Sypki śnieg skrzył się pod moimi łapami, kiedy biegłem w kierunku jeziora. Miałem świadomość, że moja rudo-piaskowa sierść doskonale odcina się od pobielonego krajobrazu. Byłem jak lew wypuszczony na lodowej pustyni czy niedźwiedź na sawannie, ale zima w zupełności mi odpowiadała, a wręcz bardzo ją polubiłem odkąd doświadczyłem pierwszego w swoim życiu śniegu. Moje rodzinne stado zamieszkiwało prerię, gdzie nawet jeden płatek byłby anomalią.
Cóż, przynajmniej moje futro dobrze znosiło zmiany temperatur i ostre warunki.
Powinienem cieszyć się z chwili przerwy, bo jako jedyny opiekun chorych miałem łapy pełne roboty i każda Alfa był ranny i znalazł sobie jeszcze jeden obowiązek - Nageezi, inni byli ranni albo osłabieni...
Przyspieszyłem, po minucie zobaczyłem lodową taflę prześwitującą przez nagie gałęzie drzew. Zamyślony, wpadłem na psa leżącego na brzegu. Poderwał się z miejsca - a raczej poderwała, gdyż była to suczka - i rzuciła w moją stronę.
- Wilk? - warknęła, próbując rozłożyć mnie na łopatki.
Zawsze to samo. Biorą mnie za wilka, wroga - pomyślałem.
- Dingo - sprostowałem, przetaczając się na bok - Należę do Sfory! - zirytowany, zrobiłem szybki unik przed kolejnym ciosem - Jestem opiekunem chorych.
Gotujący się do skoku husky zawahał się. Wykorzystałem okazję i z westchnieniem wyciągnąłem łapę do nieznajomej.
- Mam na imię Robin.
Elaine?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz