Od tej nocy, tej ważnej nocy dzielił nas tylko jeden dzień... Już wtedy, a nawet wcześniej, rozpoczęły się przygotowywania... Razem z Jessy odprowadziliśmy szczenięta do schronu, każde z osobna całowaliśmy po czole i dawaliśmy rady na życie. Zostawiliśmy je z medykami... były bezpieczne... lecz nikt inny... Ruszyliśmy na trening, właściwie to większość się tam żegnaliśmy... jedni z nadzieją, drudzy bez... Ja przeżyłem już jedną wojnę, lecz ta... ta niszczy wszystko... życie... Po treningu ruszyliśmy na pole walki. Gdy Drin nadał znak ustawiliśmy się na nasze miejsca. Mnie i Jessy dzieliło kilka psów... patrzyliśmy na siebie bez słowa. Serce biło mi... jak, jak jeszcze nigdy w życiu, łapy trzęsły się nieustannie, było mi zimno, a zarazem gorąco... Zimny wiatr przechodził przez moje futro tworząc niemiłe odczucie. Tak naprawdę... to jeszcze nigdy się tak nie czułem, stresowałem się bałem... samego startu... wszystkiego... Nie umiem tego określić, miałem przeczucie, że będzie to krwawa walka i, że się nie uda. Nawet jeżelibym przeżył, to co z resztą... wszystkimi bliskimi, przyjaciółmi i po prostu psami. Byłbym sam, żyłbym w bólu i strachu... stwierdziłem, że lepiej byłoby umrzeć. Szybko, bez bólu, bez lęku, ale wtedy przyprawiłbym o ból innych. Tak, zdecydowanie lepiej byłoby umrzeć, ale jak? Jak to zrobić? Jak pogodzić się z tym, że już nigdy nie zobaczę Jessy i dzieci. Chyba po prostu będę musiał ich bronić z całych sił i wszystkich innych, aby nikogo nie stracić, ale... czy to możliwe? Tego nie wiem. Zauważyłem jak Drin zbiega z górki, to był znak... Przy starcie kilka psów mnie poturbowało. Leżałem na ziemi. Po prostu się bałem, bałem się dowiedzieć co się stanie. Ale przed tym nie da się uciec. Wstałem i ruszyłem, biegłem tak szybko, że wyprzedziłem parę psów... Ujrzałem wilki... Walka się zaczęła. Wszędzie byłą krew. Widziałem to wszystko, jak oni umierają, jak my umieramy... Biegłem powoli, jakby czas się zatrzymał, nic nie słyszałem, tylko lęk i ból widziałem to wszystko, jak moi bliscy umierają... lecz ja nie mogę tak żyć, nie mogę przed tym uciec. Nadal nic nie słyszałem, ale ruszyłem w bój. Nie chciałem zabijać, więc robiłem to by chronić innych. Ujrzałem Driva.... walczącego z wilkiem, nie radził sobie, szybko ruszyłem i skoczyłem na wilka, dusząc go. Podszedłem do Driva... ale było już za późno. Leżał drętwy na ziemi, próbowałem go ocucić, ale nic z tego. Krzyknąłem ze złości. Taranowałem wszystkich na mojej drodze. "Nie daruję im tego!",myślałem... Zakradł się do mnie od tyłu jeden z nich, już miał chwycić, lecz Sephora rzuciła się na niego. Ostatnim swym tchem powiedziała:
- Jason, tylko nigdy się nie bój... - i umarła. Tak zawsze mówiła mi moja mama, Sephora. Przypomniałem sobie o niej, o moim dzieciństwie, o tych wspólnych chwilach... Zrozumiałem, że warto walczyć oto, by kiedyś jakiś szczeniak... też tak żył. Poczułem napływ energii... Biegłem i walczyłem, łzy spływały mi po policzkach. Za każdym razem, gdy widziałem jakiego psa martwego, leżącego na ziemi, tym lepiej walczyłem. Czemu? Bo walczyłem dla nich, dla poległych i tych którzy kiedyś będą stąpać po tych ziemiach, a będą, bo ja nie odpuszczę...! Za każdym razem, gdy zabiłem jakiegoś wilka, łza spływała mi po policzku, a oczy napełniały się nowymi. A czemu? Bo było mi ich żal, ja nie chciałem tego robić. W końcu wilków zaczęło ubywać, choć psów też... Zaczęliśmy wybiegać z okręgu ognia. Widziałem jak ostatnie psy: Saturn, Mirage i Miedziak spłonęli bo krąg się zamykał. Tuż po tym, gdy wybiegłem padłem na ziemię. Czy umarłem? Fizycznie nie, ale mój umysł chyba tego nie przetrzyma...
Ktoś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz