- Casey, powiesz mi w końcu gdzie jest Hockey? - Spytałam, stając obok suczki, która właśnie przyrządzała jakieś leki. Tłumaczyła, że zielarze mają teraz więcej roboty nawet od niej, a chce trochę odpocząć od widoku krwi i bólu.
Gdy się pierwszy raz spotkałyśmy, wydawała mi się taka duża. A teraz patrzyłam na nią z góry. Wszystkich dziwił mój wzrost, nikt nie miał pojęcia, kim jestem. Prawda jest taka, że przez mój wygląd, wzrost i budowę w jednym, w niczym nie przypominałam reszty. Dlatego czułam się nieco wykluczona.
- Casey? - Spytałam ponownie. - Czy on... nie żyje?
Suczka nie chciała mi powiedzieć, o co chodzi. Zawsze milczała, gdy o to pytałam, albo odpowiadała krótko. W każdym razie, upierała się, że żyje. Jednak jej smutek nie dawał mi spokoju. Coś musiał znaczyć.
- Ech... - Westchnęła i spojrzała na mnie. - Na pewno żyje.
I powróciła do swoich zadań.
- Casey... - wyjrzałam przez otwór w ścianie, służący jako okno i wyjście ewakuacyjne, na wiosenny świat. Pierwsza wiosna w moim życiu. A przynajmniej pierwsza, jaką zapamiętam... Oby. - Idę na spacer.
- Nageezi, nie wiem, czy to...
Nie dałam jej skończyć. Nieodwracając się za siebie, wyszłam. Dokładnie przez wyjście ewakuacyjne. Z trudem się przez nie przeciskając, wydostałam się z norki. Suczka nawet mnie nie zatrzymywała.
Potruchtalam przed siebie. Znajdowałam się w części bezpieczniejszej, bo pilnie strzeżonej, a i tak po powstaniu (o ile można tak to nazwać...) wszystko trochę ucichło. Wilki pewnie szykowały się do ostatecznego starcia, podobnie do nas. Zwłaszcza po tej ich stracie. Ale to nie moja działka.
Wojna trwała, więc mimo wszystko wszędzie było cicho. Wszyscy byli zajęci. Szczenięta w większości przesiadywały u opiekunów, czasem rodziców. Często też walczyły u ich boków. Ja, jako młoda samica Alfa, byłam pilnie strzeżona, póki nie miałam obejmować tego stanowiska w pełni. A to, że teraz się wyrwałam spod kontroli, to zasługa ciszy przed burzą. Niby wilki mogły w każdej chwili zaatakować, ale teraz byłby to najgłupszy moment.
Las urwał się nagle. Nie biegłam już przez gęstwiny drzew, tylko znajdowałam się na otwartej przestrzeni. Zwolniłam od razu. Po pierwsze, bieg przestał mieć już sens, po drugie zaskoczyła mnie obecność kogoś na środku pola. Kogoś, a konkretnie szczenięcia. I to samego. Założyłam, że pewnie się zgubił. Podbiegłam do niego, ostatnie kroki stawiając wolniej. Ledwo zauważalnie spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział.
- Witaj - odezwałam się. Łypnął na mnie tylko okiem. - Nie przeszkadzam? - Położyłam się obok niego, po czym wyciągnęłam jak kot, niedając psu odpowiedzieć. - Oczywiście, że przeszkadzam. Ale mówi się trudno.
- Kim jesteś? - Zapytał cicho, prawie obojętnie. Mój nietypowy wygląd jednak robił swoje i mogłam zauważyć lekką niepewność w oczach mego towarzysza.
- Nageezi. To moje imię. - Postanowiłam darować sobie fakt, że jestem młodą Alfą. Jesli tego nie wie, niech tak pozostanie.
- Mściciel. - Odparł.
- Imię? - Uniosłam brew. Z trudem pohamowałam śmiech.
- Nie podoba się? - Odburknął.
- Cóż, mówi się, że trzeba uważać, jak nazywa się szczeniaka, bo to decyduje o jego późniejszym charakterze. Mściciel... ech, tu nie trzeba dużo mówić. Twoi rodzice mieli fantazję.
- Doprawdy? Cóż więc znaczy twoje imię? - Pytania nie zadał bynajmniej wykazując ciekawość. Olał po prostu ostatnią część mojej wypowiedzi i odpowiedział mi... no, po prostu mi odpowiedział.
- Nic. Dlatego jest bezpieczne. Albo... albo wyrośnie ze mnie "nic". Znając siebie obstawiałabym drugą opcję.
Mściciel zerknął na mnie z ukosa. Moja obecność pewnie mu nie odpowiadała. Prawda jest taka, że ja sama też nie wiedziałam, dlaczego z nim rozmawiam. Może najzwyczajniej w świecie, trochę brakowało mi towarzystwa...? Kogoś, kto nie jest ode mnie starszy?
Mściciel? Trochu się rozpisałam :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz