poniedziałek, 27 października 2014

Od Zoe

Powoli wracam do świadomości po długim śnie. Zaczynam czuć zapachy, choć wciąż blade, niewyraźne. Przed sobą mam wciąż czerń. Uchylam leniwie jedną powiekę. Przede mną ukazuje się światło poranka, ale nic poza tym. Zaczynam odczuwać zimno, lekki wiaterek powoduje dreszcz na ciele. W tym momencie otwieram drugie oko, acz wciąż powoli. Miejsce, w którym się znajduję jest mi jakby obce. Nie leżę na tapczanie, a na zimnej, brudnej ziemi i nigdzie nie widać Madlene czy Sorina. Zapachy jednak są dość znane... Unoszę łeb, rozglądam się... I przypominam sobie, że już nie mieszkam u Patrycji. Przekręciłam się na bok, westchnąwszy.
To był krótki szok, ale zdołałam przywyknąć. Ciagle zdarza mi się zapomnić, że porzuciłam dawne życie. Z jednej strony bardzo mi to odpowiadało, żyłam sobie jak chciałam, miałam swoje własne miejsce i robiłam co mi się podoba. Z drugiej strony jednak tęskniłam za panią i resztą domowników. Do tego nie znam tu zbyt wielu psów. Ach, tak. To musiałam zmienić.
Nieociągając się, wstałam z miejsca i ruszyłam na podbój. Lecz ledwo zdążyłam postawić łapę na zimnej powierzchni, gdy obok przebiegła Casey.
- Zoe! - Zatrzymała się gwałtownie. - Wiem, że planowaliście wyprawę po LDK, ale niestety musicie to odłożyć. Teraz każdy jest potrzebny...
Chwilę myślałam nad słowami suczki, aż mnie olśniło. Wojna! Jeny, serio jestem taka głupia, że o wszystkim zapominam!?
- Ach, jasne! Co mam robić?
Casey chwilę się zastanawiała.
- Możesz... Po prostu idź walczyć, czy coś...
Pokiwałam głową i obie pobiegłyśmy w swoje strony. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia co teraz. Nie walczyłam nigdy wcześniej, nie jestem duża. Może i jestem bardzo zwinna, ale również nie na tyle, by wygrać z wilkiem, w ogóle nie wiem jak walczyć... Tak więc biegłam przed siebie, modląc się w duchu, żeby nikogo nie spotkać. Na moje nieszczęście pies pojawił się już chwilę później. Spuściłam łeb, biegnąc dalej i licząc, żeby mnie nie zobaczył. Niestety...
- O, witaj! - Krzyknął pies, odwracając się. - Przydasz się i ty!
Ostrożnie uniosłam łeb, hamując. Początkowo przeraziłam się, widząc przed sobą wilka, ale miny innych psów zgromadzonych wokoło (które swoją drogą zauważyłam dopiero teraz) świadczyły, że nie ma się czego bać. Powoli postawiłam parę kroków, po czym już weselej podtruchtałam bliżej.
- Jak się nazywasz? - Zapytał wilkowaty.
- Zoe - odpowiedziałam, merdając odruchowo ogonem.
Pies pokiwał głową, po czym gestem nakazał mi ustawienie się obok reszty.
To kolejne, co mi tu bardzo odpowiada. Psy tutaj są zupełnie odrębnione od rzeczywistości. Gdziekolwiek indziej, gdy się przedstawiam, słyszę pytanie: "Ta Zoe?", albo coś w rodzaju "Wow, ale super, że cię poznałem". Z jednej strony to fajne, z drugiej... dokuczliwe. A tu nic takiego nie ma, nikt mnie nie zna, mało kto wie, co to jest agility czy obedience. Więc ustawiając się przy innych psach poznałam kolejnych przyjaciół, nową społeczność, która w obronie siebie nawzajem jest gotowa oddać życie. Gdy rozpoczęła się wojna oni nie zaczęli uciekać, nie zaczęli pytać każdego z przestrachem w oczach "Co teraz będzie?". Na pewno pojawiło się to pytanie, ale i tak wszyscy, gdzie się nie popatrzy, stanęli do walki. I teraz ja, jedna z nich, staję obok i prawdopodobnie zaraz stracę życie, by ta psia sfora ciągle istniała. Egzystowała w innym świecie, jakiego nikt, kto nie był w tym lesie, nigdy wcześniej nie widział.
Pies stojący obok mnie uśmiechnął się. Był to pies tej samej rasy co ja. Miał imię na K lub C... Ach, Camper. No tak, pamiętam go, miałam już z nim do czynienia.
- Hej, Zoe - szepnął.
- Cześć - odpowiedziałam cicho.
- Hej, tam! - Przerwał wilkowaty. - Pozwólcie, że przedstawię plan działania - Widząc moją minę, przerwał na chwilę. - Ach, zapomniałem. Zoe, nazywam się Sas Vegas i póki co jestem przewodniczącym tej małej grupy na czas kilku bitew. I nie, nie jestem wilkiem, a jego mieszańcem - po czym odwrócił wzrok ze mnie i począł objaśniać, co i kiedy mamy zrobić. Ta perspektywa trochę mnie przeraziła, ale byłam gotowa spróbować.
Bo dopiero teraz poczułam, że należę tutaj. Że mnie przyjęli i chcą. I że mimo strachu i braku umiejętności, chcę walczyć dla nich, a oni dla mnie. Że jestem w domu.

Śnieg zaczął padać z ogromnym uporem, spuszczając duże, puszyste kulki na powierzchnię lasów. Korony drzew, szeleszczące dumnie, spełniały się w obronie przed największą zawieją. Spojrzałam w górę, licząc, że dopatrzę się tego, co dzieje się na górze. W tym momencie wpadłam na mojego poprzednika, którym był Camper. Przeprosiłam kiwnięciem głowy, stając obok. Dopiero zrozumiałam, że się zatrzymaliśmy. Sas Vegas zerknął na nas z jakby smutkiem w oczach. Potem uniósł łeb, jego klatka piersiowa nadęła się, po czym przed nim pojawił się kłąb pary wypuszczonej z pyska. Ruszył.
Korony drzew zaczęły przegrywać walkę z potężną białą siłą. Psy przecierające się ostrożnie przez zaspy stawały się coraz mniej widoczne. Szły coraz wolniej, ale już nie z powodu pogody. Stały tuż przy Navydeer.
Kiedy tu dołączyłam, sektor ten pachniał niezwykłą barwą, zachwycał, sprawiał, że czuje się coś nowego. Przebywanie tam było nowym doświadczeniem, za każdym razem poznawało się jego nowe uroki.
Teraz, przykryty grubą warstwą puchu i pełen wyłysiałych drzew, odstraszał od terenu wroga. Mimo przymkniętych oczu czułam mrożącą krew w żyłach atmosferę. To było nowe miejsce, które mieliśmy na nowo odkryć, poznać. Sprawdzić, jak żyje się tu wrogowi i ocenić naszą szansę. Szliśmy wciąż powoli. Granicę dało się wyczuć bardziej niż zawsze, choć nie była wprost zaznaczona. Wkroczyliśmy na nowe tereny. Nowy świat zaskakiwał aż za bardzo.
Puch zasypał moje oczy, ledwo cokolwiek majaczyło mi przed pyskiem. Uchyliłam łeb, na chwilę zerkając na ziemię. I wtedy stało się jasne, dlaczego nawet Sas westchnął. Odruchowo cofnęłam łapę.
Miałam przed oczami coś, czego nie widziałam nawet w najgorszych snach. Przede mną, jak gdyby nigdy nic leżała łapa. Po prostu, zakopana zakrwionym, szkarłatnym śniegiem, spoczywała oderwana psia kończyna. Ktoś na mnie wpadł. Ruszyłam za grupą, która była już trochę przede mną. Ale obraz, który jeszcze chwilę miałam przed sobą wbił mi się w pamięć. Mimo rażącej bieli rozejrzałam się. Wszędzie była krew, a ja nie potrafiłam stwierdzić, czy naprawdę ją widzę, czy po prostu ta krótka scena zatruła mój mózg. W tym momencie straciłam panowanie nad sobą. Zamiast pomóc, kluczyłam, tyłem. Nie widziałam nikogo, po prostu kręciłam się. Krew. Krew była wszędzie! Śmierć stała się nagle tak realna, tak bliska...
- Zoe!
- Elaine, Camper, zróbcie coś!
- Sas, pomocy!
- Zoe, przestań!
Różne dźwięki. Tak blisko, tak daleko. Oszalałam? Może.
Ten poranek wydawał się tak daleki. Ja sobie spałam, a oni zażynali się na wzajem! Jak mogłam żyć tak spokojnie, otoczona wojną!?
Upadłam, gdy zakręciło mi się w głowie. Usłyszałam szloch. Zamarzałam. Szloch był coraz głośniejszy, a ja coraz bardziej zamarzałam. Potrzebowałam chwili, by ogranąć, że to ja płaczę.
- Wszystko dobrze, panienko? - Usłyszałam znad siebie.
- Ja... - Zaczęłam. A potem uniosłam głowę i rozległ się głośny pisk. Mój oczywiście.

Camper, Sas, Elaine lub ktokolwiek inny? Czekam na bohatera ;3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz