W końcu powiedziałem sucho, patrząc prosto w spoglądające na mnie uważnie oczy Verony: - A tak w ogóle... może należysz do SPG? - A jak Ci się wydaje ? - Odparła chłodno. - Że raczej tak... - Więc dobrze Ci się wydaje - przerwała mi nagle. - Oj, a może by tak grzeczniej? - Powiedziałem ironicznie. - A może nie? - Jak chcesz... - powiedziałem beznamiętnie.
- A mogę chociaż wiedzieć, co tutaj robisz? - Zapytałem nie mniej podejrzliwie. - Mogę Cię zapytać o to samo - odwarknęła chłodno. Przewróciłem oczami i szybko odpowiedziałem ironicznym głosem: - Owszem, więc jeśli to taka wielka tajemnica to ja przylazłem tu dla świętego spokoju... - To coś Ci nie wyszło - przerwała mi. - Hahahah... - zaśmiałem się bezradnie - No co Ty nie powiesz....
W sforze jestem już jakiś czas, a jak na razie kojarzę tylko jednego psa... no cóż, jestem taki aspołeczny... Pewnego dnia przechadzałem się po łące, w nadziei, że znajdę tam spokój. No... i oczywiście myliłem się... - Ej, Ty! - zawołał nagle jakiś głos. - Problem? Jeśli nie to spadaj - powiedziałem zirytowany. < Kto? >
Merlyn nieźle się uszkodziła, z otwartej rany niewielkim strumieniem płynęła ciemnoczerwona strużka krwi. - Hahah - zaśmiałem się gorzko, nadal leżąc ze związanymi łapami - Ładnie się załatwiłaś... - Bo jakbyś nie zauważył ratowałam Ci tyłek.. - przerwała mi Merlyn, nie domykając uszkodzonej szczęki. - Nieciekawie to wygląda - powiedziałem desperacko, próbując jakoś się uwolnić, nawet nie zwracając większej uwagi na zranioną Merlyn. - A może chociaż dziękuję? - powiedziała spokojnie po czym usiadła, skupiona na swojej ranie. - Proszę, dziękuje - przedrzeźniałem ją - za kogo ty mnie masz?! Po jakimś czasie w końcu jakoś się uwolniłem, po czym wstałem. Merlyn nic nie odpowiadała, w końcu spojrzałem na nią. Ten widok nie należał do przyjemnych: Merlyn leżała bezwładnie pod większą paprocią z szeroko otwartymi oczami.
< Merlyn? To opo jest jakieś bez sensu, ale moja wena mnie opuściła :'C >
Miałbym przeprosić? Serio? Ja? No dobra, jestem w nieciekawej sytuacji... Fakt. Opuściło mnie poczucie humoru i powiedziałem swoim normalnym tonem: - Merlyn, tak się nie bawimy... Trochę się pośmiałem, trochę powkurzałem psią księżniczkę, wszystko świetnie, gdyby nie fakt, że wiszę w powietrzu... A jedyną deską ratunku jest... heh, Merlyn... - Więc jak wolisz... - powiedziała, odwróciła się napięcie i zrobiła krok do przodu, na bardzo wkurzonych łapach. - Stój! Merlyn noo, chyba nie zamierzasz mnie tak zostawić prawda? Nawet się nie odwróciła powiedziała tylko: - Owszem. - Będziesz mieć mnie na sumieniu. Chcesz tego?! - Ciebie? Z chęcią. No zasłużyłem sobie... - Merlyn...przepraszam, zadowolona?! To teraz może wreszcie pomożesz mi zejść co?!
Nowa sfora, nowe tereny i nowe psy. Wszystko świetnie, gdyby nie fakt że średnio chce mi się poznawać nowe psy a na zwiedzanie terenów zwyczajnie nie mam czasu... Dzisiejszego popołudnia wpadłem na pewną suczkę: - Jak chodzisz?! - warknęła. - Kim jesteś? - zapytałem zdziwiony. - Kim Jestem ? Jestem Merlyn a Ty czego tu? Nie znam Cię pewnie jesteś nowy - mruknęła. - No, można tak powiedzieć - wymamrotałem po chwili. - Co znaczy "można tak powiedzieć "? - zapytała z zainteresowaniem w głosie - A przepraszam jesteś... czym? - hahaha... czymś na pewno, jestem Dasco - powiedziałem śmiejąc się lekceważąco. - Czyżby? - warknęła. - Rzucasz mi wyzwanie? - zapytałem ironicznym tonem patrząc na zbulwersowaną suczkę. < Merlyn? >