Powłócząc łapami szłam przez las. Duży, stary las. Wiatr łkał w koronach
drzew, a drewniane giganty trzeszczały groźnie. Spojrzałam na zwalony
pień. Przestąpiłam przez niego. Nagle usłyszałam hałas. Spojrzałam w
górę i zobaczyłam gałąź spadającą na mnie. Upadłam pod jej uderzeniem.
Nie byłam ranna. Leżałam uwięziona między pniem a konarem. Kilka godzin.
Nie wzywałam pomocy, nie było nikogo. Usłyszałam kroki. Zamknęłam oczy
zrezygnowana. To pewnie wiatr. Ktoś stanął nade mną. Poczułam się
przyparta do muru. Jakby otoczona. Poderwałam głowę do góry i z głośnym
warczeniem kłapnęłam parę razy zębami. Pies odsunął się. Nie miał
wrogich zamiarów. Byłam zdezorientowana. Instynkt wybrał najprostsze
rozwiązanie. Samoobrona. Z drugiej strony też byłam psem. I chciałam
otrzymać pomoc. Walczyłam chwilę ze sobą w umyśle.
- Kim jesteś...? - wydukałam.
- Nazywam się Drin...
- Miło mi. - odparłam spokojnie. Położyłam głowę na ziemi.- Jestem Volta.- dodałam. Nastała chwila ciszy.
- Potrzebujesz pomocy...?
- Czemu tak sądzisz? - odparłam. Pies spojrzał z dziwną miną na ,, pułapkę ".
- Tak się domyślam. Jak długo tu leżysz?
- Trzy godziny. - mruknęłam. Drin złapał za gałąź i zaczął ciągnąć.
Próbowałam mu pomóc. Wspólnymi siłami zwaliliśmy ze mnie konar. Wstałam i
przeciągnęłam się obolała,
- Może dołączysz do mojej sfory...?
- Dobrze - powiedziałam
< Drin? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz