Zamurowało mnie. Byłem szczęśliwy i zdziwiony.
- Jasne. - powiedziałem uśmiechając się półgębkiem.
- Więc Houston przyjacielu. - zaczęła. - Chodźmy na plażę.
Idąc tak, zastanawiałem się jak można pogłębić czyjeś relacje.
- Może opowiesz mi jak tu dotarłeś? - zapytała. Tak, o to właśnie chodziło.
- Jeśli nie zaśniesz. - roześmialiśmy się. - No więc. Urodziłem się na ulicy razem z moim rodzeństwem. Mieszkaliśmy w kartonowym pudełku, a, że było nas z matką czwórka nie było zbyt wygodnie. Któregoś razu zobaczyłem jak moją mamę wkładając do jakiegoś auta. gdy wróciłem do rodzeństwa ich już nie było. Nie wiem nawet czy pojechali z matką.
- Przykro mi. - powiedziała zmieszana.
- Eee tam. Pogodziłem się z tym.
- Co było potem?
- Dalej mieszkałem na ulicy, tylko, że sam. Gdy byłem młodszy dokarmiali mnie ludzie i niektóre psy. Jednak potem musiałem radzić sobie sam. - przełknąłem ślinę. - tak minęły mi trzy lata.
Dotarliśmy na miejsce. Goura powiedziała cicho, że ta plaża nazywana jest Końską Plażą ze względu na przybywające tu konie.
- A ty jak tu dotarłaś? - zapytałem przerywając ciszę.
Goura?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz