Kolejny piorun uderzył o ziemię.
Geris stał przy wejściu do groty, w której pracowali medycy. Właśnie skończył bandażować łapę jednego z wojowników, który, pomimo protestów, chwilę później wybiegł na zewnątrz, by dalej brać udział w bitwie na jednym z terenów Navydeer. Pies nie był zachwycony z tego powodu. Po pierwsze: nie zatrzymał go i może skończyć się to nie najlepiej. Po drugie: wojownik nie posłuchał Bety.
Westchnął i wrócił do pracy.
Do środka wbiegła nieznajoma mu suczka. Biegła już na tyle długo, by się zmęczyć, co było widać. Jej sierść była mokra od deszczu.
- Miałam... przekazać... informacje dotyczące walczących. - wydyszała.
- Ilu jest w stanie walczyć dalej? - spytał Geris.
- Nie liczyłam, ale na oko ze dwudziestu - odrzekła. - A przynajmniej tak mi się wydaje. - dodała szybko, jakby jej pomyłka miała ogromny wpływ na dalszy ciąg walki.
Dwadzieścia, pomyślał border. Nie jest to dużo, lecz mało też nie. Wystarczająco.
Kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Nieznajoma uśmiechnęła się blado, po czym odwróciła się i pobiegła przed siebie, w kierunku sektoru Navydeer, zanim Geris zdążył odpowiedzieć takim uśmiechem, na jaki było go stać.
Nagle przypomniał sobie o tym, że miał spytać, ilu jest rannych.
- Hej! - zawołał, ale suczka była już zbyt daleko, by mogła go usłyszeć.
Odprowadzał ją wzrokiem, aż zniknęła w lesie. Pomyślał o Another, która teraz prawdopodobnie była na patrolu. Jak zwykle, zresztą. Rzadko zjawiała się tu lub chociaż w okolicy.
A on nie miał nawet chwili, by móc zobaczyć ją w ciągu dnia. Czasami widywali się nocą, ale wtedy musieli zachować podwójną czujność i tak jakby ich nie było. Każde z nich bylo myślami gdzie indziej.
- To niedługo się skończy. - powiedział do siebie tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć.
Wyjrzał na zewnątrz, by zobaczyć, czy w pobliżu jest ktoś, kto potrzebuje pomocy. Nikogo takiego nie zobaczył, a w zamian za to udało mu się porządnie zmoknąć. Rozejrzał się jeszcze raz, może z powodu deszczu, który zalewał mu oczy, nie zauważył nikogo.
Nadal nie zauważył żadnego psa.
Wszedł do środka. Usłyszał płacz jakiejś suczki, którą pocieszał Prince. Geris nie chciał pytać, co się stało, gdyż wiedział, że to nie kego sprawa. Poszedł dalej, gdzie ujrzał grupkę bawiących się szczeniąt. W ich pobliżu leżała suczka rasy owczarek australijski.
To pewnie Green Day, pomyślał border.
Podszedł do niej border collie, którego Geris rozpoznał dopiero po chwili. Alex, również pracujący tutaj lekarz.
Udał się dalej. Nigdzie nie było Casey, której szukał.
Minął młodą suczkę, która wlepiła w niego wzrok pytający, co ma zrobić. Zresztą nie tylko ona. Oderwał od niej wzrok. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Nie potrafił jej pomóc.
Nagle zauważył głównego lekarza. Właśnie skończyła rozmawiać z jednym z Veroną, która miała pójść do Green Day i jej szczeniaków. Pobiegł do przodu i zatrzymał się tuż przed nią poszukiwaną bohundką. Wyglądała na zmęczoną, ale jednak się uśmiechnęła.
- Cześć, Casey. - powiedział Geris.
- Cześć. - odpowiedziała. - Ktoś z walczących miał tu przyjść i przekazać informacje dotyczące stanu walczących. Czy ktoś przyszedł?
- Tak. - kiwnął głową. - Około dwudziestu walczy dalej. Ta suczka pobiegła dalej, zanim zdążyłem spytać, ilu jest rannych lub martwych.
- Trudno. Na pewno jeszcze ktoś przyjdzie z tą informacją. - stwierdziła. Uśmiech nie znikał z jej pyska. Geris nie wiedział, jak ona to robi.
Rzuciła krótkie "pa", po czym podbiegła do Robina, który przyprowadził jednego z obrońców. Geris nie rozpoznał go z takiej odległości, jednakże nawet stąd zauważył, że nie był w dobrym stanie. Był niemalże cały we krwi, a łapy miał powyginane pod dziwnymi kątami. Został przeniesiony do miejsca, gdzie chirurdzy operowali.
Chwilowo border nie miał nic do roboty. Postanowił wykorzystać te parę minut i pójść do swojej partnerki.
Kiedy pędził do przodu, w kierunku Fioletowej Rzeczki, gdzie zamieszkał razem z Another, poczuł ukłucie tęsknoty za Berry. Ale to uczucie szybko minęło.
Jeszcze zanim wszedł do środka, ujrzał Another, która leżała zwinięta w kłębek tuż przy wejściu.
- Cześć. - odezwał się. Nie odpowiedziała.
Jej oczy były zamknięte, a oddech miarowy. Już spała.
Geris nie chciał jej budzić. Nachylił się do niej i pocałował, a następnie odwrócił się i wyszedł na zewnątrz.
Zobaczył, że ktoś idzie w jego stronę, lecz z takiej odległości nie mógł rozpoznać, kto to był.
Ktoś chce dokończyć?
Westchnął i wrócił do pracy.
Do środka wbiegła nieznajoma mu suczka. Biegła już na tyle długo, by się zmęczyć, co było widać. Jej sierść była mokra od deszczu.
- Miałam... przekazać... informacje dotyczące walczących. - wydyszała.
- Ilu jest w stanie walczyć dalej? - spytał Geris.
- Nie liczyłam, ale na oko ze dwudziestu - odrzekła. - A przynajmniej tak mi się wydaje. - dodała szybko, jakby jej pomyłka miała ogromny wpływ na dalszy ciąg walki.
Dwadzieścia, pomyślał border. Nie jest to dużo, lecz mało też nie. Wystarczająco.
Kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Nieznajoma uśmiechnęła się blado, po czym odwróciła się i pobiegła przed siebie, w kierunku sektoru Navydeer, zanim Geris zdążył odpowiedzieć takim uśmiechem, na jaki było go stać.
Nagle przypomniał sobie o tym, że miał spytać, ilu jest rannych.
- Hej! - zawołał, ale suczka była już zbyt daleko, by mogła go usłyszeć.
Odprowadzał ją wzrokiem, aż zniknęła w lesie. Pomyślał o Another, która teraz prawdopodobnie była na patrolu. Jak zwykle, zresztą. Rzadko zjawiała się tu lub chociaż w okolicy.
A on nie miał nawet chwili, by móc zobaczyć ją w ciągu dnia. Czasami widywali się nocą, ale wtedy musieli zachować podwójną czujność i tak jakby ich nie było. Każde z nich bylo myślami gdzie indziej.
- To niedługo się skończy. - powiedział do siebie tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć.
Wyjrzał na zewnątrz, by zobaczyć, czy w pobliżu jest ktoś, kto potrzebuje pomocy. Nikogo takiego nie zobaczył, a w zamian za to udało mu się porządnie zmoknąć. Rozejrzał się jeszcze raz, może z powodu deszczu, który zalewał mu oczy, nie zauważył nikogo.
Nadal nie zauważył żadnego psa.
Wszedł do środka. Usłyszał płacz jakiejś suczki, którą pocieszał Prince. Geris nie chciał pytać, co się stało, gdyż wiedział, że to nie kego sprawa. Poszedł dalej, gdzie ujrzał grupkę bawiących się szczeniąt. W ich pobliżu leżała suczka rasy owczarek australijski.
To pewnie Green Day, pomyślał border.
Podszedł do niej border collie, którego Geris rozpoznał dopiero po chwili. Alex, również pracujący tutaj lekarz.
Udał się dalej. Nigdzie nie było Casey, której szukał.
Minął młodą suczkę, która wlepiła w niego wzrok pytający, co ma zrobić. Zresztą nie tylko ona. Oderwał od niej wzrok. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Nie potrafił jej pomóc.
Nagle zauważył głównego lekarza. Właśnie skończyła rozmawiać z jednym z Veroną, która miała pójść do Green Day i jej szczeniaków. Pobiegł do przodu i zatrzymał się tuż przed nią poszukiwaną bohundką. Wyglądała na zmęczoną, ale jednak się uśmiechnęła.
- Cześć, Casey. - powiedział Geris.
- Cześć. - odpowiedziała. - Ktoś z walczących miał tu przyjść i przekazać informacje dotyczące stanu walczących. Czy ktoś przyszedł?
- Tak. - kiwnął głową. - Około dwudziestu walczy dalej. Ta suczka pobiegła dalej, zanim zdążyłem spytać, ilu jest rannych lub martwych.
- Trudno. Na pewno jeszcze ktoś przyjdzie z tą informacją. - stwierdziła. Uśmiech nie znikał z jej pyska. Geris nie wiedział, jak ona to robi.
Rzuciła krótkie "pa", po czym podbiegła do Robina, który przyprowadził jednego z obrońców. Geris nie rozpoznał go z takiej odległości, jednakże nawet stąd zauważył, że nie był w dobrym stanie. Był niemalże cały we krwi, a łapy miał powyginane pod dziwnymi kątami. Został przeniesiony do miejsca, gdzie chirurdzy operowali.
Chwilowo border nie miał nic do roboty. Postanowił wykorzystać te parę minut i pójść do swojej partnerki.
Kiedy pędził do przodu, w kierunku Fioletowej Rzeczki, gdzie zamieszkał razem z Another, poczuł ukłucie tęsknoty za Berry. Ale to uczucie szybko minęło.
Jeszcze zanim wszedł do środka, ujrzał Another, która leżała zwinięta w kłębek tuż przy wejściu.
- Cześć. - odezwał się. Nie odpowiedziała.
Jej oczy były zamknięte, a oddech miarowy. Już spała.
Geris nie chciał jej budzić. Nachylił się do niej i pocałował, a następnie odwrócił się i wyszedł na zewnątrz.
Zobaczył, że ktoś idzie w jego stronę, lecz z takiej odległości nie mógł rozpoznać, kto to był.
Ktoś chce dokończyć?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz