Mój pacjent umarł. I może umrzeć kolejny, tym bardziej w ciąży. Tak, chodzi mi o Gourę.
Westchnąłem i ponownie wszedłem do szpitala. Cały czas przed moimi oczami pojawiała się tamta sytuacja. To źle na mnie wpływało. Usłyszałem czyiś płacz. Przybiegłem do miejsca, gdzie ktoś mógł płakać. Do jaskini, gdzie był już martwy Houston. Tam zobaczyłem ją, Gourę. Szlochającą, trzymającą jego łapę. Dopiero teraz zauważyłem, że jestem blady. Suczka spojrzała na mnie, oczami pełnymi łez. Przytuliłem ją i szepnąłem:
- Będzie dobrze. Nie martw się.
- Już nic nie będzie dobre, Alex... - powiedziała.
********
Skończyłem pracę. Nie potrafiłem powiedzieć Gourze, żeby wyszła. Nie miałem do tego serca. Poprosiłem Saszę, żeby się nią zajęła. Ja wyszedłem ze szpitala i wróciłem do mojego domu. Od razu przybiegły do mnie szczeniaki. Przytuliłem ich.
- Cześć, kochani! Jak było w szkole? - zapytałem ukrywając zły nastrój.
Maluchy nastrój zaczęły mi opowiadać o swoich lekcjach, o poznaniu swoich rówieśników. Po kilku minutach poszły razem się bawić i zostawiły mnie samego z Greenie. Pocałowałem swoją partnerkę i uśmiechnąłem się sztucznie. Ta jednak wygryzła mnie.
- Nie uśmiechaj się sztucznie. - powiedziała.
- Hah, powtarzasz moje słowa.
Nastała grobowa cisza, której tak bardzo nienawidzę...
- Czemu masz zły humor? Coś się stało? - zmartwiła się.
- Houston nie żyje. Wiesz, partner suczki, której jestem lekarzem prowadzącym. - wyrzuciłem to z siebie.
Greenie zrobiła wielkie oczy. Od zawsze była zainteresowana, co się dzieje w mojej pracy.
- Greenie, co ja mam robić?! Ona jest kompletnie załamana... A niedługo ma urodzić ósemkę szczeniąt! - zwierzyłem się.
- Nie wiem, Alex... Naprawdę, nie wiem.
- Cześć, kochani! Jak było w szkole? - zapytałem ukrywając zły nastrój.
Maluchy nastrój zaczęły mi opowiadać o swoich lekcjach, o poznaniu swoich rówieśników. Po kilku minutach poszły razem się bawić i zostawiły mnie samego z Greenie. Pocałowałem swoją partnerkę i uśmiechnąłem się sztucznie. Ta jednak wygryzła mnie.
- Nie uśmiechaj się sztucznie. - powiedziała.
- Hah, powtarzasz moje słowa.
Nastała grobowa cisza, której tak bardzo nienawidzę...
- Czemu masz zły humor? Coś się stało? - zmartwiła się.
- Houston nie żyje. Wiesz, partner suczki, której jestem lekarzem prowadzącym. - wyrzuciłem to z siebie.
Greenie zrobiła wielkie oczy. Od zawsze była zainteresowana, co się dzieje w mojej pracy.
- Greenie, co ja mam robić?! Ona jest kompletnie załamana... A niedługo ma urodzić ósemkę szczeniąt! - zwierzyłem się.
- Nie wiem, Alex... Naprawdę, nie wiem.
Następnego dnia, po śniadaniu z moją rodzinką zajrzałem na zewnątrz. Lało, jak z cebra. Idealna pogoda na taki dzień. Dzisiaj był pogrzeb Houstona. Zostałem na niego zaproszony, więc postanowiłem pójść na niego z moimi bliskimi. Co prawda, nie znali go zbyt dobrze, ale nie chciałem tam być sam. Przyszykowałem elegancko z Greenie nasze maluchy i razem poszliśmy na miejsce, gdzie miał zostać pochowany zmarły partner Goury. Gdy dotarliśmy na miejsce, pogrzeb się zaczął. Nie przyszło za dużo psów, ponieważ Houston nie miał wielkich znajomości. Cały czas ciężarna suczka szlochała, aż się bałem o jej zdrowie i nienarodzonych szczeniąt. Kiedy pogrzeb się skończył, wszyscy zaczęli się rozchodzić. Greenie poszła ze szczeniakami, a ja jeszcze zostałem, przed grobowcem. Zacząłem płakać. Miałem wyrzuty sumienia, że go nie uratowałem. Ktoś do mnie podszedł i położył mi swoją łapę na "ramieniu".
- Nie płacz, Alex. To nie twoja wina. - powiedział.
Odwróciłem się, z lekkim strachem, że jest to wilk z wrogiej watahy.
Ktoś?
- Nie płacz, Alex. To nie twoja wina. - powiedział.
Odwróciłem się, z lekkim strachem, że jest to wilk z wrogiej watahy.
Ktoś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz