~
Wycieńczenie kazało mi się zatrzymać. Upadłam na trawę, ciężko oddychając. Wiatr miał smak krwi, bezlitośnie smagał moje ciało. Łapy pulsowały wrzynającym się w skórę bólem.
- Madeline? – usłyszałam swoje imię. Czyj to był głos? Znałam go. Na pewno go znałam. Dobiegał z daleka, z bardzo daleka. Może zza chmur, zza horyzontu, którego nie było widać. Wytężyłam wzrok. Zamknęłam ślepia i wtedy poczułam znajomy zapach.
- Hockey? – Uniosłam głowę. Minęła długa chwila zanim zdałam sobie sprawę, gdzie jestem. Przed sobą zobaczyłam pysk Hockey’a, zaledwie kilka centymetrów od mojego.
- Nareszcie jesteś – uśmiechnął się z ulgą. Wsparłam się o stabilny grunt i z trudem dźwignęłam na łapy. Popatrzyłam na psa, przypominając sobie wszystko. Głębokie rany na jego ciele, zaschnięta krew na sierści. To dzięki niemu uciekliśmy… Przez moją nierozważną głupotę, ucierpiało jego zdrowie. Ja miałam jedynie kilka siniaków i zadrapań, omdlałam ze zmęczenia.
- Proszę, idź do medyków. Te rany nie wyglądają dobrze. – Delikatnie popchnęłam go łbem.
- A ty…? – zmarszczył brwi.
- Ja sobie poradzę – odparłam najbardziej pogodnym tonem głosu, na jaki w tej chwili można się było zdobyć. Pies dając za wygraną, ze zrezygnowaniem odszedł w stronę jaskiń.
~
Plaża była zupełnie pusta. Ruszyłam powoli wzdłuż brzegu. Chłodne fale opływały mi łapy. Ile czasu spacerowałam między skałami w tę i z powrotem po kilkusetmetrowej plaży, nie pamiętam. Zza horyzontu niemrawo zaczęło wyłaniać się słońce. Zatrzymałam się spoglądając w stronę leniwo falującego morza. ‘Sama jesteś sobie winna. Zobacz, do czego doprowadziło twoje kretyńskie zachowanie!’. Poczułam żal. Żal do siebie, że tak łatwo uległam swojej głupocie i dałam się ponieść emocjom, nie zważając na konsekwencje, narażając nie tylko siebie, ale również Hockey’a. Czy stracił do mnie zaufanie? Zapewne. A wszystko dlatego, że kiedy działałam pod wpływem impulsu zapomniałam o racjonalnym zachowaniu.
Ogarnęła mnie pustka. Łapy zdrętwiały od zimnych fal, więc cofnęłam się na piasek. Kilka metrów za moimi plecami rosły niewysokie, powykręcane drzewa. Podeszłam do nich i usiadłam na ziemi, uprzednio podkurczając łapy. Wsparłam pysk na łapach i zapatrzyłam się na wschód słońca. Fale lekko obmywały brzeg. Wpływały i odpływały. Spokojnie, bez pośpiechu. Zamknęłam oczy i mocno nabrałam powietrza, przywołując w pamięci Hockey’a. Jego zapach, zdawało się, że go czuję, jakby był blisko…
- Maddy, wszystko w porządku? – usłyszałam nagle i drgnęłam, odrywając pysk od łap. Obok mnie siedział Hockey. Nie zauważyłam, kiedy przyszedł. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie i znowu spojrzałam na wodę. Upłynęła chwila. Szum morza utkał tysiące słów, które przepływały między nami niewypowiedziane.
- Jasne, choć to ja powinnam cię o to spytać – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od morza.
Hockey, dokończysz? Z braku przejdzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz