Ciemność, ciemność, powieki w górę. Jasność. Niby takie banalne a trudne
do opisania. Długie ziewnięcie na ,,dzień dobry" i świat od razu
piękniejszy. Wstałam. Po raz miliardowy raz zrobiłam to co zawsze:
usiadłam na progu jaskini, myśląc nad sensem istnienia, filozofując, aż
nagle przypomniałam sobie o Jessy. Nie pamiętam ile dni temu ją
widziałam. Pewne źródło podało, że ostatnio przebywała z pewnym
osobnikiem płci przeciwnej. Ja tu lampię się na drzewa, a może już za
trzy sekundy zostanę ciocią. O nie! Nie przegapię porodu! W jednej
chwili zerwałam się i wystrzeliłam niczym strzała w kierunku... przed
siebie. Nie wiadomo dokąd, byle ją znaleźć. Po kilku minutach błądzenia,
się udało. Siedziała obok jakiegoś psa. Byli nadzwyczaj przejęci,
zamyśleni, a obok unosiło się coś w rodzaju mgły. Jakby jakieś widmo ich
nawiedziło.
-Jessy?- podeszłam bliżej.- Ale u was ciężka atmosfera. Coś się stało?
<Jessy? Jason? Wybaczcie, że się wcięłam, ale taka moja natura.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz