- Skąd się tu wziąłeś? - Zapytała suczka.
- Ehhh... To długa historia. Można powiedzieć, że uciekłem z domu.
- Można powiedzieć, że ja też. Jemy?
- Chcesz to jedz, ja zaraz wrócę. Nie lubię takiego mięsa.
- Jaki ty wybredny.
- Możesz waćpanno oddzielić mięso od skóry?
- Zastanowię się.
Ruszyłem w stronę lasu. Wróciłem po jakiś 15 minutach z dużą ilością chrustu w pysku i jeszcze większą przywiązaną do pleców prowizorycznym sznurkiem.
- Mamy zamiar robić ognisko?
- Noc bliska, dziś będzie chłodno. Na dodatek nie mam ochoty jeść niedźwiedziego mięsa na surowo.
Ułożyłem odpowiednio patyki po czym znalezionym w lesie krzemieniem wznieciłem ogień. W mgnieniu oka zbudowałem prowizoryczną konstrukcję do pieczenia. Obok mnie leżało już przygotowane mięso.
- Dziękuję, Shisuhito.
Suczka prychnęła i rzuciła:
- Nie ma za co.
Mięso nie przygotowywało się długo. Kiedy skończyłem podałem wszystko Shisuhito.
- Nie rozumiem, byłeś głodny i dajesz mi wszystko?
- Zjem to, co zostanie, jesteś przecież płci pięknej.
Suczka zaczęła jeść. Patrzyłem na nią i ślina leciała mi z pyska - byłem taki głodny.
- Proszę, zjedz resztę.
- Dziękuję.
Zjadłem wszystko w ciągu minuty. Teraz patrzyliśmy oboje w ogień, to znaczy Shisuhito patrzyła - ja ukradkiem zerkałem na nią. Była całkiem nieobecna, zamyślona.
- Zimno ci?
Nie odpowiedziała, jednak zaczęła się lekko trząść. Widząc to, przykryłem ją skórą z niedźwiedzia.
- Nie jest idealna, ale jak będę miał gdzie się podziać to ci ją ładnie przygotuję.
< Shisuhito? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz