piątek, 24 października 2014

Od Setha - Quest V "Odwiedziny"

Był bardzo mroźny dzień, co w sumie nie jest niczym dziwnym. Zima to zima - naturalnie jest zimno. To chyba logiczne.
Gdy nastąpiła późna godzina, skierowałem się do mojej jaskini.
  - Mam dosyć tych durnych wilków. - mruknąłem pod nosem. - Ciągle łażą nam po terenach, a teraz jeszcze mamy z nimi wojnę. W dodatku przejęli Navydeer.
  Navydeer... Sektor Maybe, pomyślałem.
Potrząsnąłem głową, aby odepchnąć od siebie wszystkie myśli o tym, co już się zdarzyło. Nieważne, kiedy było, ale już było. Liczy się to, co jest teraz...
Wszedłem do jaskini. Nie miałem zamiaru spać. Mieszkam sam, to byłoby nierozsądne... W każdej chwili mógłby wpaść tu jakiś wilk z Watahy Braterskiej Krwii. Ja nie chcę tu żadnego z nich.
Wtedy rozległo się pukanie.
  - Kto tam? - warknąłem.
Nikt mi nie odpowiedział.
  - No wchodź! - krzyknąłem.
Wtedy wszedł całkowicie nieznajomy mi pies.
  - Kim jesteś? - burknąłem. Ostatnio nie miałem nastroju na żadne rozmowy.
  - Mam na imię Cassie. - powiedziała. Dopiero po jej głosie zorientowałem się, że to suczka.
  - Casey? - zapytałem unosząc "brew". Przecież Casey jest bohudką, nie owczarkiem australijskim... Coś tu nie gra...
  - Cassie. - sprostowała.
Teraz zwróciłem uwagę na jej wygląd. Była suczką mniej więcej takiego wzrostu, jak ja, ale poza tym różniła się ode mnie. Miała różnokolorowe oczy - jedno niebieskie, zaś drugie brązowe. Umaszczenie także inne, gdyż jej sierść nie była tej samej maści, co moja. Chyba red-merle, czy jakoś tak... Zapamiętałem tą nazwę tylko dlatego, że w hodowli, w której się urodziłem wisiał plakat z maśćmi mojej rasy. Jedną z nich była właśnie red-merle.
  - Dobrze, ale kim jesteś? - spytałem. - Chyba nie należysz do Sfory Psiego Głosu Forever. Wtedy chyba bym cię znał...
  - Nie jesteś w stanie znać wszystkich. - stwierdziła. - Ale masz rację, nie należę do tej Sfory.
  - To skąd się tu wzięłaś? - ponownie zadałem pytanie.
  - Ty jesteś... Seth. - powiedziała cicho.
  - No i... - zacząłem, ale potem się zdziwiłem. - Skąd znasz moje imię?!
Uśmiechnęła się pod nosem.
  - Bo jestem twoją siostrą. - odpowiedziała.
Zatkało mnie. Otorzyłem pysk ze zdziwienia. Nie byłem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zwyczajnie (lub nie) zapomniałem, jak to się robi.
Ona... moją siostrą?!
  - Ale... ale jak? - wyjąkałem.
  - Noo bo wiesz... Kiedy ty uciekłeś z naszej hodowli, ja zostałam. Może nawet mnie nie pamiętasz. Dalej brałam udział we wszystkich idiotycznych treningach. Ale na pewnych zawodach, coś się we mnie "poruszyło". Zbuntowałam się. - Tu ponownie się uśmiechnęłam, ale nie tak, jak poprzednio. Tym razem jej uśmiech był taki... taki inny. Jak bunt był powodem do dumy. - Mniej więcej coś takiego, jak ty, ale ja na zawodach, a nie na spacerze. - Spojrzała na mnie wymownie.
Sięgnąłem pamięcią do dawnych czasów. Byłem na spacerze, od rana miałem okropny humor (jak teraz). Byłem wściekły, bo miało zacząć się głupie szkolenie do agillity. Ja naprawdę nigdy nie miałem nic do tego sportu.. Ale gdy dostaje się batem za każdy błąd, to naprawdę można mieć dosyć. Można, po przecież w hodowli były psy, którym to nie przeszkadzało, lecz ja do nich nie należałem.
   - Ale... po co tu przyszłaś? - zdziwiłem się.
  - Mam sobie pójść?! - oburzyła się.
  - Nie, nie. - powiedziałem pośpiesznie. - Chciałem po prostu wiedzieć, po co tu przyszłaś.
  - Chciałam cię odnaleźć. - odpowiedziała.
  - Po co? - spytałem.
  - A bo taki mam grymas. - prychnęła. - Dobra, a na serio... Chciałam sprawdzić, czy jest na tym świecie ktoś, oprócz mnie. Teraz wracam.
Poczułem się tak jakoś... samotnie? Właśne odnalazłem swoją prawdziwą siostrę, a ona chce mnie po prostu opuścić.
  - Powinieneś wiedzieć, że nie jesteś tu sam. - powiedziała.
  - Oprócz mnie jst tu ponad sto dwadzieścia psów. Nie jestem samo. - zauważyłem.
  - Chodzi mi o rodzinę. - wyjaśniła. - Masz tu kogoś? Partnerkę? Szczeniaki?
  - Mam siostrę... taką przyszywaną. - odparłem. - Veronę.
  - Czyli sam nie jesteś. - uśmiechnęła się. - Dobra, musimy się pożegnać.
Przeprowadziliśmy jeszcze krótką rozmowę, a potem Cassie musiała stąd iść. Starałem się poukładać sobie to wszystko w głowie... To nie był normalny dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz