niedziela, 8 marca 2015

Od Nakey i Kasumi - CD historii Prince'a

*Nakey*

-Yhym!- mruknęłam, skradając się.
- Teraz do n...- zaczął. Ja jednak nie za bardzo słuchałam taty. Czułam, że to umiem i nie potrzebuję wskazówek. W pewnym momencie wyskoczyłam z trawy prosto na zająca.
- Brawo!- usłyszałam tatę. W tej chwili, nawet krótszej, zając obrócił głowę i ugryzł mnie w łapę. Wystraszona wypuściłam mój "łup"
- Nie chwal dnia przed zachodem słońca...- parsknęłam śmiechem.
- Nic Ci się nie stało?- spytał tata.
- Nie, nic. Ale wiesz co... ja już wiem, że do polowań się nie nadaję.
- Dlaczego?
- Za bardzo spanikowałam.

*Jakiś czas później*

- Kim byś chciała być w przyszłości?- spytał tata.
- Nie wiem... chciałabym wszystkiego spróbować!- rozmarzyłam się.

*Kasumi*
*Kilka dni później, w jaskini*

Czułam się dobrze, a mimo wszystko, Prince ciągle kazał mi zostawać w domu... Byłam jak ptak zamknięty w złotej klatce. Pewnego dnia zaczęła mnie męczyć jakaś tajemnicza choroba. Ciągle chciało mi się spać, miałam napady, kiedy nie mogłam oddychać. Czasami dostawałam drgawek. Cały czas nie miałam siły. Wszystko skrzętnie ukrywałam przed Prince'm i dziećmi. Zwłaszcza Prince'm. Dzieciom zawsze można wytłumaczyć, ale jemu nic.
- Idźmy gdzieś!- powiedziała pewnego dnia Nakey.
- Zostańmy!- usłyszałam Coffee'ego.
- Znowu to samo...- mruknęłam.
- Dobra, idźcie, ja zostanę z Coffee'm.- powiedziałam.
- Zaw...- zaczął pies.
- Nie, żadnych Acan. Chyba nic mi się nie stanie w jaskini, nie?
- No dobra...- powiedział zniesmaczony Prince.

*Godzinę później*

Siedzieliśmy sami w jaskini. Prince i Nakey gdzieś poszli. Nagle oddychanie zaczęło mi sprawiać ból. Upadłam. Nigdy nie było tak źle.
- Nie...- powiedziałam, po czym wstałam. Coffee był zaniepokojony.
- Mamo...- spytał.
- To nic takiego... ale muszę kogoś znaleźć. Najlepiej tatę... Idź ze mną, albo zostań, ale nie próbuj wychodzić z jaskini.- Bałam się go zostawić samego, ale nie chciałam też, żeby widział mnie w tym stanie.
- Idę- powiedział Coffee, wyraźnie przestraszony. Trochę się speszył, gdy wyszliśmy na dwór. Trochę mi się poprawiło.
- Prince!- zawołałam, w połowie łamiąc głos.- Ktokolwiek!- Mój oddech się wręcz zatrzymał. Zaszliśmy dość daleko... w tej panice nie wiedziałam, gdzie jesteśmy. A może nawet nie byliśmy w sforze. Nagle usłyszeliśmy ludzi. Ze strzelbami. W końcu ich zobaczyliśmy. Jeden trafił mnie w łapę.
- Mamo!- wrzasnął.
- To nic takiego... uciekaj!- wrzasnęłam. Szczeniak nie zdążył jednak się ruszyć. Wrzucili nas do klatki, a klatkę na przyczepę. Zaczęłam resztkami sił szarpać zamek. Zamka może nie rozwaliłam, ale zrobiłam niewielką dziurę w kratach.- Uciekaj.- powtórzyłam.
- Mamo, przeciśniesz się!- krzyknął młody.
- Nie dam rady...- powiedziałam, prawie się dusząc.
- Zawołam tatę!- powiedział Coffee i wybiegł z klatki. Nagle znowu zjawili się ludzie. Widząc uciekającego szczeniaka, próbowali go trafić. W końcu jeden mężczyzna zdenerwowany niepowodzeniem strzelił mi w bark.
- Co ty robisz, idioto!- usłyszałam męski głos.- Przecież ten pies i tak jest już ledwo żywy... myślisz, że ile dostaniemy za zdechłego psa, nawet, jeżeli będzie rasowy?
- Ale to przez nią uciekł szczeniak! Zdrowy! Młody! Rasowy! A myślisz, że ile za nią dostaniemy? Nic! Jeszcze pewnie zapłacimy za leczenie...
- Dobra, wyrzuć ją gdzieś.- powiedział, a drugi człowiek wyrzucił mnie w krzaki. Zdenerwowany strzelił jeszcze raz, tym razem trafił mi w brzuch.
- Nigdy tu nie wracamy. To słaby biznes...- mruknął.
- Idiota...- parsknęłam. Powoli zdychałam w krzakach. Bardzo powoli. W końcu z braku powietrza i wykrwawienia straciłam przytomność.

*Jakiś czas później*

- Kasumi! Obudź się, nie rób mi tego!- usłyszałam głos. Chyba to był Prince.
- Nie, nie, nie! Idę po lekarza jakiegoś!- To była chyba nieźle spanikowana Acana.
- Prince...- wyszeptałam. Wzięłam oddech - znowu mogłam to zrobić.
- Czemu wychodziłaś?!
- Miałam do wyboru umrzeć tam i się poddać, albo umrzeć tu, walcząc... Spróbuj mi się tylko zabić.
- Kas!
- Nic nie mów. Acana ci pomoże, jestem pewna. Ale oni muszą mieć rodzica... Pa.- Znowu przestałam oddychać. Teraz mogłam się poddać.

<Prince? Nie, nie ma już żadnego ratunku dla Kas>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz