Od kilku dni chodzę niespokojna. Czasem ma się takie przeczucie, że coś się wydarzy. Nie mam zielonego pojęcia, co to może być, ale raczej nic dobrego. Wszystko leci mi z łap, w ciągu trzech dni wylałam pięć misek zupy i potknęłam się jedenaście razy. Co więcej, dwa razy miałam halucynacje, raz wzrokowe, raz słuchowe. Najpierw zdawało mi się, że widzę Vivę, chociaż nikogo nie było, Lucky to potwierdził, stał parę kroków dalej. Następnie słyszałam jakieś niewyraźne, ale bardzo głośne wołanie o pomoc.
- Mamo, o co chodzi? - czwartego dnia Eileen nie wytrzymała - Co się z Tobą dzieje?
- Przeczucie - szepnęłam.
- Że co? - spytała zniecierpliwiona.
- Że coś się wydarzy.
- Rozumiem, ale CO?
- Żebym to ja wiedziała...
Boję się odchodzić na dwieście metrów od Zielonego Tunelu. Nie biorę się za nic ważnego, bo wszystko leci mi z łap.
Wreszcie przełamuję strach i biegnę pod Miejsce Narad. Balkonik jest pusty. Czy nie warto tego zmienić?
Już ruszam do alfy, żeby powiadomić go o moim przeczuciu, gdy nagle nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Nie mogę się ruszyć z miejsca! I nagle słyszę głos...
"Jutro... Jutro nastąpi koniec. Drugi koniec wiecznej, zdawałoby się, Sfory Psiego Głosu. I tym razem nic... i nikt was nie uratuje. I nie uciekniecie... Nadejdą ludzie i klęska żywiołowa jednocześnie..."
Zaczęłam krzyczeć, żeby zagłuszyć ten nieustępliwy głos. Niepotrzebnie, bo właśnie w tym momencie umilkł. Jakaś niezrozumiała siła nie pozwalała mi iść po alfę, mogłam tylko wrócić do domu. Zrozpaczona położyłam się spać.
*********************************************
Od dwóch godzin przeczesywałam tereny sfory, histerycznie płacząc i co chwila potykając się w deszczu. Od dwóch godzin lala niemiłosiernie i wiał piekielnie mocny wiatr, a niebo było całkowicie czarne. Od dwóch godzin nikogo nie spotkałam. Tylko raz usłyszałam odgłos inny niż huk wiatru.
Był to huk strzelby.
Gdy upłynęła trzecia godzina, poczułam, że siła, zabraniającą mi iść do alfy, ustąpiła. Pognałam więc w stronę Olimpusa.
- Drin!!!
Dopiero po trzecim wrzasku usłyszałam odpowiedź.
- Słucham?!
Musieliśmy wrzeszczeć, żeby się słyszeć, tak mocno wiało.
- Słyszałam głos!!! Mówił, że dziś nastąpi koniec SPG!!! - darłam się.
- Nie ty jedna!!!
To mnie zaskoczyło.
- Kto jeszcze?!
- Nieważne! Trzeba ratować Sforę!!!
- Przecież wiem!!!!!!
Następne siedem godzin spędziliśmy razem z resztą Sfory, z nadzwyczajną zaciętością i furią kopiąc schrony, gryząc i warcząc na ludzi, szczekając na ludzi, przeklinając utrudniającą nam wszystko pogodę i wreszcie panikując, chociaż to ostatnie jest chyba oczywiste.
Po trzech godzinach deszcz i wiatr ustały. Ludzie też się wycofali.
Wybiła północ.
- Dzień się skończył - stwierdziłam z niebotyczną ulgą - Nic już nie może się stać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz