sobota, 25 października 2014

Od Verony - CD historii Vexona

  Vexon wybiega poza grotę. Nie wiem, czego chce. Może chce coś znaleźć? Może kogoś przyprowadzić? Nie wiem, nie czytam innym w myślach, choć bardzo bym tego chciała. Ach, jak wiele było zdarzeń, w których telepatia byłaby przydatna. Lecz to nie telepatia jest teraz głównym obiektem mych rozmyślań.
  Straciliśmy Navydeer.
  Te dwa słowa złożone w jedno, krótkie zdanie ciągle tkwią w mojej głowie.
  Ten sektor był miejscem, w którym dołączyłam do Sfory Psiego Głosu. Tutaj mieszkałam, tutaj pracowałam jako lekarz... A teraz tak po prostu przejęły go wilki. To nie jest sprawiedliwe.
  Idę przez miejsce, gdzie obecnie my, lekarze, mamy możliwość pełnienia naszej roli. Strata Navydeer wiązała się ze stratą groty Hospitallo, czyli groty medyków.
  Słyszą jęki. Gwałtownie odwracam się i widzę suczkę czołgającą się w moją stronę. Ona nie jest lekarzem, za to jest ranna - i to poważnie. Zmierzam w jej kierunku, za mną szybko idzie Sasza. Pomaga mi przenieść ranną, no bo Sasza jest wyższa ode mnie, a nieznana mi suczka jest mniej więcej jej wzrostu.
  Zajmuję się opatrywaniem ran suczki, dołącza się do mnie Chili. Działać trzeba szybko...
***
  Jakiś czas później suczka trafiła pod opiekę Robina. Przeżyła, ale nie było łatwo walczyć o jej życie... Kątem oka widzę, że jeden z medyków zamyka oczy jakiemuś psu. Wstrzymuję oddech. Nienawidzę sytuacji, w których ktoś umiera, w dodatku parę metrów ode mnie, ale bycie lekarzem ma takie konsekwencje. Przypominam sobie, jak Alison mówiła mi, że też chciałaby móc ratować życie innym. Owszem, to zawsze miło komuś pomóc... ale nie zawsze się udaje. Nieudane próby ratowania komuś życia zawsze są przykre.
  Po raz kolejny długo myśleć nie mogę. Lekarzy mamy dużo, to prawda, ale roboty jest jeszcze więcej. Wojna z tą Watahą Braterskiej Krwi... Wzięli sobie nasz sektor. Wszystko, co zrobili członkowie tej watahy, sprawia, że czuję do nich niewyobrażalną nienawiść.
  - Chili? - zwracam się do samicy Beta. To z nią kiedyś (kiedy jeszcze nie była partnerką Drina) tak ostro się pokłóciłam. Wyszło na to, że pod koniec się pogodziłyśmy, to dobrze. Inaczej miałabym teraz konflikt z Betą, a to nie byłoby zbyt dobre.
  - Tak, Verona? - mruczy pod nosem. Nie odrywa wzroku od łapy jakiegoś owczarka, którą owija bandażem.
  - Ilu mamy lekarzy? Tak mniej więcej? - pytam.
  - Około... kilkunastu. Chyba. - odpowiada.
  - Dobrze, dzięki.
  Ponad sto dwadzieścia psów, a tylko kilkunastu lekarzy... No, pięknie. Po prostu super. Jednak mimo wszystko nadal tkwi we mnie nadzieja, że wygramy tą wojnę.
  Kieruję się w stronę wyjścia, a Chili końcy opatrywanie łapy psa. Ten, utykając, wychodzi z groty. Rozglądam się, czy jest ktoś ranny. Nikogo nie widzę.
  Czuję na sobie dotyk łapy. Podskakuję i odwracam się w locie. Za mną stoi Chili.
  - O. - mówię. - Co chciałaś?
  - Vexon chciał czegoś od ciebie. - mówi.
  Rzeczywiście, do naszej groty wchodzi owczarek niemiecki. Vexon. Ale po co mu ten wór?!
  - Co przyniosłeś? - rzucam po krótkim przywitaniu.
  - Różne rzeczy. Może się wam przydadzą. - wzrusza ramionami.
  Robię kilka kroków w stronę Vexona i pochylam głowę. Patrzę w dół i moim oczom ukazuje się sprzęt weterynaryjny. Rozmaite przedmioty, które w każdej chwili mogą nam się przydać.
  - Wow, Vexon, skąd to masz? - ożywiam się.
  - Zwinąłem ludziom. - mówi z dumą.
  - Domyślam się, że byli zachwyceni? - parska Gabriel. Ja uśmiecham się pod nosem. Dostrzegam Casey, która najwyraźniej zauważyła, że ja i husky nie zajmujemy się tym, czym powinniśmy.
  - Verie, Gabriel, powinniście za... - urywa. - Co ty przyniosłeś? - dziwi się.
  Odpowiadam jej ja.
  - Sprzęt medyczny, ukradziony od ludzi.
  Casey otwiera pysk, aby coś powiedzieć.

Vexon? Casey?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz