Następnego dnia wstałem bardzo wcześnie. Słońce dopiero zaczynało
wyglądać zza horyzontu. Shisuhito jeszcze spała, a ja nie mogłem
usiedzieć w miejscu. Powoli i najostrożniej jak się dało wstałem i
rozciągnąłem się.
- To będzie wspaniały dzień. - Pomyślałem i ruszyłem w poszukiwaniu wody. Ku mojemu zadowoleniu
źródełko było bardzo blisko. Nabrałem trochę w znalezioną w jaskini
butelkę i ruszyłem w drogę powrotną. Po drodze nadział się na mnie
zając, wiadomo zrobiłem to co podpowiadał mi instynkt. Kiedy już z tą
wyprawką wróciłem do jaskini Shi (tak pozwoliłem sobie skrócić jej imię)
dalej smacznie spała. Do małego półmiska wlałem wody po czym na
zewnątrz rozpaliłem skromne ognisko. Obdarłem zająca ze skóry a
następnie upiekłem go. Kiedy ów był gotów przyprawiłem go skromnymi
przyprawami. Śniadanie stało na prowizorycznym stole przed jaskinią.
Byłem z siebie dumny. W ten sposób mogłem podziękować suczce za nocleg.
Siedziałem i czekałem aż Shi się obudzi kiedy przypomniała mi się rzecz
zasadnicza.
- Jak ja wyglądam?! - Krzyknąłem w myślach. Pędem ruszyłem nad strumyk ogarnąć się. Kiedy
byłem na miejscu o mało nie dostałem zawału. Moja sierść była straszna -
cała posklejana. Bez chwili wahania wskoczyłem w strumień. Kiedy
zdołałem wszystkie sklejki z mego ciała usunąć poprawiłem kierunek
układania się sierści i ruszyłem do jaskini. Kiedy doszedłem na miejsce
Shi przyglądała się posiłkowi.
- Hej. - Powiedziałem wychodząc zza rogu.
< Shisuhito? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz