Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eileen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eileen. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 listopada 2016

Od Eileen - CD historii Vincentego

Wiewiórka przebiegła przez ścieżkę, którą spacerowali. Lee zatrzymała się i znieruchomiała, napinając wszystkie mięśnie. Nieświadomie odsłoniła kły i odchyliła uszy do tyłu. Wydobyła z siebie ciche warknięcie, które zapewne rozbawiłoby jej towarzysza, gdyby nie to, że on również był skupiony na rudej istocie, znajdującej się już wysoko nad nimi. Bez trudu wspięła się po gałęziach na samą górę. Na koniec posłała im spojrzenie, w którym suczka doszukała się tryumfu wiewiórki.
- Straciliśmy ją. - Eileen westchnęła, nie kryjąc swojego niezadowolenia.
- Nies... - zaczął owczarek, urywając po chwili. Jego wzrok uciekł w przeciwną stronę. Oczy terrierki powędrowały w tę samą stronę. Zmrużyła je i po chwili dostrzegła młodą sarnę. Ze względu na swoje umaszczenie była ledwo widoczna wśród zarośli, jednak węch pozwolił psom dokładnie zbadać, gdzie się znajduje.
Eilee wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Vinctentem. Pies zdawał się bezgłośnie pytać, czy myśli o tym samym co on. Kiwnęła głową. Tyle wystarczyło im, by się dogadać.
Ustawili się pod wiatr, aby ofiara nie wyczuła ich zapachu. Po cichu pokonali sterty liści, których o tej porze roku był nieunikniony. V schylił się, by nie było go widać zza krzaków. Lee jedynie opuściła głowę, wciąż bacznie obserwując zwierzynę. Z trudem powstrzymywała ślinę, która cisnęła się jej na język. Ale tym razem musiała  być cierpliwa.
Ku jej radości, sarna odwróciła się od nich. Było to duże ułatwienie. Poczekali jeszcze chwilę, by wybrać odpowiedni moment do ataku. Kiedy nadeszła ta chwila, suczka nachyliła się do owczarka.
- Gotowy? - wyszeptała mu do ucha, nie spuszczając oczu ze zwierzęcia.
- Mhm. - mruknął w twierdzącej odpowiedzi. Eileen wystrzeliła jak z procy, pies jednak nie potrzebował wiele czasu, by ją dogonić. Ruszyli w pogoń za sarną.

Vini? Przepraszam, że tak późno...

środa, 24 sierpnia 2016

Od Eileen - CD historii Vincentego

Owczarek podniósł ogromny kosz bez większego trudu i skierował się w stronę pola bitwy. Prawie biegłam, żeby za nim nadążyć. Musiało to wyglądać dosyć zabawnie.
Dotarliśmy na miejsce, gdzie był przygotowany szpital polowy. Zastaliśmy tam Madeline, która w kilku susach znalazła się przed nami. Rzuciła krótkie "cześć" i przejęła koszyk od Vincentego. W myślach odetchnęłam z ulgą, że były to te kwiaty, które trzeba.
- A teraz stąd uciekajcie! - syknął Alex, który niewiadomo skąd się tutaj zjawił. Widocznie teraz lekarze mieli pracować w dwóch miejscach naraz. Nie zazdrościłam im tego. - Leen, mogłabyś pomóc Kelpie i lekarzom w opiece nad chorymi? - poprosił, jeszcze zanim zniknęłam z jego pola widzenia.
- Pewnie. - odparłam szybko, przypominając sobie, że młoda suczka była jedyną opiekunką chorych w Sforze i do tego na stażu.
Szybkim krokiem wróciłam do lasu. Vincent bez trudu mnie dogonił.
- Czym się zajmujesz? - palnęłam bez zastanowienia, chociaż dobrze wiedziałam, że to nie była odpowiednia pora na tego typu rozmowy. Widziałam jednak, że pies jak na razie nie ma za dużo do roboty, a ja akurat wracałam do pracy... a raczej pomagałam w czyjejś pracy.
- Jestem nauczycielem wychowania, jednak lekcje tego przedmiotu są dopiero jutro. - odrzekł z uśmiechem. Pokiwałam głową z podziwem. Nie wyobrażałam sobie, że ja mogłabym pilnować, a co dopiero uczyć czegokolwiek szczeniaki. - A ty?
- Kompozytorką. - mruknęłam. - Ale od jakiegoś czasu pomagam również lekarzom. - dodałam.
- Ciekawe zajęcia. - stwierdził. - Ale czy nie było prościej zdecydować się na jedno?
- Wybrałam to stanowisko by oddać się temu, co lubię. - wyjaśniłam. - A pomagam dlatego, że po prostu mam na to czas i to też lubię.
Nawet nie zauważyłam, kiedy z powrotem znalazłam się na Olimpusie. Westchnęłam cicho.
- Słuchaj, obiecałam, że... - zaczęłam.
- Jasne. - na jego pysku zawitał uśmiech. - Rozumiem.
- To może do zobaczenia? - odezwałam się cicho. Owczarek najwyraźniej zrozumiał moją sugestię.
- Do zobaczenia. - odpowiedział miłym głosem. - Jeszcze będzie ku temu okazja.
***
Po zakończeniu wojny jakby wszystko ucichło. Nastał pokój, Horizon ponoć po rozmowie z wilkami dogadał się z nimi.
Nie potrafiłam wybaczyć naszym wrogom tego, co nam zrobili. Oczywiście, cieszyłam się, że wojna dobiegła końca. Czekałam na to już wystarczająco długo.
Szłam przez Złote Pole w kierunku Avendeer. Chciałam zobaczyć nowy teren, Wyspy, gdzie jeszcze nie miałam okazji tam się pojawić. Po drodze usłyszałam znajomy głos.
- Cześć. - odwróciłam się i dostrzegłam zbliżającego się Vincenta.
- Hej. - przywitałam się. - Właśnie szłam na Wyspy.
- To coś ważnego? - uniósł jedną brew.
- Nie. Tak po prostu. - wzruszyłam ramionami. - Może chcesz iść ze mną?

Vincent?

piątek, 19 sierpnia 2016

Od Eileen

Miałam już dosyć tej wojny. Chyba nie powinnam tak mówić, ale to szczera prawda. Wojna z wilkami trwała już zdecydowanie za długo i trzeba było to wreszcie zakończyć.
Niestety, nie brałam udziału w walce, więc nie miałam na to większego wpływu. Jedyne co mogłam zrobić, to oddać się temu, co lubię - czyli komponowaniu nowych utworów, które motywowałyby Sforę do działania - lub też pomaganie lekarzom. Jakiś czas temu zgłosiłam się do pomocy. Byłam więc pomocnikiem, gdyż na stanowisko lekarza jeszcze nie zasługiwałam. Brakowało mi wystarczającego doświadczenia. Sobie potrafiłam pomóc, jednak innym... To było już dużo trudniejsze.
- Lee, wracaj. - głos Gerisa przywołał mnie na ziemię.
- T-tak? - wymamrotałam, wyrwana z zamyślenia.
- Mogłabyś mi w czymś pomóc? - spytał.
- Zawsze i wszędzie. - mruknęłam. - O co chodzi?
- Potrzebujemy roślin spotykanych przy krzywym lesie do przyrządzenia leków, które powoli się kończą. - westchnął. - Rosną w ich pobliżu i bardzo się wyróżniają, więc na pewno rozpoznasz, o które chodzi. Intensywnie niebieski kolor, nieco większe od innych. - tłumaczył.
Kiwnęłam głową.
- Poradzisz sobie? - border collie uniósł jedną brew.
- Pewnie. - odparłam. Wybiegłam spod Olimpusa i skierowałam się w stronę Navydeer. Biegłam tak szybko, jak tylko mogłam. Małymi susami pokonałam dosyć dużą odległość, przedzierając się przez różne krzaki i wysokie trawy. W biegu nagle na kogoś wpadłam.
- Przepraszam! - jęknęłam. Podniosłam wzrok i ujrzałam wyższego ode mnie owczarka. Kogoś mi przypominał... - Vincent? - przekrzywiłam głowę.
- We własnej osobie. - spojrzał na mnie. - Eileen, tak?
Przytaknęłam.
- Co tutaj robisz? - zapytał. - Nie jesteś na Olimpusie? - zdziwił się.
- Geris wysłał mnie, żebym zebrała rośliny, bo leki się kończą. - odrzekłam. Zawahałam się na moment. - Może chciałbyś mi pomóc? - spytałam nieśmiało.

Vincent? B)

Pisałam to opowiadanie zanim oficjalnie zakończyła się wojna... :P

niedziela, 21 czerwca 2015

Od Eileen

Eileen przez całą noc nie mogła zmrużyć oka. Ilekroć próbowała zasnąć, jakiś dźwięk przykuwał jej uwagę. Po kilku nieudanych próbach zrezygnowała. Położyła głowę na łapach i westchnęła cicho.
Zdecydowała się coś zrobić. Wstała i udała się w kierunku Lasu - centrum sektoru Fallendeer. Lubiła tam przebywać, jednakże w dniu dołączenia do Sfory Psiego Głosu Forever wybrała Pole Marzeń jako swoje miejsce zamieszkania.
Szła ścieżką, obserwowała gwiazdy na niebie. Księżyc był zakryty przez chmury.
Z powrotem wróciła do domu, po czym postanowiła dalej wędrować poprzez Złote Pole i cicho nucąc piosenkę, którą usłyszała dosyć dawno temu. Pamiętała jedynie jej melodię, słów nie kojarzyła zbyt wiele, wiedziała jednak, że miały one pobudzać do działania.
Zmierzała w stronę Kamiennej Oazy. Nie była ona zbyt daleko od zamieszkanego przez nią terenu, ale trzeba było przejść przez fragment pustyni. Niedługi odcinek. Rozglądała się dookoła, jakby nigdy tu nie była. Po drodze nie minęła nikogo. Widocznie dzisiaj nikt nie wpadł na ten sam pomysł co ona. No cóż, nic w tym dziwnego - była trzecia w nocy.
Gdy znalazła się na miejscu, podeszła do stawu i schyliła się, by napić się wody. Następnie udała się w kierunku skał. Wdrapała się na najniższą z nich.
Próbowała przypomnieć sobie tekst piosenki. Zamknęła oczy i usiadła na półce skalnej. Wiatr powiewał delikatnie. Było bardzo ciepło, jak na lato przystało.
- Wszystko w porządku? - odezwał się ktoś.
Wstała i otwarła oczy. Przed nią stał pies, którego chyba jeszcze nigdy nie spotkała, i wpatrywał się w nią z uniesionymi "brwiami".
- Tak. - odpowiedziała nieśmiało. - Mam na imię Eileen, a ty? - spytała cichutko. Gdyby nie ta jej nieśmiałość, z pewnością zabrzmiałoby to bardziej stanowczo.
- Vincent. - powiedział uprzejmie. - Co tu robisz o tej porze, w dodatku sama? - zdziwił się.
Leen przyjrzała się Vinctentowi. Był to marmurkowy owczarek australijski o błękitnych oczach. Nie wyglądał na agresywnego.
- Tak po prostu... tutaj przyszłam. - szepnęła. Nie była pewna, czy może ufać temu psu. - Ciebie chciałabym spytać o to samo.

Vincent?

piątek, 2 stycznia 2015

Od Eileen

Od kilkunastu minut siedziałam przed biblioteczką, bezskutecznie szukając książki, której jeszcze nie czytałam. Niemal całą moją kolekcję uratowałam z płonącego antykwariatu w miasteczku, nieliczne wyjątki były bardzo zniszczone, niektóre w trzech kawałkach, wyniosłam je z biblioteki. Na pięciu półkach, skleconych z kory, mieściło się około stu pozycji. Głównie były to powieści napisane jeszcze przed WWII, ale posiadałam także dwie encyklopedie, słownik polsko angielski, polsko niemiecki i węgiersko polski. Oprócz tego książka kucharska, o grzybach, o medycynie naturalnej i sztuce survivalu.
Wszystko to kiedyś już przeczytałam. Postanowiłam udać się do miasta w celu wzbogacenia swojej kolekcji o nowe pozycje. Nie miałam jeszcze pomysłu, skąd wezmę książki. Zdecydowałam, że zastanowię się na tym, gdy będę już poza terenami Sfory.
Miasto było tego dnia pobudzone, nerwowe, niecierpliwe. Ciekawe, co się stało.
Spacerując powoli wąską, spadzistą uliczką, obserwowałam zachowanie ludzi. Na ulicach było ich całkiem sporo. Spieszący się rodzice prowadzili zdezorientowane dzieci za rękę, dźwigając pokaźne plecaki. Maluchy ściskały w dłoniach misie i lalki.
Całe miasto wyjeżdża jednego dnia?
Nie, na pewno nie. Ludzie nie byliby tacy poddenerwowani, dzieci przestraszone.
Trzeba to wyjaśnić.
W tym momencie zauważyłam psa.
- Hej, ty! Owczarek! - zawołałam. Spojrzał na mnie i zatrzymał się. Podeszłam do niego.
- Co się tu dzieje? - spytałam.
- Nic nie wiesz? Musisz nie być stąd. Nadchodzi wielka powódź. Wszyscy ratują, co się da, i zmierzają w jedną stronę.
- Rzeczywiście...
- Idą do urzędu miasta. To najwyższy budynek w tej mieścinie. Schowają się na drugim piętrze i na dachu.
- Przecież nie zmieszczą się tam wszyscy mieszkańcy!
- Dlatego się spieszą.
Zamilkł na chwilę.
- Dlaczego nic nie wiesz? Gdzie mieszkasz?
- W lesie.
Pies spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
- W sforze?
- Tak.
- Dużej?
- I sławnej.
- Jakiej?
- Sfora Psiego Głosu. Nowa "edycja". Poprzednią zniszczyli ludzie.
- Wystrzelali was?
- A czy ja wyglądam na martwą? Podpalili las, w którym mieszkaliśmy. Nawet nie tak daleko stąd. Nikt nie zginął, ale nie mieliśmy szans na przetrwanie w tak dużej grupie. Betą jest teraz syn dawnej alfy.
- Przekaż tym ze Sfory, że powódź może dotrzeć do was.
Serce podeszło mi do gardła.
- Połowa Sforzan mieszka w norach.
- Słabo - pokiwał głową ze zrozumieniem w głosie, ale z kpiną w oczach.
- Wiem. Dobra, czas na mnie, ostrzegę alfę.
- Powodzenia. Miło się rozmawiało. Jakby coś, jestem Nelaimigs, w skrócie Nelai. Można mnie tu łatwo znaleźć, zwykle przesiaduję w parku. Chętnie się dowiem, jak przetrwaliście powódź.
- Eileen. Jeśli przeżyję, dowiesz się na pewno.
- Dzięki.
Na chwilę zapadła cisza.
- Nelai, gdzie masz zamiar spędzić powódź?
Roześmiał się beztrosko, z lekką drwiną.
- Ja? Ja, moja droga, mam honorowe miejsce w parku. Coś w rodzaju platformy zbudowanej na drzewie.
- Do zobaczenia.
- Już ci się spieszy? Do zobaczenia.
Pobiegłam z powrotem do lasu. Nigdy nie przeżyłam żadnej powodzi. I nigdy nie spotkałam tak specyficznego psa. Mówił, patrzył, zachowywał się, jakby z czegoś stale kpił. A mimo to wywarł na mnie dobre wrażenie.
Nelai. Brzmi, jakby coś znaczyło.
I sama osoba kogoś mi przypomina. Sposób bycia, wypowiadania się... Ten sam. Kto się tak zachowywał?
Zatrzymałam się.
Ach, no tak. Niemal 900-stronicowa powieść, którą pochłonęłam w dwa dni. Zabujałam się w jednym z głównych bohaterów i to właśnie jego przypomina mi Nelai. Ze względu na tę postać uznałam brak happy endu za okropną niesprawiedliwość. Zawsze płaczę podczas czytania ostatniego rozdziału.
Otrząsnęłam się z refleksji i pobiegłam zawiadomić Hock'a o powodzi.
***
- Powódź? Teraz? Jesteś pewna, Leen? Kto ci powiedział?
- Pies z miasta.
Hockey spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Ostrożności nigdy za wiele - powiedziałam.
Alfa westchnął.
- Tego tylko brakowało... - mruknął - Dzięki za informację.
Poszłam do swojej jaskini i zaczęłam myśleć, gdzie schować książki. Nie było sensu ratować wszystkich, niektóre wręcz powinny zostać zniszczone ze względu na swoją arcynudną treść. Szybko odłożyłam na bok te, które muszą ocaleć, choćbym miała to przypłacić kalectwem i bezdomnością. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Powieść, słownik, encyklopedia, grzyby, medycyna, survival.
Może się uda.
Wygrzebałam przybrudzony, brązowy materiał, igłę i nitki. Zabrałam się do szycia torby na moje papierowe skarby. Po kilkunastu minutach była gotowa. Schowałam do niej książki owinięte grubym pledem i w tym momencie poczułam, że stoję do kostek w wodzie.
Zaczęło się.
************ Dobę później... *************
Wracałam do jaskini ze świadomością, że większość Sforzan zawdzięcza życie mojej wyprawie po książki i ostrzeżeniu Nelaia. Dziwne uczucie.
Biblioteczka stała jeszcze, ale wszystkie książki były mokre. Zadrżałam. Regał ma ponad dwa metry, lepiej nie myśleć, jak wysoko sięgała woda. Po pobieżnej ocenie strat poszłam do miasta poszukać Nelaia.
Gdy zapytałam o niego ociekającego wodą pudla, pies spojrzał na mnie dziwnie.
- Nelai nie przeżył powodzi - usłyszałam.
Aż usiadłam z wrażenia. A był tak pewny siebie, swojego schronu, tego, że nic mu się nie stanie. Cóż, dostałam nauczkę. Ci, którzy najbardziej się chwalą, niekoniecznie mają się czym chwalić.
Ciekawe, jak zginął.
Wróciłam do Sfory, gdzie natknęłam się na...

Jakiś Sforzanin płci brzydkiej? 








sobota, 20 grudnia 2014

Od Eileen - CD historii Ami

Naprawdę ciężko byłoby streścić naszą rozmowę. Jeszcze nigdy nie powiedziałam i nie usłyszałam tak dużo w tak krótkim czasie.
- Susie! Haryst! Jesteście! - zawołałam na widok rodzeństwa wychodzącego z leśnej gęstwiny.
Następną godzinę spędziliśmy na pospiesznej wymianie wspomnień. Co się stało? Jak zniknęliśmy z terenów SPG?
************************
 Po tajemniczym zniknięciu mamy dziesięć psów szukało jej dosłownie wszędzie. Na terenach starej Sfory, w miasteczku, ja i Susie zapuściłyśmy się do granicy jakiegoś państwa na południu. Nic.
Wróciliśmy zrezygnowani. Nasza trójka przeżyła żałobę, próbowaliśmy wrócić do normalnego życia. Bezskutecznie.
Pół roku po zniknięciu mamy poszłam do jaskini Harysta, żeby podzielić się z nim upolowaną zwierzyną. Nie zastałam go, więc zaczekałam kilka godzin i wróciłam do siebie. Potem postanowiłam zapytać Susie, czy nie wie, gdzie jest nasz brat.
Nie zobaczyłam mojego rodzeństwa przez następne dwa miesiące. Zostali uznani za zaginionych, jak mama. Byłam przerażona. Istny obłęd. Czy na mnie również przyjdzie czas?
Przyszedł. Już tydzień po Haryście i Susan. Nie pamiętam dokładnie, co się ze mną stało, grunt, że po dwóch tygodniach moim stałym miejscem zamieszkania stał się śmietnik w jakiejś metropolii. Po trzech tygodniach wreszcie byłam sobą. Choroba psychiczna, która sama ustępuje? Możliwe. Wróciłam do Pyskowic, gdzie spotkałam rodzeństwo. Okazało się, że im również na jakiś czas odbiło. Nie rozumiałam kompletnie nic.
A teraz jestem u siebie.

**************************
- Nie pamiętasz, dlaczego odeszłaś? - spytałam mamę po raz setny.

Mamo?

Mój powrót do SPG

Cześć,
z tej strony Wasza stara znajoma, Szyszka. (Mam nadzieję, że tęskniliście...) Jak widzicie, nie udało mi się wytrzymać bez Was zbyt długo - wracam do Sfory Psiego Głosu Forever razem z Ami, Cour, Leen, Susie, Hastem i Gerisem i rezygnuję z potomstwa Cour. Lisa, Napoleon i Rozie trafiają do adopcji. Nie będę tak aktywna, jak dawniej, to pewne, ale już się stęskniłam za pisaniem...
Bez obaw, nagły powrót moich psów szybko się wyjaśni.
Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś z ZZSPG zajął się w jakiś sensowny sposób uporządkowaniem moich psów w zakładkach.

                                                                                                            ~Szyszka

sobota, 6 września 2014

Od Eileen - CD historii Hockey'a

- Hock! Nie! - jęknęłam. Rozejrzałam się w panice. Wilki chyba uznały, że Hockey nie żyje. Pochyliłam się w stronę leżącego alfy.
- Nie otwieraj oczu - wyszeptałam.
Wilki, jeden po drugim, zaczęły odchodzić. Czy w ich tradycji jest zapisane, że zabicie alfy wrogiej sfory oznacza zwycięstwo?
Przyłożyłam ucho do pyska Hock'a. Oddychał, ale słabo i nieregularnie.
W tym momencie coś we mnie pękło. Zaczęłam płakać. Minęło kilkanaście sekund, zanim wróciło do mnie normalne myślenie.
- Casey! Geris! Lorei! - krzyknęłam.
- Leen, czy on żyje? - zakrwawiony Castiel podbiegł do mnie przerażony. Spojrzałam na psa zdziwiona. Dopiero zdałam sobie sprawę z jego obecności.
- Tak - powiedziałam - Ale to może się szybko zmienić. Leć po Casey.
Usiadłam przy alfie i wrzasnęłam:
- Driiiin!!! Drin!!!
Wpadłam do jaskini.
- Hock jest ciężko ranny. Stracił przytomność. Wyłazić!
Miotałam się bezradnie między Gerisem, który zajął się opatrywaniem Hockey'a, i schronem. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. W końcu postanowiłam, że muszę jak najszybciej ściągnąć Drina. Czy on w ogóle żyje?!
Wystrzeliłam przed siebie. Pognałam pod Olimpus, Miejsce Narad i odwiedziłam tysiące innych miejsc, których beta mógł być. Nie znalazłam go. Chilli też nie udało mi się namierzyć.
Po godzinie spędzonej na panicznym biegu padłam. Leżałam na wilgotnej ściółce, łapiąc oddech i myśląc intensywnie. Teraz dopiero dotarło do mnie, że podczas tej godziny nie spotkałam wilków.
Dlaczego? Niemożliwe, żeby się wycofały. Może robią oblężenie... Tylko czego? Całych terenów? Jeśli tak, to pozostaje tylko morze, co absolutnie nic nam nie da.
Wstałam z wysiłkiem. Powlokłam się z powrotem do gabinetu lekarskiego.
- I co? - spytał zdawkowo Castiel.
- Wiesz, gdzie może być Drin?
- Nie mam pojęcia.
- Świetnie. Ja tak samo.
Osunęłam się na ziemię.
- Hockey się obudził! - zawołała Casey.

Hockey? Casey? Castiel?


poniedziałek, 1 września 2014

Od Eileen - CD jej własnej historii

Szybko przejrzałam w myślach listę obrońców alfy i bet. Sporo. Po pewnym czasie może ich zabraknąć...
- Leen, obudź się. Masz pacjentów - powiedział Geris.
- Sory, zamyśliłam się.
Zaczęłam przechadzać się po gabinecie, żeby stwierdzić, czy mogę się na coś przydać. Kilku psom podałam zdobytą z wielkim trudem morfinę, chowaną po kątach "na czarną godzinę". Czarniejszej, mam nadzieję, nie będzie.
W tym momencie do gabinetu wtoczyła się Susan.
- Najnowsze info od Drina: w tym momencie walczy i nie potrzebuje pomocy lekarskiej czterdziestu dwóch naszych. Stawiają czoła pięćdziesięciu dziewięciu wilkom. Reszta siedzi u was, ogarnia rannych i pałęta się nie wiadomo gdzie. Przeliczcie zmarłych - poleciła pod koniec. Przyjrzałam się jej uważnie. Była wyczerpana, widać było, że jest na nogach już od dawna i sporo się nabiegała. Nie była ranna, ale słaniała się na nogach. Chętnie zaparzyłabym jej herbaty i przywiązała do podłogi, żeby wypoczęła, ale zdawałam sobie sprawę, że przy tak imponującej ilości rannych nie możemy pozwolić sobie na udzielanie pomocy w pełni zdrowym, a jedynie zmęczonym psom.
- Susan, zrób coś dla mnie. Kiedy nie jesteś nigdzie potrzebna, nie stój, tylko się połóż. I nie mów, że nie jesteś zmęczona. Nie chcę cię wyganiać, ale sama widzisz ten rozgardiasz... - powiedziałam.
- Jasne. Już mnie nie ma.
Wychodząc, moja siostra zderzyła się z Courage.
- Mamy nowe informacje. W pełni sprawnych i użytecznych jest tylko trzydzieści dziewięć psów i pięćdziesiąt osiem wilków - wyszeptała z tak zrozpaczonym wyrazem twarzy, jakiego nie powstydziłby się żaden aktor. Tylko że jej emocje były prawdziwe.
Chciałam jęknąć przejmująco i rzucić w przestrzeń pytanie "Ile jeszcze?", ale uznałam, że byłoby to stanowczo nie na miejscu. Zamiast tego westchnęłam cicho i wróciłam do rannych.
Drzwiom nie dane było pozostać długo pustymi. Stanął w nich Hockey. Na jego pysku malowały się kolejno: skrajne wyczerpanie, stres i upór.
- Słuchajcie... To wydaje się niemożliwe, ale jest prawdą... - zaczął.
- Co?! - przerwałam mu.
Hock spojrzał na mnie beznamiętnie i powiedział:

Hockey? Ew. ktoś z lekarzy?

Od Eileen

Wrzaski Sforzan dość szybko wyrwało mnie ze snu, a następnie wyciągnęły z łóżka. Z wrzasków wynikała jedna rzecz: wilki atakują. Mój mózg, mimo zmęczenia, połączył to z wczorajszymi wydarzeniami bardzo zgrabnie - przywódca watahy zobaczył, że przegrywa... no tak, ze Sforą Psiego Głosu wygrali dotychczas tylko ludzie... i zarządził rozejm, a teraz atakuje... Jeśli ma choć trochę oleju we łbie, to z pewnością otoczył tereny sfory swoimi najlepszymi mordercami, żeby zlikwidować każdego uciekiniera szybko i cicho.
Stres pochłonął mnie bez reszty, ale mimo wszystko nie czułam strachu. Wygramy, to pewne, ale jakim kosztem?
Zaczęłam się zastanawiać, co znaczyłaby dla nas przegrana. I jak by do niej doszło? Czy musielibyśmy się poddać, czy może wystarczy zabić alfę i bety? Zadrżałam i jednocześnie podziękowałam temu komuś na górze, że nasze bety i alfa to duże, silne i myślące psy, a nie na przykład Haryst.
Pomyślałam, że muszę jak najszybciej zmienić stanowisko. Jeżeli będę siedziała na obecnym, to w każdej walce pójdę w sam środek rzezi. Tyle tylko, że jeśli pójdę w sam środek rzezi, to Hock może nawet nie zauważyć, kiedy stracił jednego Sforzanina.
Podziękowałam temu komuś na górze za białą sierść, po czym pobiegłam do gabinetu lekarskiego.
- Casey, Geris, macie kogoś? - wydyszałam.
- Na szczęście jeszcze nie - odparła Casey, po czym spytała - A ty? Czemu nie walczysz?
- Gdybym poszła walczyć, Hock by się nawet nie obejrzał, jakby mu jednego psa ubyło. Tu się bardziej przydam, a niedługo może być tłoczno. Casey, pozwól mi być pielęgniarką!
- No... dobra. Znasz się trochę?
- Na?
- Na przykład na tym, jaki opatrunek zrobić na jaką ranę.
- Tak - odparłam z całą pewnością siebie. Po raz trzeci zwróciłam się do tego kogoś na górze: 'Dziękuję, że przez rok byłam psem ratownika'.
Casey spojrzała na mnie nieufnie, po czym poprosiła o demonstrację. Wyłożyłam jej stek teorii, po czym zaczęłam pokazywać różne sposoby opatrywania ran i znieczulania podczas operacji metodami naturalnymi,
Po dwóch minutach mojego wykładu do słuchania włączyli się Geris i Lorei. Chyba mówiłam całkiem do rzeczy, bo po trzeciej minucie pies powiedział:
- Daj jej spokój, Casey. Za kwadrans będziemy potrzebowali więcej wolontariuszy, niż mamy psów w Sforze. Ona się nadaje.
Casey zgodziła się i tak zostałam pielęgniarką dorywczą.
Żeby tylko nie było ataku na gabinet lekarski. Właściwie, po co miałby być? Poza tym nie kopie się leżącego.
Ale czy wilki są na tyle honorowe i przestrzegają zasad etyki?
W tym momencie przywlókł się do nas pierwszy ranny. Był nim Lucky.
- Czyli tak, jak przypuszczałam - mruknęłam. Atakują alfę.

CDN








niedziela, 29 czerwca 2014

Od Eileen - CD historii Robina

- Tak. Chętnie - wypuściłam głośno powietrze. Zamrugałam szybko oczami - Ty prowadź.
Robin spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem.
- Nie mam w tym momencie pomysłu na żadne fajne miejsce. Nie mów, dokąd idziemy - zastrzegłam. Pies zaśmiał się.
- Chcesz mieć niespodziankę?
- Mhm.

Robin? Wybacz długość...

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Od Eileen - CD hsitorii Robina

- Pierwsza SPG powstała mniej więcej rok temu... Na początku psów było mało, kilka, potem kilkanaście... Wreszcie około osiemdziesięciu. Jednak przeszkodzili nam ludzie. Zaczęły się łapanki, w schronisku znalazła się większość psów. Z trudem, ale jednak, udało się odbić wszystkich. Z wyjątkiem Dry'a. Potrącił go samochód. Myśleliśmy, że zginął, ale przeżył i pomogła mu inna sfora. Zażegnaliśmy kryzys, przez jakiś czas żyliśmy w spokoju. Gdy nagła nadszedł koniec starej SPG - przełknęłam z wysiłkiem ślinę, myśląc o tamtych dniach - Ludzie podpalili las. Jedyna droga do miasta prowadziła przez pustynię. Przebyliśmy ją, a dalej... - poczułam, że łzy napływają mi do oczu - dalej był już tylko koniec. Sfora rozproszyła się. Jakieś dwa lata później powstała ta. SPG Forever. Drin jest synem Vivy, pierwszej alfy starej Sfory Psiego Glosu - westchnęłam.

Robin?

poniedziałek, 19 maja 2014

Od Eileen - CD historii Robina

- Miło mi - odpowiedział pies.
Zapadła krótka, ale mimo wszystko dość niezręczna cisza. Robin wydawał mi się raczej sympatyczny, nawet, jeśli usłyszałam od niego dopiero dwa zdania.
- Długo tu jesteś? - zapytałam w końcu.
- No, już jakiś czas... Ale nie jakoś bardzo długo. A Ty? - zainteresował się Robin.
- Urodziłam się w poprzedniej Sforze Psiego Głosu - uśmiechnęłam się, wspominając czasy sprzed rozpadu SPG.
<Robin? Wena postanowiła mnie opuścić...>

piątek, 9 maja 2014

Od Eileen

Zaczęłam powoli zsuwać się ze skały, niezupełnie jeszcze przytomna umysłowo. Po głowie tłukła mi się jedna, jedyna myśl.
'Chcę'.
Tylko tyle, nic więcej.
'Chcę'.
Obudziłam się dopiero wówczas, gdy zleciałam z niewysokiego urwiska do rzeki. Szybko wydostałam się na brzeg.
- Psy i ludzie mają partnerów. Ponieważ kogoś poznają i zakochują się. Najpierw trzeba kogoś poznać - rozmyślałam na głos. Zaczęłam iść wgłąb lasu - Tak... I to wymaga mojej inicjatywy. Muszę zacząć się udzielać - stwierdziłam - Tylko gdzie, jak? - przystanęłam na chwilkę - Gdziekolwiek. Więcej łazić niż siedzieć w miejscu - odpowiedziałam sobie i znów ruszyłam.
Po chwili zaczęłam biec w kierunku Oazy Głównej.
- Cześć. Nudy? - spytałam, dosiadając się do medytującego nad wodą Harysta.
- Tak. Co tu robisz, siostra? Myślałem, że nie lubisz pustyni - zapytał z wzrokiem utkwionym w przejrzystej tafli jeziora.
- Bo nie lubię. Szukałam towarzystwa - walnęłam prosto z mostu.
- Kiepsko trafiłaś - odparł kpiąco.
- Wiem. Tym bardziej, że chciałam poznać nowe psy - powiedziałam kapryśnie.
- Jakiej płci? - zainteresował się Hast gwałtowniej. Rzeczywiście, w moim przypadku chęć spełnienia się na płaszczyźnie towarzyskiej była rzeczą niespotykaną.
- Twojej - rzuciłam, nie patrząc na brata.
- Żartujesz?! Przyszłaś na podryw? - spytał, gapiąc się na mnie uporczywie.
- Mów ciszej! Poza tym... Wiesz, że nienawidzę tego słowa! - rzuciłam zirytowana.
- Ale znasz znaczenie! Więc? - upierał się.
- Możesz to tak nazwać, jeśli ci bardzo zależy - fuknęłam opryskliwie.
- No nie denerwuj się tak! Chcesz, żebym ci pomógł?
Oderwałam wzrok od wyjątkowo interesującej chmury i spojrzałam na brata zdziwiona. Haryst, który chce pomóc? Taka okazja może się więcej nie powtórzyć, trzeba ją koniecznie wykorzystać.
- Niby jak? - spytałam na pozór obojętnie.
- Nie kryj entuzjazmu, Lee, bo kiepsko ci to wychodzi. Mógłbym ci podpowiedzieć parę technik, fajnych tekstów...
- Nie mam zamiaru nikomu kadzić! A tak w ogóle... Od kiedy ty się taki romantyczny zrobiłeś, co?
- Mniejsza z tym, kiedy. Pomóc ci czy nie?
- Dobra, wal jakiś przykładowy tekst - westchnęłam zrezygnowana.
Jak się okazało, pomysły mojego braciszka nie były takie głupie. Jednak wiedziałam doskonale, że w żadnym razie nie jestem w stanie użyć żadnego z nich.
- Nie, to nie przejdzie. Może byłbyś w stanie mi kogoś polecić? - spytałam z nadzieją.
- Gdzie tam... Co mogłem, zrobiłem. Teraz sobie radź.
- Nie ma to jak pomocny brat! - rzuciłam - Cześć, do zobaczenia.
Wstałam i ruszyłam brzegiem jeziora. Po chwili jednak zawróciłam znów do brata.
- A tak szczerze... Sądzisz, że mam jakiekolwiek szanse? - spytałam niepewnie.
- Szczerze? Na pewno nie większe niż Susan, ale i tak spore.
- Dzięki.
Weszłam do letniej wody, zastanawiając się, co powinnam zrobić. Nagle...

< Jakiś Sforzanin płci brzydkiej? XD>

wtorek, 1 kwietnia 2014

Od Eileen

Zanurzyłam się w chłodnych wodach Fioletowej Rzeczki. Pływając, myślałam o sensie życia itp. Innymi słowy, prawdziwie filozoficzne tematy. I stwierdziłam, że czegoś mi brakuje. KOGOŚ mi brakuje. Kogoś płci męskiej. I w tym momencie uznałam, że właśnie zaczął mi się spory problem - bo skąd wziąć takiego głupka, który mnie zechce? Uśmiechnęłam się do siebie ironicznie. W Sforze więcej jest istot płci żeńskiej.
Wyszłam na wilgotne białe skałki i otrzepałam się z wody. Wylazłam do lasu i zaczęłam zastanawiać się, czym mogłabym się zająć. Zdecydowałam się na coś twórczego, a mianowicie napisanie jakiegoś utworu. Po kilkunastu minutach gryzłam zirytowana ołówek w Zielonym Tunelu. Wreszcie wpadłam na rytm, który nadawał się do wykorzystania, i zaczęłam bazgrolić coś na niestarannej pięciolinii. Zanuciłam pierwszy takt i uznałam, że jest nieźle. Dopisałam jeszcze pięć taktów i ruszyłam na poszukiwanie mojej mamy - miałam zamiar poprosić ją o stworzenie tekstu do mojej melodii.
- O, witaj, Leen. Jak Ci się wiedzie? - spytała, gdy wpadłam na nią po paru minutach.
- Może być. Napisałam melodię, udałoby Ci się do niej napisać jakiś mądry tekst?
- Raczej tak. Zanuć mi ją.
Zaczęłam cicho nucić swoją kompozycję.
- O czym ma być tekst? - spytała wreszcie.
- O miłości - wypaliłam. Uśmiechnęła się.
- A cóż to, ktoś Ci się podoba? Skąd inspiracja? - zagadnęła.
- Jeszcze nie - wyznałam. Zaśmiała się i obiecała napisać mi tekst.
Wróciłam powoli do swojej jaskini. Miałam nadzieję spotkać kogoś po drodze, ale zawiodłam się. Po blisko godzinie bezczynnego siedzenia na materacu usłyszałam pukanie do drzwi.
- Proszę! - zawołałam.
W korytarzu stanął Egon.
- O, cześć. Co Cię sprowadza?

< Egon? >

niedziela, 9 lutego 2014

Od Eileen - CD historii Drina

- Poszłam nad rzekę, bo tam rosną najładniejsze grzyby. Przy odwilży, pomyślałam, będzie ich co niemiara. Lauren stała tyłem do mnie, ale gdy ją zawołałam, odwróciła się. Była uśmiechnięta... Powiedziała coś. I... Potem zniknęła, gdy na chwilę przymknęłam oczy - odpowiedziałam wyczerpująco, choć nieskładnie. Drin przez moment analizował moją wypowiedź, kiedy odezwał się Hockey.
- Słuchajcie, a co zrobimy, kiedy... jeśli... znów ktoś zobaczy Lauren? - spytał niepewnie. Odpowiedzi oczekiwał prawdopodobnie od Drina, ale...
- Wtedy zaczniemy jej szukać. Trzeba to będzie wyjaśnić - wtrąciłam stanowczo. 
W tym momencie do jaskini wpadł Lucky.
- Wiecie, że nie mam bujnej wyobraźni - rzucił, patrząc mi w oczy nerwowo.
- Fakt - zgodziłam się.
- I że zazwyczaj nie szukam sensacji...
- Też prawda - mruknęłam.
- ...ale mimo tego wszystkiego MUSZĘ wam powiedzieć... Widziałem, w centrum terenów sfory, psa wyglądającego zupełnie jak Lauren - dokończył z determinacją. Spojrzał na nas niepewnie. Jęknęłam głośno, Drin spojrzał na Lucky'ego zmęczonym wzrokiem, Hockey westchnął zrezygnowany.
- No to nie jesteś sam - skwitowałam. Drin "obudził" się i szybko objaśnił kundelkowi całą sytuację. Mój przyrodni brat słuchał z niedowierzaniem na pysku i kiwał głową jak w transie.
- Ciężka sprawa - ocenił. Powstrzymałam się od złośliwej uwagi, że właśnie dlatego tu jestem i to żadna nowość. Alfa odetchnął głęboko i powiedział:

<Drin?>

piątek, 7 lutego 2014

Od Eileen - CD historii Harysta

- Wszystko jest możliwe - powiedziałam sztywno. Haryst zamilkł zrezygnowany.
- Czyli nic z tym nie zrobisz... Do przewidzenia - dodałam. Odwróciłam się i poszłam na poszukiwanie kogoś z "władz" SPG. Po godzinie znalazłam Hockey'a i opowiedziałam mu o tajemniczym zjawisku, jakim jest obecnie Lauren. Nie spodziewałam się takiej reakcji, jaką zaobserwowałam.
- Trzeba o tym powiadomić Drina - uśmiechnął się entuzjastycznie. Widać było, że sprawa go interesuje i że się przejął. Ucieszyłam się, że nie same Harysty wędrują po świecie.
- No jasne! Musimy działać - odpowiedziałam podekscytowana - Chodźmy!
Hockey chyba nie spodziewał się, że będę chciała z nim iść, ale nie protestował. Ruszyliśmy przez las w kierunku groty Drina.

<Hockey? A może Drin?>

piątek, 24 stycznia 2014

Nowa suczka w Sforze - Eileen!

Znowu Szyszka! = Koniec z przywitaniami dla Szyszki, bo wykończyła mi pomysły!
Oto Eilee!
 
Imię: Eileen (zdrobniale: Lee, Eilee, Leen)
Płeć: suczka
Wiek: 3 lata
Rasa: mieszaniec - Parson Russell Terrier/Lapinporokoira
Stanowisko: kompozytorka
Partner: -
Młode: -
Rodzina: rodzice - Ami i See, rodzeństwo
Urodziny: 6 dzień zimy
Charakter: spokojna, odrobinę roztargniona, czasem "nieobecna" (zamyśla się), poważna jak na swój wiek, dojrzała, niezbyt ciekawska, wyrozumiała, pomocna, marzycielska, empatyczna, współczująca, brata - Harysta traktuje, jakby był od niej młodszy, zacięta, bardzo bystra i inteligentna, rozsądna, opanowana, nie panikuje i umie zachować zimną krew, zaciekła, romantyczna, nie przejmuje się, co myślą o niej inni, niezwykle wrażliwa (łatwo ją zranić), nieufna w stosunku do psów i jeszcze bardziej do ludzi, samodzielna, trochę nieśmiała, bardzo muzykalna (ciągle coś nuci itp.), nie umie wybaczać, na zmianę: optymistka/pesymistka, ale nigdy realistka...
Historia: Urodziła się w dawnej SPG.
Nick na howrse.pl: Szyszka