- Nic się nie stało, właściwie miło, że ktoś się o mnie martwi... - Roześmiała się, a ja razem z nią.
- Aahy. - Jęknęła. - Aaa! To strasznie boli! - Krzyknęła kuląc się.
- Doktorze, doktorze! - Wołałem
- Nikogo nie ma, nawet się nie wysilaj. Aaa! - Wybiegłem na ulice i wołałem o pomoc, od razu kilka psów podbiegło, niestety ich jeszcze nie znałem.
- Co się dzieje! - Powiedział niespokojny pies.
- Ta suczka skręciła kostkę i chyba jest coś nie tak. - Powiedziałem podnosząc na zmianę łapy.
- Chyba! - Krzyknęła Jessy. Pies rozsunął bandaż. Łapa krwawiła!
- Jakim cudem?! - Powiedziałem rozgorączkowany.
- Normalnym! I chyba nawet wiem jak to uleczyć.
- Powiedz, szybko mów!
- Pod bandaż należy wsunąć liście pewnej rośliny, lecz nie do końca wiem gdzie rośnie ta roślina...
- Mów to co wiesz!
- No to tak, chyba jet ona w okolicach naszego lasu, oczywiście poza nim...
- Dobra poszukam jej, a ty się zaopiekuj Jessy! - Powiedziałem wybiegając z jaskini.
- Tylko pamiętaj, że to nie jest zwykła roślina! - Dodał tajemniczo pies... Biegłem przez las, aż w końcu dobiegłem do nieznanym mi miejsc, chyba nikt tam nigdy nie był... Było tam bardzo sucho. Szedłem w kierunku słońca... Nagle wpadłem w zakamuflowany dół, byłem przerażony, nie było tam światła, ale był korytarz. Niepewnie poszedłem tunelem. Po bardzo długim czasie zobaczyłem schody i światło. Gdy byłem na powierzchni poczułem jakbym był w nicości, niczego tam nie było, oprócz muru który chyba nie miał końca. Było tam wyjątkowo jasno. W wielkim murze widniały następne trzy tunele. Nie miałem pojęcia którym mam pójść, ale myślałem też czy się nie wycofać. W tym momencie pomyślałem o biednej Jessy i ruszyłem w pierwszy lepszy. Długo maszerowałem, ale niespodziewanie ujrzałem światło, z radości biegłem i biegłem coraz szybciej. Gdy wyszedłem z ciemności zobaczyłem najciekawsze miejsce, chyba na całym świecie. Była tam ogromna roślinność.
- I jak ja teraz znajdę tą roślinę? Ja nie wiem jak ona wygląda! - Powiedziałem przerażony. Były tam przeróżne dziwne, przerażające i nieznane mi jak dotąd rośliny. Mimo to wszystko było tam pięknie. Przechodziłem miedzy drzewami, kwiatami i innymi dziwactwami.
- W pewnym momencie jakaś dziwna siła pociągnęła mnie do jednego z kwiaciastych stworzeń.
- Był to piękny i tajemniczy pomarańczowo-czerwony kwiat. Nie patrząc na nic chwyciłem go w pysk i ruszyłem w drogę powrotną. Biegłem wyjątkowo szybko. Wbiegłem do tunelu, potem do następnego, magicznie wyleciałem z dołu, po chwili zorientowałem się, że lecę w powietrzu. Migiem wleciałem do jaskini, tajemniczego psa już tam nie było. Szybko wsunąłem kwiat pod bandaż.
- I co? Lepiej ci? - Powiedziałem niespokojnie.
- Yyyy... - Mruknęła. - Trochę, trochę lepiej.
- A gdzie jest ten pies? - Zapytałem przybliżając się do suczki.
- Jaki pies?
- No, ten szaro-biały, młody, ten co nam pomógł.
- Nie było tu żadnego psa.
Kwiat Mocy
< Jessy? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz