- Nie pamiętam. A wy?
- Nie - odpowiedzieli całą trójką jednocześnie.
- No dobra, chodźmy do Hockey'a.
************************
Kilka godzin później zaatakowały wilki.
Wszystko działo się tak szybko.
Nie mam pojęcia, jak, dlaczego i kiedy znalazłam się w klinice w stanie krytycznym.
Właściwie nie było powodu, dla którego miałabym zostać ranna. Przez dobre dwie godziny łaziłam bez celu jakieś dwieście metrów od pola bitwy, przeklinając bezużyteczność mojego stanowiska. Wiedziałam równocześnie, że moje przyłączenie się do walki oznaczałoby dodatkowego trupa - na niekorzyść Sfory, oczywiście.
A jednak około drugiej w nocy leżałam na prymitywnym stole operacyjnym i powoli traciłam przytomność pod wpływem środka usypiającego. Moją kołysanką były słowa lekarzy:
- Przeżyje?
- Kto wie. Jeśli tak, będzie długo wracać do zdrowia, a na to nie mamy warunków. Będzie trzeba zgłosić Hock'owi zapotrzebowanie na schron dla rehabilitantów.
Około czwartej nad ranem obudziłam się i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam, był "sufit" w mojej prywatnej jaskini. Niezły schron - pomyślałam. Ostrożnie usiadłam i poczułam przeszywający ból w żebrach.
Nie powinnam stąd wychodzić. Wilki mogły chwilowo odpuścić, nie słyszałam odgłosów walki. Zresztą i tak się nigdzie nie przydam. Bezradnie opadłam na koc.
Ktokolwiek?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz