czwartek, 19 lutego 2015

Od Setha - CD historii Mayi

  Wracam pędem do groty medyków. Maya. Ona na pewno tam jest.
  Musi tam być. Żywa, nie martwa.
  Wpadam do środka. Rozglądam się, próbuję odszukać ją wzrokiem. Wychodzi Verona, moja siostra. Jej wyraz twarzy nie zmienił się od czasu śmierci Fretsa. Nie uśmiechała się, jeśli już, to nieszczerze. Ale oczy zawsze pozostawały przepełnione pustką.
  Po jej sierści spływa łza, którą natychmiast ociera, aby ukryć płacz. Nie umiem go rozpoznać - ponownie z powodu Fretsa, czy Maya... Nie. Ona żyje. Zaraz przyjdzie, przywita się ze mną i powie, że to wszystko to tylko pomyłka. Walki z wilkami się zakończą, a my wspólnie nawet wychowamy szczeniaki...
  Ale tak nie jest. Los chciał inaczej. Verona patrzy na mnie... ze współczuciem?
  Nie, to nie jest prawda...
  - Niestety. - szepcze.
  To jedno słowo mną wstrząsa. Mam wrażenie, że wszystko to, co ja i Maya razem przeżyliśmy, zawaliło się na moich oczach.
  - Nie. - mówię, siląc się na stanowczy ton. - Nie. Maya żyje, a ty wciskasz mi... - Głos mi się załamuje. Verie nigdy by mnie nie okłamała, a już na pewno nie żartowałaby sobie ze mnie w takiej sprawie, zwłaszcza po tym, co przeszła...
  - Seth... - odzywa się suczka. Nie odpowiadam jej. Odwracam się na pięcie i wybiegam na zewnątrz. Czuję łzy cisnące mi się do oczu.
  Nie powinienem mieszać się w miłość. Moja pierwsza miłość była nieszczęśliwa. Kiedy wreszcie zakochałem się z odwzajemnością, coś musiało nas rozdzielić. Miłość nie jest dla mnie. Dam sobie z tym spokój. Do końca życia.
  Dopiero niedawno zwróciłem uwagę na to, jak wiele członków Sfory kogoś straciło. Chili straciła partnera, Verona tak samo. Przyjaciele Fretsa i Drina również byli, a pewnie wciąż są, zrozpaczeni.
  Mrugam oczami i w myślach wrzeszczę na samego siebie. Nie mogę płakać. Nie mogę sobie pozwolić na upadek, bo wiem, że przecież nikt mnie nie podniesie - ja nawet na to nie liczę.
  Słyszę czyjeś kroki. Odwracam się dostrzegam Prince'a.
  Ja i Prince nigdy nie dogadywaliśmy się dobrze. Czasem byłem na niego zły, a szczególnie wtedy, gdy moja partnerka powiedziała, że już się nie przyjaźnią. Ale teraz, gdy już jej nie ma... To już nie ma znaczenia. Pewnie nie uda nam się dojść do porozumienia po tych sprzeczkach, ale chyba lepiej, żebyśmy nie pozostali we wrogich stosunkach - zwłaszcza wtedy, gdy trwają te bitwy z Watahą Braterskiej Krwi.
  - Cześć... - mruczę. Pies odpowiada tym samym. Rozmowa nam się nie klei. Mam ochotę próbować dojść do rozejmu, ale brakuje mi chęci. Zaledwie dwadzieścia minut temu dowiedziałem się, że Maya nie żyje. Nie mam nastroju, co chyba jest zrozumiałe...
  - Ja... Muszę iść. Jestem Gammą, obowiązki... - tłumaczy. Kiwam głową. Może był to pretekst to tego, by sobie pójść... W tej chwili niezbyt przejmuję się takimi drobnostkami.
  Szelest. Odgłos łap odbijających się od ziemi. Głośny, szybki oddech - jak po dłuższym biegu. Wiem, że ktoś za mną stoi, ale nie bardzo wiem, kto. Nie chcę się odwracać i przekonać, że to kolejna osoba próbująca mnie pocieszyć. Wystarczy Verona.
  Czekam na pierwszy ruch "intruza".

Ktoś ma ochotę dokończyć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz