Stoję na polu. Otacza mnie wysoka, złota trawa. W moich myślach pojawia się słowo ‘dom’. Jednak ja nie czuję się tu jak w domu. Tak naprawdę nigdy nie czułam się jak w domu. Odkąd pamiętam wędrowałam z miejsca na miejsce, nie zatrzymując się nigdy na dłużej niż tydzień.
Nagle ktoś się przede mną pojawia. To człowiek. W dłoni trzyma klatkę i uśmiecha się przerażająco. Chcę uciekać, ale nie mogę ruszyć się z miejsca. Wtedy twarz człowieka zamienia się w głowę mamy, potem taty, a na końcu rudego psa. Z jego zamkniętego pyska wydobywa się demoniczny śmiech.
Zrywam się przerażona. Oddycham głęboko i próbuję zebrać myśli. To był tylko sen. To był tylko zły sen. Bardzo, bardzo, BARDZO zły sen. Wstaję i wskakuję do rzeki, przy której zasnęłam. Chłodna woda pomaga mi ochłonąć, a wspomnienia z koszmaru powoli znikają. Przepływam na drugi brzeg i idę przed siebie. Po pewnym czasie docieram do Pyskowego przejścia. Zatrzymuję się. Mogę odejść ze sfory w każdej chwili. A jednak coś powoduje, że tego nie robię. Pytanie brzmi: co?
< Jeśli ktokolwiek chce pisać dalej… >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz