Rozejrzałem się. Gdzie byśmy mogli pójść? No cóż, jest dużo takich miejsc...
- Dobra - zaproponowałem - po prostu chodźmy przed siebie. W końcu trafimy gdzieś...
Maybe chyba było wszystko jedno. Zatem ruszyliśmy przed siebie. Raczej milczeliśmy. May nigdy nie była zbyt rozmowna. To znaczy z innymi gadała, ale jakoś ze mną, czy Drinem... Trudno mi opisać naszą relację. Może to, że nie gadamy zbytnio jest według niej tą prawdziwą przyjaźnią? A może jej się nie chce gadać? Może coś ją gnębi, ale boi się powiedzieć?
Przed nami wyjawiła się pustynia. Oboje zatrzymaliśmy się jak na znak.
- Rozumiem, że nie na to liczyłaś? - Westchnąłem.
- Hockey? - Zapytała. W jej głosie wyczułem strach.
- Hm? - Spojrzałem na nią. Patrzyła gdzie indziej. Dogoniłem jej wzrok. - Oj, nie...
Wilki. Nie żadne wilki od Rudej Wiedźmy, ale tamte stare. Nie mogą dać nam tego przeklętego spokoju!?
- Stań za mną... - Niemalże warknąłem. Już podnieciłem się walką.
Brunatny, największy z nich, wyszedł na przód i wyszczerzył swoje lekko żółtawe kły. Tym razem warknąłem na serio.
- Czego chcesz!? - Chrapnąłem.
- Ach - westchnął. - Po prostu się odsuń, a tej twojej dziewczynie nic nie będzie.
Wilk wiedział, co robi. Ja nie byłem w stanie myśleć trzeźwo. Gdzie Seth, Hast i Jason, gdy ich potrzeba?
- Pożałujesz tak pochopnych decyzji - najeżyłem sierść. Atmosfera była gorąca.
- Słyszeliście? - Odwrócił się do swoich. - Ten burek mi grozi.
Odpowiedzieli śmiechem.
Spojrzałem kątem oka na Maybe. W walce nie mamy szans.
- Wiej - szepnąłem. - Odwrócę ich uwagę.
Suczka skuliła się, ale zmrużyła oczy.
- Chyba mnie nie znasz - uśmiechnęła się szeroko.
Stanęła obok mnie. Wyluzowana, niewzruszona. Jedynie w jej oczach widać było panikę. Świetnie ją maskowała.
Nasi przeciwnicy przyjęli pozycje bojowe.
- Brać łaciatą - rozkazał brunatny. - A czarnym zajmę się ja. Chociaż szybciej będzie, jakbyś mi pomógł, Kol. - Posłał porozumiewawcze spojrzenie szaremu wilkowi za nim.
"Super", pomyślałem.
< Maybe? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz