Nic. Cisza. Bezruch.
- Coś tu nie gra. - mruczę. - Jest bardzo dziwnie. Nikogo nie ma, a to idealne miejsce, by rozpocząć walkę. Łatwo kogoś zrzucić...
- Cathe... rine... - ktoś dyszy za mną. Odwracam się, a tu znowu Volta.
- O co chodzi? - dziwię się.
- Zmiana planów. - mówi. - Idziemy na Górę Wojny. Desperę.
- Wszyscy? - upewniam się.
- Ci, którym powiedziałam. Hockey kazał mi powiedzieć tobie i Cete, że nie idziecie na patrol. Teraz musimy walczyć. Sam Sao kogoś zaatakował, no i tak zaczęła się bójka. Dobra, sama zobaczysz.
Kiwam głową i biegnę w kierunku Despery. Ogarnia mnie przedziwne uczucie. Nie jest to niepokój. Nie jest to przerażenie. Tych dwóch już doznałam. Teraz dociera do mnie, że nigdy nie czułam zwykłego, normalnego strachu.
Wzdrygam się. Nie podoba mi się to uczucie. Jest takie... dziwne. Nienormalne. Tak w ogóle, to dlaczego my... się boimy? Co powoduje w nas taki strach? Co jest takiego strasznego?
Już wiem.
Już się przekonałam.
Jeden obraz mi to uświadomił.
Gdy docieram na górę, tam trwa krwawa bitwa. Walczy naprawdę wiele psów, gdzieś w oddali dostrzegam Jessy. Pewnie normalnie bym jej nie poznała, ale już z nią rozmawiałam. To dlatego ją znam.
Wszędzie leżą trupy. Przeskakuję przez jednego wilka, który albo nie żyje, albo jest nieprzytomny. Nie czuję się dobrze z tym, że wolałabym, żeby nie żył.
Rzuca się na mnie biały basior o jasnobrązowych oczach. Wydaje mi się, że chyba już go widziałam...
Tak. Widziałam go. To on prawie mnie zabił, gdy ja i Gabriel mieliśmy udać się właśnie tutaj. Tutaj, żeby walczyć. By zginąć lub przeżyć. Teraz tylko te dwie rzeczy mogą się zdarzyć.
- Co tam u ciebie, Catherine? - drwi wilk. Nie odpowiadam mu. Po co miałabym to robić? Nie ma sensu. Nic nie ma sensu.
Gdy wilk wyje, ja rzucam się na niego. Wtedy dociera do mnie, że jest za duży i że nie mam szans. Za późno, o wiele za późno... Brązowooki odpycha mnie łapą i przygniata do ziemi. W tym momencie słyszę krzyk. Potrzebuję kilku sekund, by zrozumieć, że to ja krzyczę.
- Krzycz dalej. Na pewno ci to pomoże. - szydzi.
Nigdy nie widziałam najmniejszego sensu w dokuczaniu sobie podczas walk. Nie to się wtedy liczy, przynajmniej według mnie. Spuszczam wzrok, a gdy go podnoszę, zauważam, że wilk nie ma kawałka ucha. Jego końcówka... jest oderwana. Krzywię się i przełykam ślinę.
Nie znam imienia tego wilka ani jego charakteru. Praktycznie nic o nim nie wiem... i mam go zabić? Co mi zrobił?
Prawie cię zabił. W dodatku nie tylko ciebie, jeszcze Gabriela.
No tak. To już coś.
Biały chwyta kłami moją tylnią łapę i zaczyna rozszarpywać. Wyrywam się i czuję okropny ból, lecz nie mogę teraz użalać się nad sobą. Wgryzam się w szyję wilka i przytrzymuję. Ten ponownie odpycha mnie dalej, a ja uderzam się o drzewo. Pięknie. Już drugi raz w ciągu niecałej godziny.
Wstaję i chcę dalej toczyć walkę, ale wilk już biegnie w innym kierunku. Przez chwilę patrzę na niego, ale nie na długo. Gdy obraz przestaje mi się zamazywać, dociera to do mnie. Biegnie do Jessy.
Decyduję się, aby zaatakować wilka. Niestety, ktoś mi to uniemożliwie. Czuję silne uderzenie z tyłu głowy i tracę przytomność.
***
Budzę się w grocie medyków. Otwieram oczy i dostrzegam Jessy, która siedzi naprzeciwko mnie.
- Wyglądasz raczej... kiepsko. - stwierdza.
Uśmiecham się.
- Na pewno. - mówię.
Jessy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz