-Nie wiem,ale chyba jeszcze dziś...-Powiedziałem ledwo,bo strasznie bolał mnie bok.-Ale ja będę tam na pewno.-Dodałem po chwili z powagą i spróbowałem wstać,ale z tego nic nie wyszło i tylko upadłem.
-Lepiej tu zostań.-Powiedział Jared i pomógł mi się znów położyć.Westchnąłem ciężko.
-Jared...je nie chcę zrobić tego samego błędu co w przeszłości...ja nie chcę by inni musieli ginąć za moją słabość.Tak jak...Frets.-Powiedziałem,a do oczu zaczęły mi napływać łzy,ale powstrzymałem je w odpowiedniej chwili.
-Ale...-Spróbował coś powiedzieć.
-To mój obowiązek.
-Twoim obowiązkiem jest iść tam na pewną śmierć?-Spytał.
-Tak...-Odpowiedziałem i wstałem.Trzy pierwsze kroki sprawiały mi ból,ale po czwartym już udawałem,że go nie czuję.Umrę...dla sfory i dla Nixy...żeby w przyszłości nasze szczeniaki mogły swobodnie chodzić po sforze bez obawy przed wilkami.
Jared poszedł niepewnie za mną aż na polanę gdzie ciągle zbierały się wilki.Ludzie już powoli odchodzili.
-Idz lepiej do siebie.-Powiedziałem cicho,a na polanie zebrali się wojownicy.Brakowało mi tylko Frest'a...kiedy Jared był już bezpieczny zaczęła się walka.Od razu naskoczyłem na jednego z pierwszych wilków.Nasza walka stoczyła się na boku polany i nikt nie zwracał na nas uwagę.Już resztkami sił uderzałem go i gryzłem,ale on udawał,że nic nie czuje i wydawało się tylko,że przybywa mu siły.Kopnął mnie mocno,a ja odleciałem parę metrów dalej.Podszedł do mnie,a ja zwinąłem się z bólu.
-To ty ten Despero?-Spytał zdyszany.-Ten...dowódca dingo.Wojownik oddany w pełni.Dziś słaba resztka prawdziwego dowódcy...mały,mikroskopijny pies bez żadnego znaczenia.-Mówił podchodząc do mnie powoli.Każde słowo bolało mnie jeszcze mocniej niż rany.
-To przez twoją dumę zginęło tyle dingo.Przez twoją głupotę zabili Attakiego!
-Dość!-Krzyknąłem ze łzami w oczach.Zastanawiałem się tylko skąd on o tym wie...ale za krótki czas poznałem odpowiedz.Był to Miskin...kiedyś mój przyjaciel,ale pewnego dnia odszedł by dołączyć do watahy.
-Miskin...proszę...litości.-Powiedziałem bardzo cicho i nie wiem czy nawet to usłyszał.Wilk zaśmiał się szyderczo i pokręcił głową.
-Czemu niby?-Spytał kładąc łapę na moim barku.
-Mam rodzinę...wspaniałą partnerkę i szczeniaki.-Odpowiedziałem.
-Rodzinę...słowo niedawno dla ciebie obce.-Powiedział.Wtedy zwołał do siebie jeszcze trzy wilki,a one wywlokły mnie głęboko w las.Jeden przytrzymywał mnie przy drzewie,a drugi strasznie bił.Po drzewie spływała moja...niewinna krew.
-Zrobię wszystko tylko zostawcie sforę!-Krzyknąłem już ledwo żywy.-Proszę!
-Dość.-Powiedział Miskin kiedy zobaczył,że jestem już wykończony.Wilk puścił mnie,a ja padłem na ziemię.Dyszałem głośno i zaciskałem co chwilę powieki.
-Niech teraz cię zobaczą.Byłeś kiedyś zwykłym samolubnym idiotą.A teraz...oddałbyś życie za jakąś głupią sforę i rodzinę...zostawcie go.Niech umiera przynajmniej w spokoju.-Powiedział i odeszli zostawiając mnie samego.Czyli umrę...to mój koniec?Płakałem...ale nie z powodu ran.Z powodu tego,że zostawiam Nixę,szczeniaki i przyjaciół...czemu?Gdybym mógł jeszcze zobaczyć Nixę...Jared'a...pożegnać się z nimi i przytulić szczeniaki mówiąc,żeby były dzielne.Czemu ten świat jest taki okrutny?Czemu tak szybko?Chcę jeszcze tyle zobaczyć...jeszcze tyle poczuć.Nagle z krzaków wybiegł Jared.Usiadł nad mną.
-Co ci jest?-Spytał zmartwiony.
-Pójdz po Nixę...-Odpowiedziałem mu tylko.Jared wziął mnie tylko na plecy i pobiegł przez pole walki ze mną do medyka.Wtedy straciłem przytomność.
~~~~
Kiedy obudziłem się leżałem cały w bandażach,a nad mną stał medyk.Kręcił głową patrząc na otwarte rany i moją łapę którą ledwo mogłem ruszać.Nie wiedziałem co się dzieje i ledwo pamiętałem co się stało.Pozostał tylko straszliwy ból.Nagle wbiegł Jared.
Jared?Czy ktoś uratuje Despero?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz