Nasze pyski zbliżały się do pocałunku... Zamknęłam oczy, czekałam, aż Seth zrobi ten ruch. Aż tu nagle krzyk Verony zza ściany:
- Kończycie już?
Podpowiadałam sobie, że jeśli chcę, żeby to się stało, to muszę działać. I to zrobiłam. Pocałowałam go, bez wahania. Potem wstałam, pies też. Patrzyliśmy się na siebie. Nagle lekarka weszła.
- Okey, przepraszam, ale muszę przyjąć pacjenta. - powiedziała.
- Jasne, my już wychodzimy. - odpowiedziałam i wyszłam z sali.
Owczarek za mną. Poszłam wypisać się ze szpitala. Seth był jak magnes. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz się cieszyłam. W końcu mogłam wyjść, całkowicie wolna, zdrowa. Bez żadnego wirusa. Najważniejsze było to, że pies był obok mnie. Chwilę wpatrywaliśmy się na niebo. Akurat słońce zachodziło. Ptaki śpiewały swoje pieśni. Popatrzyłam w oczy Setha. Ponownie się do niego zbliżyłam. Uśmiechnęłam się i śmiejąc się zapytałam:
- To... Na czym skończyliśmy?
Seth również się uśmiechnął.
Seth? Zdecydowanie, nie umiem pisać takich opowiadań XD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz