sobota, 25 października 2014

Od Vexona - CD historii Verony

- Huh - westchnął Dry, zatrzymując się obok nas - to, co tam się dzieje, trudno nawet opisać... Niezdolnych do walki jest paru, ale szczerze mówiąc... wszyscy walczą.
- Jak to? - Casey rzuciła mu niepewne spojrzenie.
- Takto. Mało kto jeszcze nie ma ran, a wielu z nich jest pożądnie skontuzjowanych. Puściłem w tłum informacje, coś o naborze rannych do "szpitala", może teraz przyjdą...
- Ale wszyscy wiedzą, że nie stacjonujemy w Grocie Medyków, tak? - Verona podkuliła ogon.
- Ech, tego nie wiem - przyznał się Dry ze spusznonym łbem. - Ale myślę, że Vexon zgodzi się pomóc mi w nakierowywaniu ich, co?
 W odpowiedzi pokiwałem lekko głową, nadal milcząc.
- Dobra, Verona! - Odezwała się buhundka. - Mamy sporo pracy, radziłabym już pozwolić psom działać i iść coś zrobić.
- Jasne... - Suczka odwróciła się i skierowała do najbliższego potrzebującego. Obie zajęły się swoją pracą.
- Dry? - Zacząłem, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Tak, Vexon? - Zapytał, nieco zdziwiony.
- Poradzisz sobie w tym sam?
 Zamrugał szybko.
- A... ale... no dobra! - Przeciągnął nieco "dobra", wyprostowując się. - A dlaczego? Nie idziesz ze mną?
- Wybacz stary, ale chyba pomogę tym pięknym damom - mówiłem to spokojnie, bez jakichś specjalnych ruchów, bez uczuć z przymrużonymi, jakby ze znudzenia, oczami.
- Nie chcę nic mówić, ale po pierwsze się nie znasz -
- Ależ nie tu, przyjacielu! - Odwróciłem się do wyjścia. - Zdobędę tu trochę wyposażenia.
 Husky rozejrzał się w milczeniu. W grocie medyków nigdy nie było zbyt dużo profesjonalnego sprzętu, ale tutaj nie było go w ogóle, zaledwie garstka bandaży itp..
Wytruchtałem spokojnie z pomieszczenia, kierując się na teren wroga. Nigdy nie byłem fanem tych dwunożnych istot, ale zobaczenie ich ponownie i tak było czymś niezwykle miłym. W końcu to wśród nich się wychowałem. Droga do miasteczka zajęła mi z dwie godziny. Po tym czasie mogłem już rozglądać się za jakąś kliniką weterynaryjną, bo nie uwierzę, że nie przetrzymują tu żadnych zwierząt. Po mieście chodziłem w sumie bez ładu, nie była to olbrzymia metropolia, taka jak ta, w której przyszedłem na świat. Trudno było się tu zgubić.
 Wyszedłem zza jednego z zakrętów, gdy do moich uszu dotarły krzyki i piski. Skierowałem w tym kierunku łeb, kiedy dostałem kamieniem w potylicę. Nie był to mocny rzut, ale bolesny. Dzieci stały kilka metrów ode mnie i zaczęły zmasowany atak. Cofnąłem się o parę kroków, kuląc się, a gdy to zadziałało tylko na jedną dziewczynkę z piątki urwisów - najeżyłem się i warknąłem. Matka miotu pojawiła się chwilę później i zaczęła zgarniać potomstwo z przerażeniem. Potem pojawiła się druga samica gatunku ludzkiego, pomagając ratować ludziątka tej pierwszej. A może ta pierwsza była opiekunką? Nie wiem, aż tak nie znam się na ludziach. Liczyło się to, że atak dobiegł końca. Obiegłem najzwyczajniej w świecie, co wyraźnie zdziwiło stadko. Pewnie wychowali się na stereotypach o groźnych psach ulicznych. Ojciec mi coś o tym mówił.
 Odetchnąwszy i lekko poraniony, usiadłem w zaułku. Postanowiłem chwilę odpoczącząć, ale tylko chwilę. W ogóle się tu nieorientowałem i trochę nudziło mi się to ciągle krążenie po mieście. Ziewnąłem. Gdzie jeszcze nie patrzyłem?
 W tym momencie dotarł do mnie dźwięk stawianych kroków. Odwróciłem łeb. Hycle!
 Rzuciłem się do ucieczki, nawet nie chciałem próbować dać się złapać. Pokonałem kilka zakrętów szaleńczym biegiem, a gdy się odwróciłem... Już ich nie było. Hah, spodziewałem się wielkiego pościgu, a tu nic. W sumie miło.
 Nabrałem powietrza, odwróciłem się i zobaczyłem... No właśnie. Przede mną widniał wyraźny symbol kliniki weterynaryjnej. Uśmiechnąłem się do siebie, rozejrzałem, po czym podeszłem do wejścia. Drzwi otwierały się do zewnątrz, więc nie miałem jak ich otworzyć. Poczekałem chwilę na jakiegoś człowieka, ale nikogo nie widziałem. Odszedłem budynek kilkakrotnie. Dopiero za trzecim razem zauważyłem otwarte okno. Jednak jestem ślepy...
 Wskoczyłem tam bezproblemowo. Gdy zobaczyłem puste pomieszczenie, zdałem sobie sprawę, jak głupi jestem. Przecież tu ktoś mógł być! Bah. Muszę zacząć najpierw myśleć, później robić.
 Szybko się rozejrzałem. Pojawił się nowy problem - w ogóle nie znałem się na tym wszystkim, a jak coś wyglądało przydatnie, było duże. Za duże.
 Zacząłem od worka, ktôry znalazłem pod stołem. Do niego zgarnąłem rzeczy wyglądające na przydatne. Potem dowaliłem jeszcze jakieś pierdółki... i to chyba wszystko. Najwyżej tu wrócę.
- Hola! - W przejściu stanęła jakaś przedstawicielka rodu ludzkiego. Ubrana była w kitel. Skąd to wiem? Bo Tamira (przybrana matka) mi pokazała na śmietnisku wieki temu, ale tak mnie rozbawił, że do dziś o nim pamiętam. Głupi jestem, wiem.
W każdym razie rozpoznałem w niej weterynarza. Rzuciła się do ataku, więc ja ruszyłem do wyjścia. Nie było szans wyskoczyć z tym przez okno, ale drzwi otwierały się od tej strony. Oparłem się tylko, przebiegłem przez korytarz pełen przerażonych ludzi, otwarłem kolejne drzwi i ruszyłem w stronę koron drzew wystających znad dachów. Biedni ludzie, nie mają pojęcia, co się u nas dzieje! Myślą, że jesteśmy głupimi zwierzaczkami! Pacany.
 Nie potrzebowałem wiele czasu by wejść na teren sfory, a tam od razu spotkałem Gabriela, który pomógł mi przetransportować wszystko w odpowiednie miejsce. Przywitałem się z Veroną.
- A gdzie Casey? - Spytałem.
 Odpowiedział mi Gabriel.
- Podzieliliśmy się, żeby pomóc większej ilości psów w krótszym czasie. Albo przynajmniej po to, by nie trzeba było tyle leźć do tej jaskini.
- Okay... A więc przyniosłem wam te rzeczy. Jak coś, mogę pójść jeszcze raz, jeśli czegos potrzebujecie.
 Verona i Gabriel zetknęli do wora.

Gabi? Vercia? Mogę tak do was mówić? :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz