzał się wokół, ale nie dostrzegł suczki. Ogarnęło go przerażenie.
- Lanne! - zawołał. - Lanne! - powtórzył zduszonym głosem. Nie otrzymał odpowiedzi.
Nagle poczuł się tak, jakby połknął kamień. A jeśli teraz, gdy zostawił ją samą, wróg przyszedł tutaj i porwał aussie? Niger nie darowałby sobie tego...
Odrzucił tę myśl. To nieprawda, powtarzał sobie, gdy szedł w stronę Romantycznej Łąki, gdzie mieszkał. Ona nie dałaby się tak łatwo zaatakować.
A jeśli to wszystko, co wydarzyło się między nimi tej nocy, tylko mu się przyśniło...?
"Jeśli tak jest, musi nam się śnić to samo. A wtedy przyjdę do ciebie i wszystko ci opowiem".
Jednak Roxolanne nigdzie nie było.
Nagle poczuł uderzenie, a po chwili został przygnieciony do ziemi. Zobaczył nad sobą znajomą suczkę.
- Jak mogłeś mi to zrobić? - wrzasnęła Lanne.
Lanne? B) Przepraszam, że tak późno i że takie beznadziejnie krótkie...
środa, 6 lipca 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Niger uśmiechnął się do Lanne, po czym pocałował ją w nos.
Marzył o tym tak długo... Nigdy nie przypuszczał jednak, że ta chwila kiedykolwiek nastąpi. Ciągle bał się jej to wyznać.
Teraz mógł to powiedzieć bez cienia wątpliwości. Nachylił się do niej.
- Kocham cię. - wyszeptał jej do ucha.
Nawet nie usłyszał jej odpowiedzi. Pocałował ją jeszcze raz. I kolejny...
Przed oczami pojawił mu się obraz z dzieciństwa. Była przerwa pomiędzy lekcjami. Siedział w ławce z Mścicielem. Rozmawiał z nim... właściwie o niczym. Później jego kolega gdzieś poszedł. Nagle podeszła do niego nieznajoma aussie.
- Hej. - powiedziała nieśmiało.
- Cześć. - wyszczerzył się szczeniak. - Jestem Niger, a ty?
- Roxolanne. - odrzekła, trochę pewniej. - Ale mów mi Roxo. - dodała. - Masz wolne miejsce obok siebie? - zapytała.
- Właściwie... - Niezręczna sytuacja. Niger nie wiedział, co zrobić, gdy usiadł obok niego Mściciel. Na ucho spytał się go, czy może jednak usiąść z nowo poznaną koleżanką. Dingo chyba go zrozumiał. - Wybacz. - rzucił jeszcze. Mściciel sobie poszedł. - Usiądziesz? - zapytał z uśmiechem.
- Chętnie. - odparła.
I tak zaczęła się ich przyjaźń, której nigdy nie żałował...
Obudził się. Promienie słoneczne naświeciły mu do oczu. Pies skrzywił się.
Nagle przeraził się. Co jeśli wszystko to, co wydarzyło się wczoraj, było tylko snem? Jego serce zabiło szybciej.
Uspokoił się, gdy zobaczył Roxo leżącą obok niego, wtuloną w jego sierść.
Lanne? :3 Przepraszam, że tak długo...
Marzył o tym tak długo... Nigdy nie przypuszczał jednak, że ta chwila kiedykolwiek nastąpi. Ciągle bał się jej to wyznać.
Teraz mógł to powiedzieć bez cienia wątpliwości. Nachylił się do niej.
- Kocham cię. - wyszeptał jej do ucha.
Nawet nie usłyszał jej odpowiedzi. Pocałował ją jeszcze raz. I kolejny...
Przed oczami pojawił mu się obraz z dzieciństwa. Była przerwa pomiędzy lekcjami. Siedział w ławce z Mścicielem. Rozmawiał z nim... właściwie o niczym. Później jego kolega gdzieś poszedł. Nagle podeszła do niego nieznajoma aussie.
- Hej. - powiedziała nieśmiało.
- Cześć. - wyszczerzył się szczeniak. - Jestem Niger, a ty?
- Roxolanne. - odrzekła, trochę pewniej. - Ale mów mi Roxo. - dodała. - Masz wolne miejsce obok siebie? - zapytała.
- Właściwie... - Niezręczna sytuacja. Niger nie wiedział, co zrobić, gdy usiadł obok niego Mściciel. Na ucho spytał się go, czy może jednak usiąść z nowo poznaną koleżanką. Dingo chyba go zrozumiał. - Wybacz. - rzucił jeszcze. Mściciel sobie poszedł. - Usiądziesz? - zapytał z uśmiechem.
- Chętnie. - odparła.
I tak zaczęła się ich przyjaźń, której nigdy nie żałował...
Obudził się. Promienie słoneczne naświeciły mu do oczu. Pies skrzywił się.
Nagle przeraził się. Co jeśli wszystko to, co wydarzyło się wczoraj, było tylko snem? Jego serce zabiło szybciej.
Uspokoił się, gdy zobaczył Roxo leżącą obok niego, wtuloną w jego sierść.
Lanne? :3 Przepraszam, że tak długo...
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Nie odważyłem się tego zrobić. Nie wiedziałem, czy o Lanne mi na to pozwala, a nie chciałem zniszczyć naszej przyjaźni. Nie z Lanne, która była najważniejszą osobą w moim życiu...
Ale jednak nadal dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Bałem się przekroczyć tę barierę, widocznie aussie również.
Jedno mnie dziwiło: nadal jej tego nie powiedziałem. Na codzień mówię co myślę, ale nie w takiej sytuacji i do tego przy mojej przyjaciółce (chociaż zawsze jestem z nią szczery). Czy zaledwie dwoma słowami mógłbym zepsuć to wszystko, co budowaliśmy razem od pierwszych tygodni życia? Dla mnie słowa nie znaczyły tyle, co czyny, jednakże tego tym bardziej nie mogłem zrobić. Roxo mi na to nie pozwoliła.
Ale zakochałem się w niej. Już przy pierwszym spotkaniu.
Tylko dlaczego uświadomiłem to sobie dopiero w tej chwili? I dlaczego coś sprawiało, że nie mogłem jej tego powiedzieć?
Widziałem jej oczy, w których mogłem dostrzec radość, ale i obawę. Spojrzała na mnie ponownie. Moje serce zabiło dziesięć razy szybciej... Otworzyłem pysk, by się odezwać... i już go nie zamknąłem. Zebrałem się na odwagę.
- Lanne... - zacząłem. - Ja...
Byłem tak blisko Roxolanne, że czułem każde uderzenie jej serca, każdy oddech...
Objąłem ją jedną łapą... i po chwili już nic nas nie dzieliło.
Roxi? :3 So cute
Ale jednak nadal dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Bałem się przekroczyć tę barierę, widocznie aussie również.
Jedno mnie dziwiło: nadal jej tego nie powiedziałem. Na codzień mówię co myślę, ale nie w takiej sytuacji i do tego przy mojej przyjaciółce (chociaż zawsze jestem z nią szczery). Czy zaledwie dwoma słowami mógłbym zepsuć to wszystko, co budowaliśmy razem od pierwszych tygodni życia? Dla mnie słowa nie znaczyły tyle, co czyny, jednakże tego tym bardziej nie mogłem zrobić. Roxo mi na to nie pozwoliła.
Ale zakochałem się w niej. Już przy pierwszym spotkaniu.
Tylko dlaczego uświadomiłem to sobie dopiero w tej chwili? I dlaczego coś sprawiało, że nie mogłem jej tego powiedzieć?
Widziałem jej oczy, w których mogłem dostrzec radość, ale i obawę. Spojrzała na mnie ponownie. Moje serce zabiło dziesięć razy szybciej... Otworzyłem pysk, by się odezwać... i już go nie zamknąłem. Zebrałem się na odwagę.
- Lanne... - zacząłem. - Ja...
Byłem tak blisko Roxolanne, że czułem każde uderzenie jej serca, każdy oddech...
Objąłem ją jedną łapą... i po chwili już nic nas nie dzieliło.
Roxi? :3 So cute
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Szliśmy przez pole. Słońce zaczynało powoli zachodzić. Wiatr sprawiał, że zboża falowały.
Poczułem na sobie wzrok Roxo. Nie mogłem się powstrzymać i zetknąłem w jej stronę. Wtedy nasze spojrzenia się spotkały.
Poslałem jej ciepły uśmiech, a ona odpowiedziała mi tym samym.
I znowu poczułem się dziwnie. Nadal nie udało mi się dojść do tego, jakie to uczucie. Jednak byłem pewien, że jest ono przyjemne.
Aussie wyglądała pięknie w świetle słońca. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo była ładna. Jako szczeniak tego nie wiedziałem.
Żadne z nas nic nie mówiło. Jednak tym razem nie potrzebowaliśmy słów, by spędzać razem czas.
W końcu dotarliśmy nad Końską Plażę. W oddali dostrzegłem Wysepkę.
- Lanne. - odezwałem się.
- Tak? - suczka odwróciła się w moją stronę.
- Eee... Idziemy tam? - wskazałem łapą na palmę, znajdującą się na środku małej wysepki.
- Niger! - zdenerwowała się suczka. - Przecież...
- Wiem. Spokojnie. - uśmiechnąłem się do niej. - Woda jest płytka. Przejdziemy bez problemu. Nie musimy pływać.
- Skoro tak mówisz... - Nadal nie wyglądała na przekonaną.
- Zaufaj mi. - mrugnąłem jednym okiem.
Podeszliśmy do brzegu. Weszliśmy do wody, która rzeczywiście była bardzo płytka. Cały czas byłem obok niej.
Doszliśmy tam w niecałą minutę. Weszliśmy na Wysepkę. Usiedliśmy pod palmą. Stąd był piękny widok na zachodzące słońce.
Odwrociłem się do Roxo, która wyglądała cudownie...
Odrzuciłem tę myśl. Nie mogłem. Lanne to moja przyjaciółka... Mógłbym zniszczyć to, co nas łączy, a tego wolałbym uniknąć.
Spojrzałem jej prosto w oczy. Oczy, które były tak ciemne, że odbijało się od nich światło zachodzącego słońca.
- Lanne...
Lanne? :3 Ty zdecyduj, jak to dokończyć...
Poczułem na sobie wzrok Roxo. Nie mogłem się powstrzymać i zetknąłem w jej stronę. Wtedy nasze spojrzenia się spotkały.
Poslałem jej ciepły uśmiech, a ona odpowiedziała mi tym samym.
I znowu poczułem się dziwnie. Nadal nie udało mi się dojść do tego, jakie to uczucie. Jednak byłem pewien, że jest ono przyjemne.
Aussie wyglądała pięknie w świetle słońca. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo była ładna. Jako szczeniak tego nie wiedziałem.
Żadne z nas nic nie mówiło. Jednak tym razem nie potrzebowaliśmy słów, by spędzać razem czas.
W końcu dotarliśmy nad Końską Plażę. W oddali dostrzegłem Wysepkę.
- Lanne. - odezwałem się.
- Tak? - suczka odwróciła się w moją stronę.
- Eee... Idziemy tam? - wskazałem łapą na palmę, znajdującą się na środku małej wysepki.
- Niger! - zdenerwowała się suczka. - Przecież...
- Wiem. Spokojnie. - uśmiechnąłem się do niej. - Woda jest płytka. Przejdziemy bez problemu. Nie musimy pływać.
- Skoro tak mówisz... - Nadal nie wyglądała na przekonaną.
- Zaufaj mi. - mrugnąłem jednym okiem.
Podeszliśmy do brzegu. Weszliśmy do wody, która rzeczywiście była bardzo płytka. Cały czas byłem obok niej.
Doszliśmy tam w niecałą minutę. Weszliśmy na Wysepkę. Usiedliśmy pod palmą. Stąd był piękny widok na zachodzące słońce.
Odwrociłem się do Roxo, która wyglądała cudownie...
Odrzuciłem tę myśl. Nie mogłem. Lanne to moja przyjaciółka... Mógłbym zniszczyć to, co nas łączy, a tego wolałbym uniknąć.
