Wstałem wyjątkowo wcześnie tego ranka (to ma sens :/). Nie wiedziałem co, ale coś przykuło moją uwagę. Nie obudziłem się sam z siebie. Początkowo trochę się pokręciłem, potem jednak dźwięk się powtórzył. Cichy jęk... Tak, choć po otworzeniu oczu nie miałem o tym pojęcia, teraz już wiedziałem, że to to mnie wyrwało ze snu. Podniosłem się więc. Ostrożnie, by nie obudzić też reszty mojego rodzeństwa. Skierowałem się do wyjścia. Znowu usłychałem ten sam odgłos. Podążałem za nim. Znalazłem się już przy wyjściu, kiedy w krzakach naprzeciw niego pojawił się jakiś kształt. Razem z jękiem, poruszył się. Zdziwiło mnie to zjawisko. Przykucnąłem, by się mu lepiej przyjrzeć. Stąd jednak ciężko było coś dojrzeć, się więc przybliżyłem. Powoli. Już po chwili zobaczyłem, czym jest kształt. Był to szczeniak. Mały, uroczy szczeniak. Cicho pojękiwał co chwila. Westchnąłem. Byłem już prawie dorosły, więc mogłem coś zdziałać bez budzenia reszty. Po cichu wyszedłem z nory, podchodząc do malca. Tu i teraz nie był bezpieczny. Spojrzał na mnie z przestrachem, ale nic nie zrobił.
- Nie bój się - odezwałem się do niego powoli.
Nagle coś trzasnęło nieopodal. Skuliłem się odruchowo, zerkając w tamtym kierunku. Nie pocieszyło to malca. Wyprostowałem się.
"Rosso!", skarciłem się. "Musisz chociaż udawać opanowanego! Ten szczeniak musi ci zaufać!".
- Choć, to tylko jakaś sarna. Dziś przenocujesz u nas.
- Wypraszam sobie! - Usłyszałem znad siebie. - Sarna?
Obejrzałem się. Na wejściu do nory stała Nageezi.
- Co tam masz? - Spytała podejrzliwie.
Nageezi? Co tu robisz i co Ciebie to interesuje? :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz