Całą ostatnią noc patrolowałam granice Fallendeer w poszukiwaniu jakiś niepokojących sygnałów lub dziwnych kształtów, na szczęście nic takiego nie zobaczyłam. Szczęśliwa, że mój obchód zakończył się sukcesem, marząc o ciepłym posłaniu i czymś dobrym do zjedzenia, powlokłam się do domu. W połowie drogi usłyszałam, że ktoś mnie woła. Westchnęłam niezadowolona, ale odwróciłam się posłusznie i całe szczęście. Kilka kroków za mną stał Hockey.
-Co się stało? – zapytałam, uśmiechając się mimo beznadziejnego samopoczucia.
-Nie chcę przeszkadzać, chyba jesteś padnięta, ale jutro odwiedzę cię w domu. Musimy o czymś porozmawiać. – odpowiedział przyjaźnie, tak że nie mogłam na niego nakrzyczeć.
-Oczywiście. – mruknęłam.
Odczekałam aż Hockey odejdzie, a później z irytacją zaryłam łapami o ziemię. Nie chodzi o to, że nie lubię naszego Alfy, ani że nie chcę go przyjąć. Po prostu byłam tak zmęczona… Niestety, w moim domu panował tak straszliwy bałagan, że gdy tylko przekroczyłam jego próg, nawet nie zdążyłam zrobić sobie tak pożądanej drzemki. Odetchnęłam głęboko kilka razy, wypiłam kawę i zaczęłam przewracać dom do góry nogami. Zaczęłam od wystawienia wszystkich mebli, wyszorowałam dokładnie podłogę, umyłam ściany, później również zabrudzone okna. Nie mogłam zrozumieć, kiedy moje mieszkanie zmieniło się w taki chlew? Gdy nastał wieczór nie miałam zrobionej nawet połowy, a byłam brudna, lepiąca się od potu, zmęczona i potwornie bolały mnie łapy. Chciałam jednak zrobić jak najlepsze wrażenie i nie ustawałam w gruntownych porządkach. Godziny mijały, początkowy zachód słońca wkrótce zmienił się w noc i nawet się nie obejrzałam, a zobaczyłam pierwsze promienie słońca. Wraz z nimi wszystkie pokoje zalśniły niczym ogromne lustro. Odetchnęłam z ulgą, napawając się cudownym widokiem odmienionego domu. Zrobiłam sobie wreszcie coś do jedzenia, lecz nie dane było mi skosztować śniadania. Sekundę po tym jak siadłam na krześle trafiłam pyskiem w talerz i zasnęłam.
-Halo! – usłyszałam zniecierpliwiony głos za drzwiami, wybudzając mnie ze snu. Nie sprawiło to jednak, że poczułam się mniej zmęczona niż… no właśnie, która jest godzina? Po sprawdzeniu zegarka okazało się, że było koło 11. Spałam całe 20 minut!
-Tak? – otwarłam drzwi. Stała w nich Sasza, merdając ogonem.
-Hej, nareszcie. Słyszałam, że ma do ciebie dzisiaj przyjść Hockey, a wiesz, słyszałam gdzieś, że podobno on lubi jakąś specjalną zupę i mam nawet na nią przepis. Możesz ją ugotować jeśli… Ale ty okropnie wyglądasz. Spałaś w ogóle? – zapytała nagle, przerywając swój słowotok
Uśmiechnęłam się niemrawo i starałam się skinąć głową. Wywołało to u mnie lekkie zawroty głowy, tak że musiałam podeprzeć się ściany, więc zrezygnowałam z wysiłków.
-To świetnie! – zakrzyknęłam z „ogromnym” entuzjazmem. – Podasz mi ten przepis?
-Oczywiście. Więc notuj. – poleciła Sasza, nadal stojąc w drzwiach. – Ta zupa nazywa się Tom Ka Gai, jakaś taka orientalna. Potrzebujesz mięsa z kurczaka, sos rybny, rozgnieciony imbir, kurkumy, pieprzu cayenne, mleka kokosowego… - dyktowała, przyprawiając mnie o jeszcze silniejsze zawroty głowy.
Gdy pożegnałyśmy się, okazało się, że zostało mi mniej niż dwie godziny do przyjścia Hockeya, a ja mam na liście 20 składników, z czego pięciu nawet nie znam! Na szybko wepchnęłam w siebie zimną jajecznicę, na wszelki wypadek uprzątnęłam wszystkie talerze i walcząc z wrzechogarniającą sennością pobiegłam po składniki. Najpierw załatwiłam wszystkie roślinne składniki, o niektóre dopytując się przyjaciół ze sfory. Największy problem był ze znalezieniem pieprzu cayenne, czy jak on się nazywa. Nikt nie wiedział gdzie on może rosnąć, a ja bałam się sięgnąć po najzwyklejszy pieprz, aby nie zepsuć smaku zupy. Przeszłam wszystkie tereny i na żadnym z nich nie widziałam podobnego cuda. W końcu zrezygnowałam z poszukiwań, na rzecz zwykłej przyprawy. Kolejny problem nastąpił przy polowaniu na kurczaka. Oczywiście, że robiłam to już miliony razy, ale nigdy w takim stanie jak dzisiaj. Byłam tak potwornie zmęczona i rozkojarzona, że podczas pierwszego podejścia po prostu zasnęłam, czając się w krzakach, później albo nie zauważyłam ptaka przebiegającego tuż przy mnie albo po prostu za wolno rzucałam się na ofiarę. Po wielu, wielu próbach wreszcie udało mi się upolować… najmniejszego, najchudszego i najbrzydszego kurczaka jakiego w życiu widziałam. Westchnęłam zrezygnowana, lecz byłam jednocześnie zadowolona, że udało mi się zebrać wszystkie składniki. Z nową energią pobiegłam do domu, wstawiłam zupę i czekałam na gościa. Po pięciu minutach… no chyba każdy wie co się stało. Tak, dobrze myślicie. Zasnęłam.
-Pozwoliłem sobie wejść. – usłyszałam głos przy swoim uchu i skoczyłam na równe nogi. Obok mnie stał Hockey, uśmiechając się przyjaźnie.
-Przepraszam cię bardzo! Już wszystko przygotowuję, obyś nie był na mnie zły. Nie jesteś, prawda? – trajkotałam, równocześnie nakrywając do stołu i nalewając zupę.-
-Oczywiście, że nie. Przecież każdemu zdarza się czasem przysnąć. – zaśmiał się, rozładowując napiętą jak struna atmosferę.
-To jest zupa, którą podobno bardzo lubisz. – powiedziałam po chwili milczenia, stawiając miskę przed Alfą, a drugą kładąc po przeciwnej stronie, dla siebie.
Pies powąchał prawie niezauważalnie danie i uśmiechnął się z zadowoleniem. Odetchnęłam z ulgą. Bałam się, że ucieknie i zacznie mówić, że chcę go otruć.
-Taak… Wspomnienia. – zamyślił się. – A więc, Fairchild, mam do ciebie ważną sprawę.
Hockey?
PS Jestem nowym autorem SPG (Chili - Beta) i jeszcze niestety nie ogarnęłam wszystkiego, więc przepraszam ale musisz poczekać na Siwą z tym kotem wędrownym...
Jasne, spoko ^^
OdpowiedzUsuń