Spojrzałem jej prosto w oczy. Oczy, które były tak ciemne, że odbijało się od nich światło zachodzącego słońca.
- Lanne...
Lanne? :3 Ty zdecyduj, jak to dokończyć...
niedziela, 19 czerwca 2016
Od Nigera - CD historii Roxolanne
Lanne spojrzała mi w oczy. Nasze spojrzenia się spotkały.
Słowa Roxo mnie zaskoczyły. Nie spodziewałem się ich. Ale cieszyłem się, gdy je usłyszałem. To znaczy... nawet nie wiedziałem, co to było za uczucie. Radość? Szczęście? Coś w ten deseń. Byłem jednak pewien, że czułem się tak tylko przy niej.
Wzdrygnąłem się, lecz nie z obrzydzenia.
Cała sytuacja mnie przerosła. Musiałem odezwać się nie na temat.
- Eee... Przejdziemy się? - wymamrotałem.
- A co z Anzelmem? - spytała suczka, która wyglądała na trochę rozczarowaną i zapewne taka była. Zresztą nie tylko ona.
- Weźmiemy go ze sobą. - zaproponowałem, zbliżając się do wyjścia.
- Okej. - aussie wzruszyła ramionami, idąc tuż za mną.
Ledwo wyszliśmy z jaskini mojej przyjaciółki. Szliśmy wzdłuż jeziora, znajdującego się na Romantycznej Łące. Roxo wyglądała pięknie...
Złapałem się na wpatrywaniu się w nią zdecydowanie za długo. Spojrzała na mnie zdziwiona. Speszony, odwróciłem wzrok. Później całą drogę spędziliśmy w milczeniu. Żadne z nas nie wiedziało, jak się odezwać. Po kilku minutach znaleźliśmy się już w Fallendeer, dokładniej na Księżycowym Polu. Wtedy zaczęło padać.
- Może wejdziemy do środka tego domku? - zasugerowałem, wskazując łapą na drewnianą chatkę. Wreszcie miałem powód, by się odezwać.
- Dobra. - zgodziła się Lanne.
Weszliśmy do zniszczonego budynku. Usiedliśmy obok siebie, czekając, aż deszcz przestanie padać.
Lanne? :3
Chyba musimy.
Słowa Roxo mnie zaskoczyły. Nie spodziewałem się ich. Ale cieszyłem się, gdy je usłyszałem. To znaczy... nawet nie wiedziałem, co to było za uczucie. Radość? Szczęście? Coś w ten deseń. Byłem jednak pewien, że czułem się tak tylko przy niej.
Wzdrygnąłem się, lecz nie z obrzydzenia.
Cała sytuacja mnie przerosła. Musiałem odezwać się nie na temat.
- Eee... Przejdziemy się? - wymamrotałem.
- A co z Anzelmem? - spytała suczka, która wyglądała na trochę rozczarowaną i zapewne taka była. Zresztą nie tylko ona.
- Weźmiemy go ze sobą. - zaproponowałem, zbliżając się do wyjścia.
- Okej. - aussie wzruszyła ramionami, idąc tuż za mną.
Ledwo wyszliśmy z jaskini mojej przyjaciółki. Szliśmy wzdłuż jeziora, znajdującego się na Romantycznej Łące. Roxo wyglądała pięknie...
Złapałem się na wpatrywaniu się w nią zdecydowanie za długo. Spojrzała na mnie zdziwiona. Speszony, odwróciłem wzrok. Później całą drogę spędziliśmy w milczeniu. Żadne z nas nie wiedziało, jak się odezwać. Po kilku minutach znaleźliśmy się już w Fallendeer, dokładniej na Księżycowym Polu. Wtedy zaczęło padać.
- Może wejdziemy do środka tego domku? - zasugerowałem, wskazując łapą na drewnianą chatkę. Wreszcie miałem powód, by się odezwać.
- Dobra. - zgodziła się Lanne.
Weszliśmy do zniszczonego budynku. Usiedliśmy obok siebie, czekając, aż deszcz przestanie padać.
Lanne? :3
Chyba musimy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)